Archiwum dla wittgenstein

Nawet gdybym śnił

Posted in Uncategorized with tags , , , on Listopad 17, 2011 by Jaś Skoczowski

Louie, masz kota. Ten kot ma tylko dwa ogony, żadnej głowy. Bo owszem, jeśli śnie, to śnię przypuszczenie, że śnie. A jeśli nie śnie, to przypuszczam. I nie ma między tym żadnej symetrii. Rzecz w tym, że nie wiesz, że można świadomie śnić i daje to moc. Jeśli śnie i dowiem się, że śnie i nie obudzę, staje się bogiem w moim śnie. To nie wniosek, to dość stara technika kształtowania snów. Ludzie robią o kilku lat i nie da się sprawdzić czy o robią, bo przecież to śnią. Rzecz w tym, że ta niesprawdzalność nie ma dla nich żadnego znaczenia, a Ty w tym pierdolonym „O pewności” przypisałeś temu ogromną wagę. Wagę natomiast ma podejrzenie, że się śni. Dodaje ludziom mocy.

Przypuszczenie, że coś nie jest tak, jak się wydaje, jest po prostu przypuszczeniem, że jest jakaś warstwa rzeczywistości, której jeszcze nie odkryliśmy. Przypuszczenie, że wszystko to sen to po prostu przypuszczenie, że rzeczywistość ma kształt cebuli. Cebula może brzydko pachnie, ale jest zdrowa Louie, naprawdę. To, że Ty nie potrafiłeś wyciągnąć z tego wniosków praktycznych znajduje chyba odpowiedź w twoim „dobrze”, które z siebie wydałeś, gdy dowiedziałeś się, że umierasz. Nie chciałeś być szczęśliwy, bo nie chciałeś żyć, więc nie szukałeś mocy. Ja szukam, ja jeszcze chcę żyć.

Prawda jest ważna i może nawet jedna. Rzecz w tym, że pewne prawdziwe zdania nie mają sensu, jeśli w sposób wybitny są nieinteresujące.

Magia to po prostu, jak twierdzi Graeber i jak twierdził Crowley, robienie z rzeczywistością za pomocą woli cokolwiek, co wola podpowiada. Nie, nie wiem dlaczego odkrywanie, że za jedną warstwą rzeczywistości jest druga itd i że za warstwami jest jeszcze nic daje nam moc, przynajmniej w snach, choć wątpię, że tylko w snach. Ale tak się dzieje. Wystarczająco często by warto było zapomnieć o absurdzie, który z tego wynika. A nawet nie tyle zapomnieć o nim, tylko pominąć, gdy wypowiadamy zaklęcia, gdy po prostu mówimy sobie wyraźnie, czego chcemy, by nie myśleć o tym, że przecież samo zaklęcie nic nie może.

Bełkot

Posted in Uncategorized with tags , , , on Styczeń 23, 2011 by Jaś Skoczowski

mamo a Ludwig napisał

But even if in such cases I can’t be mistaken, isn’t it possible that I am drugged?” If I am and if the drug has taken away my consciousness, then I am not now really talking and thinking. I cannot seriously suppose that I am at this moment dreaming. Someone who, dreaming, says „I am dreaming”, even if he speaks audibly in doing so, is no more right than if he said in his dream „it is raining”, while it was in fact raining. Even if his dream were actually connected with the noise of the rain.

Piękny fragment (nie, ale poważnie piękny. Chciałbym coś tak ładnego napisać kiedyś). Aleale, czego Ludwig mógł nie wiedzieć, to znaczy, że niezbędnym jest pierdolić od rzeczy. Mówić, że śnimy, w śnie. Zastanawiać się, czy nie jesteśmy tym motylem (ta, motylem, chuja, nie motylem) którym śniliśmy, że jesteśmy i czy nie śnimy tylko, tak naprawdę, będąc motylem, że jesteśmy człowiekiem. Dlaczego?

Bo raz: inni ludzie tez nie mogą w pewne rzeczy wątpić, w te, w które my jak najbardziej możemy – czyli, że to co oni mówią ma radykalnie inny sens od tego, co my byśmy mówili o tym samym, tymi samymi słowami. A sprowadzać innych ludzi tylko do swoich pojęć to być wybitnym, ograniczonym debilem względem drugiego człowieka. Ja nie chcę. Nie ma takiego powodu, który by sprawił, że zechcę. Przynajmniej do końca.
Bo dwa: nie unikniemy zmiany zasad naszego języka. On będzie się zmieniał, walczył o przetrwanie, zmieniając nas. Unikając bełkotu staniemy się niewolnikami tych zmian. Język to nie narzędzie, język to wirus i jeśli nie będziemy dawali sobie czasem wytchnienia od niego (co oznacza, że on wtedy też będzie na wakacjach), to nas strawi i potem, i tak porzuci. Tylko decydują się na bełkot jesteśmy w stanie być panami siebie.

Hustlers of the world, there is one Mark you cannot beat: the Mark Inside.

To napisał inny pedał. Też go kocham. A z żywych to dziękuje mojemu koledze Pawłowi Ziorko, bo jego buddystyczny bełkot sprawił, że doceniłem bełkot znowu.

Mógłbyś powtórzyć, bo jakoś umknęło mi?

Posted in Uncategorized with tags , , , on Grudzień 25, 2010 by Jaś Skoczowski

Wyobraźcie sobie, że słyszycie głosy. Co by było, gdybyście nie znali żadnego języka? Co mogłyby wam zrobić głosy w głowie, skoro nie moglibyście rozpoznać w nich słów czy zdań? Nic jako głosy. Być może coś jako hałas

Moim zdaniem ta mała zabawa, którą wam proponuje bardzo ładnie ilustruje, czym jest język. Język jest jak coś żywego (czyli mogącego mieć swój własny cel, w takim sensie, w jakim swój własny cel ma choćby kwiatek podążający za słonkiem), co nas zmienia, co zmienia nas tak, bo jest w nas wbudowane, a zmienia nas tak, że wchodzimy w takie relacje ze światem (w tym ze sobą), w które nie moglibyśmy wejść bez tego. Ludzie piszący, że wszystko jest systemem znaków lub tekstem lub czym tam (czyli cały świat zawiera się w języku), misująpointa. Ludzie, którzy widza w języku tylko pudełko z narzędziami – także.
Język ma swoje otoczenie, jest przedmiotem, a nie ramką obrazka. Jest coś poza językiem i my wiemy doskonale co to, za każdym razem, gdy wiemy (i wiemy to oczywiście w języku, misiaczki. Bez języka możemy najwyżej czuć i tez wiemy to tylko dzięki językowi. I nie jestem pewien, czy możemy czuć to, czyli czy coś możemy). Dlatego rozumiemy, że nie można być opętanym, jeśli nie zna się języka, jeśli jest się poza językiem. Dlatego można zrozumieć, że na przykład oczekiwanie jest czymś, co dzieje się po części w języku. Nic nie łączy zniecierpliwienia i tego lub kogo, na co czekasz. A jednak czekasz i niecierpliwisz się ze względu na to. Czyli rzeczywistości nie da się sprowadzić do języka, tym bardziej do jednego aspektu języka.
Ale język, to nie, nie Louie, nie coś jakby skrzynka z narzędziami. Narzędzia mają zastosowanie, czyli można je wykorzystać do jakiegoś celu, ale nie mają swojego celu. A język ma cel. Jaki? Replikację.

Tak wam prywatnie powiem

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Grudzień 23, 2010 by Jaś Skoczowski

Kiedyś napisałem taki wierszyk i nie wiedziałem w sumie o czym to jest:

nazywają to krzesłem
a przecież wszyscy wiedzą,
że nie ma jak na tym siedzieć
i że ucieka, gdy się próbuje

każą jednak cieszyć się, że jest krzesło,
że mamy trochę wygody w trudnym świecie
i drżą im głosy, gdy zaczynają na głos myśleć
co by było, gdyby krzesła nie było

piszą książki o krześle
i wiersze
prawie się do niego modlą
a na pewno
klęczą przed nim

A teraz poznałem bliżej kol. Trikstera i już wiem, o czym jest. O tu i tu go poznałem. I dedykuje mu ten wierszyk, ciasny ale własny. On jest o tym, że: nie, nie da się ustalić prywatnie znaczenia słowa, tylko trzeba to zrobić z kilkoma osobami, bo jak to robisz sam, to nie ma żadnego znaczenia, bo nie da się tego zrozumieć, co zrobiłeś. I nie uratuje Cię twierdzenie, że przecież jak ktoś się zachowuje niezrozumiale, to wtedy możesz go zignorować na podstawie jakiś tam zasad interpretowania zachowania i brać pod uwagę tylko jego zrozumiałe zachowania: te zasady nie ukryją tego, że on w pewnym momencie wyszedł poza schemacik i urwał się z choinki, i robił, co mu się żywnie podobało, i dlatego był kompletnie niezrozumiały. A druga rzecz, której dotyka ten wierszyk: język to nie tekst, system znaków i nic podobnego. Bo znaki potrafią nas wyprowadzić do tego, co znakiem nie jest, tekstem nie jest itd. Mogą nam np. nakazać ciszę i bezmyślność. I wtedy wiemy, bo widzimy, bez dodawania niczego od siebie, że krzesło to krzesło, a to kurwa chujwico jest, nie krzesło, stąd jeśli mówisz na to krzesło, to równie dobrze mógłbyś słowem krzesło np. podeprzeć krótszą nogę szafy i twierdzić, że to jest nowe, wspaniałe znaczenie słowa krzesło, bo Ty je teraz sobie tak ustaliłeś. Bo na jedno by wyszło: słowo krzesło nie ma za swoje znaczenie ani podpierania nogi od szafy, ani tego czegoś. I nikt tego w pojedynkę zmienić nie może.

I z tego powodu wierszyk kol. Triksterowi serdecznie dedykuję, czyli: jasiu zrobił brzydkie i paaaaaachnące, ale swoje, ładnie zapakował, przyniósł swemu panu, i zadowolony.

Swędzi mnie, a nie wiem gdzie, ale swędzi, naprawdę

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on Listopad 20, 2010 by Jaś Skoczowski

Coś kiedyś mnie tak wykoleiło, że nie dbam o to, czy coś jest słuszne, czy nie i czy jest dobre, czy złe. Dbam o to, by nie krzywdzić pewnych tam sierotek-istotek, nie chcę krzywdzić też osób kochanych i lubianych, ba, im to chcę dobrze robić. Ale nienawidzę każdej myśli o tym, że mógłbym kierować się na dobro, czy słuszność. Nie ufam słuszności i dobru, bo są mi obojętne. Gdybym miał działać, bo jakiś czyn jest taki, że powinien być, czułbym się tak, jakbym miał nosić markowe ciuchy, bo są markowe – pytanie „dlaczego?” nie tylko byłoby otwarte, ale, niezależnie od tego, czy padła by odpowiedź, czy nie, dyskwalifikowałoby dla mnie sam pomysł.

Wydawało mi się, że istnieje jakiś ważny opis mnie, który pozwoli się z tym uporać, bo jest to dla mnie problematyczne, to co opisałem u góry, ta moja prosta obserwacja. Kiedyś radziłem sobie, wpisując się w buddyzm. Potem nastał stirneryzm, potem libertarianizm, anarchizm potem znów stirneryzm, buddyzm/crowleyizm i ostatecznie chujcowizm. Dużo izmów.

Czemu tak robiłem? Co jest nie tak w opisie z góry? To, że inni wiedzą coś, czego ja nie. Inni wiedzą coś o dobru i słuszności co sprawia, że chcą czynić dobrze i słusznie. Ja nie wiem i nie potrafię wiedzieć. Jestem jak z innej planety albo bardzo odległego plemienia. Ale co zmieniały opisy, o których pisałem? Obiecywały możliwość wytłumaczenia sobie innych bez rezygnowania ze zrozumienia siebie. Libertarianizm pozwala patrzeć na innych jak na jednostki z prawem do autonomii. Stirneryzm – jako zagrożenie lub coś, co można wykorzystać (coś napisałem. Napisałem tak świadomie). Crowleyanizm? W crowleyanizmie każdy może być rozumiany jako odrębne bóstwo. Buddyzm? Jako coś czującego, czemu należy współczuć.

Wcześniej czy później oczywiście wszystkie te próby dookreślenia siebie i innych zaczynały mi wadzić. Dlaczego? Odpowiedź jest równie niesatysfakcjonująca – wadziły mi, bo nie potrafiły złagodzić skutków, jakie dawał kontakt z innymi. A przecież to kontakty z innymi sprawiały, że albo traciłem zrozumienie dla innych, albo dla siebie.

Tylko, że, o ironio, tu nie ma niczego do rozumienia. Niczego więcej ponad to, że nie ma zrozumienia między kimś, kto ceni dobro i słuszność, a kimś, kto go nie ceni, w sprawie etyki, tak samo, jak nie ma porozumienia między kimś, kto lubi kolo zielony i kimś, komu on jest obojętny, w sprawie kolorów. I nie, nie chodzi o to, że to tylko spór o gusta. To w ogóle nie jest spór. To jest mówienie do siebie w nieprzekładalnych na siebie językach.

Czy nie można każdej sprawy postrzegać tak swoiście, jak ja postrzegam kwestię norm?

Tak, właśnie zrozumiałem, na swoim przykładzie, że źródłem indywidualizmu jest nie jakiś wspólny trzon dla wszystkich, coś nam wspólnego, ale że jest nim jego brak tego czegoś wspólnego (banał. Każdy banał jest skandalem, zwłaszcza – ważny banał). Nie chodzi o to, że każdy jest różny, tylko, że możemy nie być tacy sami i dla tego braku tożsamości trudno wskazać granice – to nie są zdania równoważne. Nie odróżniamy się od siebie, bo jacyś jesteśmy – odróżniamy się, bo każdemu z może brakować perspektywy kogoś innego, ma natomiast zawsze swoją i może w niej poczuć coś, czego nikt inny nie potrafi. Oczywiście, czasem możemy komuś tę perspektywę przedstawić. Ale tylko my możemy z niej „patrzeć” (wiadomo przecież, że nie pisze tylko o zmyśle wzroku, no proszę was). To nie znaczy, że o to ta perspektywa nie ma znaczenia, bo nie możemy nikomu opowiedzieć o tym, jak to jest czuć przez nią świat, więc co nam po niej. To znaczy, że coś bardzo ważnego jednak może być ukryte i to, że jest może być ukryte, jest bardzo jawne. To znaczy, że cała nasza komunikacja bywa mniej ważna niż sekunda spędzona w ciszy i samotności, jeślibyśmy siebie chcieli wyrazić.

Louie, nie daruję Ci tej nocy, odebrałeś mi złudzenia, ale Louie, dziękuję.

Jak robić coś tak, by nic nie robić

Posted in Uncategorized with tags , , , on Listopad 4, 2010 by Jaś Skoczowski

Wuwei to jest taki pomysł taoistów (dokładnie Lao Tzego), trudny do zrozumienia, żeby robić jak najmniej, choćby się zapierdalało jak pan nakręcany na kluczyk, co mu tak nakręcili ten kluczyk, że zapierdala i zapierdala.
I ja chyba już wiem i to się ładnie wiąże z tym tłumaczeniem „Księgi drogi i cnoty”, które mi najbardziej pasuje i które jest kwietystyczne. Na samym początku tam jest „Tao, które można wyrazić słowami nie jest prawdziwym Tao.”. Jasiu to czyta, jasiu myśli i cyk, zapala się żaróweczka, jest (no, trochę uprościłem sobie w opisie to co się stało, pominąłem, że stało się to po jakiś 15 latach mojego krótkiego życia).
Nasz język ma jakąkolwiek treść, która nie jest nonsensem (czyli np. może być prawdziwa lub fałszywa choćby, choć nie sądzę, że tylko o to chodzi), o ile wiąże się z pewną praktyką pozajęzykową. Działania, którego nie będzie można było opisać, nie będzie też można było wykorzystać do nadania sensu jakieś wypowiedzi czy pisaninie. Nie pozwoli na wpisanie nas w gramatykę i logikę, i semantykę, i last, but not least, pragmatykę (o etyce czy aksjologii nie wspominam).
Hola, hola, zawołacie, przecież ja mogę opisać to co robisz, bez trudu. Hola. gola, zawołam – możesz opisać co ja robię? Na pewno? A skąd będziesz wiedział, że to ja robię to, co Ty opisujesz? A może robię coś innego, a Tobie się zdaje, a Ty się mylisz? Albo może to jednak nie jestem ja? Bo ja na pewno nie robię nic.

EDITH: zedithowałem tekst kila razy, nie zostawiam już po zmianach śladu, bo po co?