Archiwum dla Stirner

O mojej perspektywie i związku środków z celami

Posted in Uncategorized with tags , , on Kwiecień 17, 2012 by Jaś Skoczowski

Przy okazji czytania o autonomii uświadomiłem sobie, że autonomia nie jest tym, co mi wystarcza. Chce kierować sobą, ale chcę też pewnych rzeczy dla innych ludzi i one nie wyczerpują się na dbaniu o ich autonomią. A czasem są jej wbrew. Kilku ludzi pozbawiłbym i wszelkiej wolności i życia, innych tylko wolności. Innym dałbym wolność i szczęście. Moja autonomia jest ważna, ale co innego jest ważne, gdy ma się dziać innym. I to jest ważniejsze od każdego światopoglądu. Za rozkochaniem się w możliwości sterowania sobą i różnych stanach, w których mogą znajdować się inni jakby coś pozornie stało, choć moim nie stoi nic lub, jesli wolicie, stoi chaos.
Kiedy poznałem się ze Stirnerem, to było dla mnie uwodzące, że nie można było wskazać, patrząc z jego miejsca, tego, co jest najważniejsze dla niego. Stąd on pisze, że on jest dla siebie najważniejszy, ale on jest tworzącym niczym. To było mi bliskie, bo przecież jako nic przedstawiano mnie samemu sobie już w zen. Czy chodziło o to samo? Interesowało mnie to kiedyś, dalej interesuje, ale coraz bardziej czuję, że tak czy siak, mnie odpowiada takie same rozumienie tego, jak i Stirnera. W końcu i jedno, i drugie ułożyli ludzie, ja to mam w myślach lub przed oczami i mogę z tym zrobić, co chcę. I tylko moje możliwości mnie ograniczają.
Stirnera nie lubią ludzie (w tym Marks i chyba zwłaszcza), którzy jednak woleliby, żeby coś było najważniejsze. Stąd z jednej strony chcą wykazać, że jednak coś jest najważniejsze dla Stirnera i naśladowców, i podobnych (o jednych i drugich można mnie zaliczyć, a potem wykazać, że cenią nie to, co trzeba. Stąd np. mój znajomy, też anarchista (chyba), twierdzi, że nie ma anarchizmu bez, jeśli rozumiem, postrzegania rzeczywistości w sposób „klasistowski” (nie wiem, czy to poprawna nazwa, wstawiam ją w cudzysłów więc). Nie do końca sobie to wyjaśniliśmy, nie twierdzę tutaj, że przedstawiam jego punkt widzenia. Przedstawiam swój, z którego nie mogę się, wstępnie, zgodzić z kolegą.
Świat jakiś jest i kiedyś wydawał mi się inny niż teraz. Dalej nie jestem zwolennikiem (ani wielkim przeciwnikiem, chyba po prostu nie znam się) marksizmu jako opisu świata. Ale jestem w znacznie mniejszym stopniu zwolennikiem widzenia ludzi jako hedonistycznych kalkulatorów, czyli tak, jak chcą widzieć ludzi np. zazwyczaj ekonomiści. Zmienia to moje poglądy polityczne, to prawda. Ale nie zmienia w nich tego, co jest dla mnie najważniejsze.
Szanuje cudzą wolność. To jest ważne w moich poglądach politycznych. Nie: dążę do tego, by każdy był wolny, ale nie tylko unikam naruszeń wolności lub ich promowania u innych. Szanuję, to znaczy, robię jedno i drugie, i staram się to godzić ze sobą. Poza tym, nie zamierzam z tego powodu dokonywać jakiś „samopoświęceń”. Szanuję też swoją wolność, bardziej niż cudzą. Mogę gorzej lub lepiej rozumieć, jak działają inni ludzie, ale szanuje i od pewnego momentu szanowałem cudzą wolność, na ile to potrafiłem i na ile teraz potrafię. Twierdzenie, że teraz robię coś zupełnie innego niż kiedyś to bzdura dla mnie. Czyli jeszcze mnie nikt nie przekonał.
Z mojej perspektywy każdy klasizm pozostaje narzędziem, moim, do myślenia. Jak inne myśli. Gdy przestanie być dla mnie narzedziem, chcę być w stanie go porzucić, tak jak porzuciłem fragmenty z Misesa/Friedmana. Wiem to o sobie, wiedząc to, dlaczego miałbym uznać, że klasizm jest dla mnie tak ważny, żeby uznać, że nierozerwalnie wiąże się z anarchizmem? Nawet jeśli się wiąże, dlaczego miałbym tym się martwić? Przecież jeśli przestanę być anarchistą, bo kiedyś porzucę myślenie polegające głównie na analizie klasowej (a u mnie i tak ten sposób myślenia jest powierzchowny), to czemu miałbym nie uznawać siebie za anarchistę? Może raczej powinienem uznać, że to rozumienie anarchizmu, zgodnie z którym ktoś jest anarchistą, jeśli przyjmuje perspektywę klasistowską i tylko wtedy, jest błędne? Bo ja właśnie tak uznaje. Mam pewien porzadek myślenia w głowie, widze inne mozliwości myślenia, wybieram te. Tak po prostu.
Moja perspektywa jest więc taka, że nie widzę z niej związku z moim anarchizmem, a uznaniem pewnej metody opisywania społeczeństwa nazywanej tu klasizmem. Nie widzę jej i nie mam ochoty jej widzieć. Byłem tym, co nazywam anarchistą, zanim postrzegałem świat klasistowsko i zanim wydawało mi się to postrzeganie tak ważne, jak wydaje mi się teraz i wydaje mi się, że będę nim po porzuceniu go. Ale nie wyobrażam sobie bycia anarchistą, gdyby nie było dla mnie ważne, czy wobec pewnych ludzi (trudno mi określić ich jedną charakterystyką, ale na pewno są wśród nich ci, których lubię i kocham) zachowuje się tak, by szanować ich wolność. Gdzie niby tkwi w takiej postawie błąd? I dlaczego miałbym się nim przejmować? Wydaje mi się głęboko osadzony, więc odwołam się do Wittgensteina: jak ktoś mi wskaże ten błąd, czemu w ogóle mam uznać go za błąd? Czy nie będzie mi mówił, że w tej chwili śnie, chociaż ja nigdy się jeszcze nie przebudziłem? Moim zaniem tak i to tłumaczy, czemu nie chcę wyobrażać sobie też spraw inaczej.
Co do związku celów i środków: ja je wiąże. Zarówno mogę stosować środki, jak potem mieć do czynienia ze skutkiem. Nie oceniam według schematu, innego niż taki spontanicznie (nieintencjonalnie, nieświadomie i tak, że jestem wobec niego bez żadnej mocy itd) dyktowany mi przez moje własne ciało, a jego ramach nie mieści się cenienie tylko środków lub celów, tylko cenienie tego, co dla mnie cenne.
Dobranoc.

Dziedzictwo cnót zamiast zgliszczy po nich. MacIntyre vs. Nietzsche vs. Stirner

Posted in Uncategorized with tags , , , , , on Grudzień 27, 2011 by Jaś Skoczowski

Co do Alasdaira: główny zarzut jego wobec liberalizmu indywidualistycznego jest taki, że ostatecznie ten indywidualizm sprowadza się do społeczeństwa manipulatorów, ponieważ każdy w nim robi co chce. Po pierwsze: powinno być, że myśli, że robi co chce. MacIntyre zdaje się postrzegać autonomię jako coś, co spada z nieba. Albo ze skończeniem 18lat. Kiedy, jeśli przyjąć, moim zdaniem realistyczną i użyteczną w myśleniu o człowieku, wizję jednostki, to jest ona istotą pierwotnie zależną, która się dopiero może się wyzwolić. I przynajmniej pierwsza część poprzedniego zdania powinna przypaść MacIntyre’owi do gustu. Druga – może mniej. Rzecz w tym, że jeśli nie ma mowy o niezależności, to nie ma mowy o manipulacji kogoś przez kogoś. Manipulant musi być wystarczająco autonomiczny, by przynajmniej samodzielnie móc określić, czego chce. A przeciętny człowiek, starający się manipulować nie jest wystarczająco autonomiczny, chyba, że najpierw uświadomi sobie swoje ograniczenia i zacznie je przezwyciężać. Czyli jest to projekt niedokonany. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek dokonuje się całkiem. Wydaje mi się natomiast wysoce prawdopodobnym, że w celu wyzwalania się unikać trzeba technik manipulacyjnych, tak samo jak władzy. Poza nieistotnymi wyjątkami wymagają one biegłości w poruszaniu się między innymi ludźmi, dużej socjalizacji (większej niż osób odmawiających sobie władzy i manipulacji), która wiąże się z poddaniem swojej woli intencjom nie własnym, ale kolektywnym. Bez działania kolektywnych intencji nie istniałyby instytucje niezbędne do manipulacji i władzy, chyba, że ktoś chciałby po prostu fizycznie eliminować wrogów i ewentualnie liczyć na to, że są tchórzami. Moim zdaniem to o wiele za mało. Czyli zarzut MacIntyre’a wobec indywidualizmu jest nietrafiony, gdyby indywidualiści chcieliby pojąć z łaski swojej, ze wolność nie jest im dana i że wolności nie dostaną w całości od nikogo – istotną jej część muszą zdobyć sami, okiełznując siebie. To nie wiele, do tego wystarczy odrobina realizmu, na który stać nawet liberałów. Zarzut jest słaby, bo nie oddaje istoty liberalizmu, zwłaszcza, jeśli jego istotą ma być indywidualizm

Co ciekawe, to, co chce zarzucić liberałom MacIntyre, świetnie trafia w niego. On proponuje społeczeństwo, które po prostu odrzuca zasadę dobrowolności uczestnictwa. Jego analiza praktyki podkreśla jedną rzecz – że jednostka musi poddać się czyjemuś autorytetowi i nie jest to autorytet fachowy, tylko deontologiczny, on nie przepisuje tego, co ktoś ma zrobić, by osiągnąć wyznaczone już sobie cele. On mówi komuś, jakie to są cele i ustala wszelkie inne zasady. Cóż z tego, że można dokonywać krytyki tych celów i zasad? Czy może je wyrażać człowiek będący kompletnym profanem? Otóż nie sądzę. Jednak każde dziecko będzie profanem wobec każdej tradycji i krytykować będzie ją mogło dopiero, gdy ją przyjmie. Tak to rozumie. Co w tym nie tak? Otóż praktyki, tak jak je rozumie MAcIntyre, nie tylko pozwalają pielęgnować cnoty i lepiej je rozumieć. Praktyki dają też ludziom moc wpływania na kształt swoje i cudzego życia. Dają im po prostu władzę – dlatego, że ktoś w nich uczestniczy. A część w nich uczestniczy przymusowo. Projekt MacIntyre’a to projekt władzy, która się replikuje kosztem tych, którzy mają jej się poddać, bez względu na to, czy się godzą, czy nie. Jest projektem tyranii i wyzysku dlatego. Wyzysk oznacza traktowanie kogoś jak przedmiot, środek do celu, narzędzie w takim celu, by zdobyć dzięki temu moc czy tam władzę i jest tym, co razi w stosunkach manipulacyjnych, które przypisuje MacIntyre społeczeństwu indywidualistycznemu. W ten sposób cała pisanina Alasdaira może być doskonała ideologiczną przykrywką dla woli mocy autorytetów moralnych. MacIntyre nie robi tego, co twierdzi, że zrobił – nie wykracza poza Nietzschego, nie może więc tez dowieść wyższości św. Tomasza nad biednym Fryderykiem.

Wyżej stoi jednak nasz niesforny Maxio. Niechcący chyba. Otóż, żeby byś swoim, być swoim mistrzem, nie można szukać władzy i nie można manipulować, przynajmniej dopóki nie osiągnie się doskonałej i pełnej autonomii – która jest najpewniej niemożliwa, z powodów biologicznych i kulturowych. Nawet autonomia jest czymś, co trzeba komuś wpoić, choć nie przymusowo, to na najbardziej prymitywnym poziomie za pomocą przemocy symbolicznej. Bunt przeciwko temu to po prostu kolejna zmora, kolejne kółko w głowie, pozbawiające człowieka sobości, autonomii, wolności czy jak to nazwiecie.

Jeśli więc kierowaniem sobą w swoim własnym życiu ma być celem branym na serio, ma być na poważnie uznane tym, co czyni życie dobrym, samorząd czyli autonomia musi wiązać zarówno z unikaniem władzy, jak i manipulacji, a także musi polegać na afirmacji tego, ograniczającego nas świata, bo jego negacja to obsesja, próba kompletnego wyrwania się z niego której gdyby się poświęcić, podporządkowałaby sobie życie obłąkanego nią. Czyli do przewrotu nanotechnologicznego jesteśmy grzeczni, my (hyhy), indywidualiści. A nawet po nim nie wiem, czy byłoby tak miło, ja nam się marzy. :)

To wszystko to dla mnie nic

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Maj 12, 2011 by Jaś Skoczowski

Już w tytule jadę moim ulubionym Niemcem, to pojadę dalej, w tłumaczeniu angielskim. Bo: nie znam niemieckiego, nie wiem, co bym wam wklejał.

What is not supposed to be my concern! First and foremost, the good cause, then God’s cause, the cause of mankind, of truth, of freedom, of humanity, of justice; further, the cause of my people, my prince, my fatherland; finally, even the cause of Mind, and a thousand other causes. Only my cause is never to be my concern. Shame on the egoist who thinks only of himself!”

Nie obchodzą mnie sprawy, które mnie nie obchodzą. To jest tylko pozornie tautologia. Bo nie piszę, że czymś się interesuję, tylko, że jeżeli się tym czymś interesuję, to porządek jest taki – ja się interesuję. Ja nie jest przez przypadek na początku. Jeśli coś jest w zasięgu moich zainteresowań, to nie muszę się tłumaczyć z moich intencji względem tego, jakie by nie były. Nie muszę, bo ja mówię, że nie muszę.

Świat jest pełen ideologicznego gówna. Ideologiczne gówno jest nieuniknione – jest nawozem, na którym wzrastamy, że użyje makabrycznie banalnej analogii. Nie mogę uniknąć mniej lub bardziej świadomego uczestniczenia w jakimś światopoglądzie. Praktyka zawsze jest jakimś przesiąknięta, praktyka natomiast jest podstawowym materiałem poznawania siebie, poznawanie siebie jest podstawowym sposobem kształtowania siebie. W ten sposób ja chodzę na pasku ideologii. No i dobrze, akceptuję to i przechodzę nad tym dalej – a dalej jest obserwacja, że jednak też mogę ja moimi ideologiami manipulować. Wiem, one rządzą mną, ale wiem, że właśnie robię, teraz, coś nimi.

Ogromna część dyskusji polegających na ocenianiu jednego przez drugiego zawiera wymóg wyjaśniania i usprawiedliwiania, który stawia jeden, a drugi ma go wypełnić, żeby grać w dyskusję. Jeśli nie potrafi, powinien poprawić coś w swoim zachowaniu. W związku z tym, co napisałem u góry, pisze teraz: usprawiedliwiam się tylko przed osobami, które kocham, lub które mogą mi dać jakąś gratyfikację za to, że ładnie się usprawiedliwię albo wyjaśnię. Jedyne, co sobie zinternalizowałem z tego wasze ideologicznego gówna, to miłość, ostatecznie, ona jest naprawdę fajna, good stuff. Oceniam innych natomiast kiedy mi się żywnie podoba i jak mi się żywnie podoba. Oceniam, więc też robię coś im ze względu na tę ocenę.

Tak, wiem, że moje wybory dyktują mi moje ideologie. Nie mogę się z nich całkiem uwolnić, bo wyzwalanie się z jednej wymaga drugiej. Ale ta ideologia, którą właśnie przedstawiłem uwalnia mnie od wszystkich tych was, którym się wydaje, że macie mi coś ciekawego do powiedzenia na temat tego, jaki jestem i co robię, a jednocześnie nie macie niczego, co by mnie przekupiło i sprawiło, że zechcę was słuchać.

Na dobranoc praca domowa: zastanówcie się, jak wszelkie narracje, służące konserwowaniu władzy, zmuszają was do poddawania się ocenie ludzi, którzy osobiście wam zwisają? Albo zastanówcie się, czy przypadkiem niektóre narracje właśnie dlatego nie pomagają konserwować władzy. Zwłaszcza, jeśli je wyznajecie, zwłaszcza, jeśli uważacie, że jednak władza nie jest niczym fajnym i zwłaszcza, jeśli wykorzystujecie te ideologie do tego, by inni musieli się przed wami usprawiedliwiać.

Fapfapfapfapfapfapfapfapfap.

A na koniec macie, bo to śliczne:

Swędzi mnie, a nie wiem gdzie, ale swędzi, naprawdę

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on Listopad 20, 2010 by Jaś Skoczowski

Coś kiedyś mnie tak wykoleiło, że nie dbam o to, czy coś jest słuszne, czy nie i czy jest dobre, czy złe. Dbam o to, by nie krzywdzić pewnych tam sierotek-istotek, nie chcę krzywdzić też osób kochanych i lubianych, ba, im to chcę dobrze robić. Ale nienawidzę każdej myśli o tym, że mógłbym kierować się na dobro, czy słuszność. Nie ufam słuszności i dobru, bo są mi obojętne. Gdybym miał działać, bo jakiś czyn jest taki, że powinien być, czułbym się tak, jakbym miał nosić markowe ciuchy, bo są markowe – pytanie „dlaczego?” nie tylko byłoby otwarte, ale, niezależnie od tego, czy padła by odpowiedź, czy nie, dyskwalifikowałoby dla mnie sam pomysł.

Wydawało mi się, że istnieje jakiś ważny opis mnie, który pozwoli się z tym uporać, bo jest to dla mnie problematyczne, to co opisałem u góry, ta moja prosta obserwacja. Kiedyś radziłem sobie, wpisując się w buddyzm. Potem nastał stirneryzm, potem libertarianizm, anarchizm potem znów stirneryzm, buddyzm/crowleyizm i ostatecznie chujcowizm. Dużo izmów.

Czemu tak robiłem? Co jest nie tak w opisie z góry? To, że inni wiedzą coś, czego ja nie. Inni wiedzą coś o dobru i słuszności co sprawia, że chcą czynić dobrze i słusznie. Ja nie wiem i nie potrafię wiedzieć. Jestem jak z innej planety albo bardzo odległego plemienia. Ale co zmieniały opisy, o których pisałem? Obiecywały możliwość wytłumaczenia sobie innych bez rezygnowania ze zrozumienia siebie. Libertarianizm pozwala patrzeć na innych jak na jednostki z prawem do autonomii. Stirneryzm – jako zagrożenie lub coś, co można wykorzystać (coś napisałem. Napisałem tak świadomie). Crowleyanizm? W crowleyanizmie każdy może być rozumiany jako odrębne bóstwo. Buddyzm? Jako coś czującego, czemu należy współczuć.

Wcześniej czy później oczywiście wszystkie te próby dookreślenia siebie i innych zaczynały mi wadzić. Dlaczego? Odpowiedź jest równie niesatysfakcjonująca – wadziły mi, bo nie potrafiły złagodzić skutków, jakie dawał kontakt z innymi. A przecież to kontakty z innymi sprawiały, że albo traciłem zrozumienie dla innych, albo dla siebie.

Tylko, że, o ironio, tu nie ma niczego do rozumienia. Niczego więcej ponad to, że nie ma zrozumienia między kimś, kto ceni dobro i słuszność, a kimś, kto go nie ceni, w sprawie etyki, tak samo, jak nie ma porozumienia między kimś, kto lubi kolo zielony i kimś, komu on jest obojętny, w sprawie kolorów. I nie, nie chodzi o to, że to tylko spór o gusta. To w ogóle nie jest spór. To jest mówienie do siebie w nieprzekładalnych na siebie językach.

Czy nie można każdej sprawy postrzegać tak swoiście, jak ja postrzegam kwestię norm?

Tak, właśnie zrozumiałem, na swoim przykładzie, że źródłem indywidualizmu jest nie jakiś wspólny trzon dla wszystkich, coś nam wspólnego, ale że jest nim jego brak tego czegoś wspólnego (banał. Każdy banał jest skandalem, zwłaszcza – ważny banał). Nie chodzi o to, że każdy jest różny, tylko, że możemy nie być tacy sami i dla tego braku tożsamości trudno wskazać granice – to nie są zdania równoważne. Nie odróżniamy się od siebie, bo jacyś jesteśmy – odróżniamy się, bo każdemu z może brakować perspektywy kogoś innego, ma natomiast zawsze swoją i może w niej poczuć coś, czego nikt inny nie potrafi. Oczywiście, czasem możemy komuś tę perspektywę przedstawić. Ale tylko my możemy z niej „patrzeć” (wiadomo przecież, że nie pisze tylko o zmyśle wzroku, no proszę was). To nie znaczy, że o to ta perspektywa nie ma znaczenia, bo nie możemy nikomu opowiedzieć o tym, jak to jest czuć przez nią świat, więc co nam po niej. To znaczy, że coś bardzo ważnego jednak może być ukryte i to, że jest może być ukryte, jest bardzo jawne. To znaczy, że cała nasza komunikacja bywa mniej ważna niż sekunda spędzona w ciszy i samotności, jeślibyśmy siebie chcieli wyrazić.

Louie, nie daruję Ci tej nocy, odebrałeś mi złudzenia, ale Louie, dziękuję.

Co ważne

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Kwiecień 28, 2010 by Jaś Skoczowski

Ważny jest egoizm. Tylko teraz ponieważ to ważne, trzeba egoizm bardzo uważnie zrozumieć. Egoizm to nazwa, powszechna, można nazwać tak kilka przedmiotów, ale one nie będą miały ze sobą wiele wspólnego. Egoizm jest nazwą ludzkiej postawy czy cnoty, która charakteryzuje się afirmacją swojego ja. Ja to tak samo kulawa nazwa, jak egoizm.

Kim jestem? To nie jest ważne pytanie, to jest głupie pytanie. Głupsze od „czy nieżonaty mężczyzna jest kawalerem?”. Jasne, że jest i przynajmniej może ono przez to przypomnieć nam o jakiejś oczywistości. Natomiast odpowiedź na pytanie „kim jestem?” na nic nam nie odpowiada w tym konkretnym kontekście, czyli w kwestii egoizmu, bo nie wskazuje nikogo, kogo powinniśmy ze względu na nasz egoizm afirmować.

Bo absurdalne jest, jeśli ktoś postanowił być egoistą przejmować się, kim jest, ze względu na ten egoizm. Nawet jeśli jestem jakiś, to przecież – wcale nie muszę tego akceptować, więc tym bardziej – działać na korzyść tego. Afirmowanie siebie wbrew sobie jest absurdalne, gdy pojmujemy je jako egoizm – egoista nie ma powodu, by robić coś wbrew temu, czego chce. Jasne, brak akceptacji siebie może unieszczęśliwić. Jest szkodzeniem sobie, czyli głupotą. Ale głupota nie wyklucza egoizmu – egoista działa na rzecz siebie, ale nie bezbłędnie. Gdy działa bezbłędnie po prostu jest mistrzem w swoim egoizmie. Tak jak kiepski kierowca pozostaje kierowcą, tak kiepski egoista jest egoistą. I nie ma żadnego obiektywnego powodu, by przestał być kiepski.

Powtarzam raz jeszcze: egoizm jest ważny. Konsekwentna afirmacja „siebie” ujawnia, że znaczenie takiego pojęcia, jak ja, nie jest najważniejsze dla tego ja. Powołanie się więc na tożsamość kogoś nie jest dla niego argumentem bezwzględnie rozstrzygającym, jak powinien on postępować, nawet, jeśli tożsamość tego kogoś byłaby poprawnie i normatywnie określona. To pozwala na zdystansowanie się wobec własnej tożsamości.

To zdystansowanie ma wartość praktyczną – egoista działa inaczej, gdy działa jako egoista. Działa bezsprzecznie ze względu tylko na siebie i to wyklucza działanie na korzyść czegokolwiek innego. To wyklucza np. działanie na rzecz realizacji norm, jakakolwiek byłaby ich natura. Stąd teza, zgodnie z którą jednostki zawsze tworzone są przez zbiorowości jest fałszywa. Jednostki mogą tworzyć zbiorowości, wpływając na siebie i na innych, w zakresie ich własnej mocy, o ile są konsekwentnie egoistyczne.

Tak, oczywiście, że ten tekst jest inspirowany Stirnerem. I jest pewną reakcją na wywiad który zrobił ze mną Maciek Dudek i posłał na Liberalisa. Bo liczyłem, wiecie, na wieczną sławę i masę dup po tym, jak udzielę wywiadu, który zostanie opublikowany NA JEDYNYM PORTALU LIBERTARIAŃSKIM W POLSCE. No, a potem przeczytałem, stwierdziłem, że zrobiłem jakąś przemieloną kupę w odpowiedziach i postanowiłem się zrehabilitować tutaj.

Jak budzi się nadzieja?

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , on Kwiecień 10, 2009 by Jaś Skoczowski

Tak. Miałem sen. W nim chłopcy w sukienkach zrzucali je i palili. Cytowali przy tym Warrena, Stirnera, Crowleya i Leary’ego, tańczyli w kółeczku, całowali się z chłopcami i dziewczętami, rozdawali im kwadraty kwasu. I prezerwatywy.

Eh… Przebudziłem się i wciąż śnie :).

amoralizm w działaniu

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Kwiecień 12, 2008 by Jaś Skoczowski

tak, jak wygląda tytuł, tak właśnie nazywam mój pogląd na normy. nie rozstrzygam ostatecznie, czy mogą być fałszywe lub prawdziwe, czy nie – obydwa poglądy wydają mi się czasem atrakcyjne, a czasem nie. natomiast wiem jedno – siebie potrafię opisać bez norm. wystarczą mi do opisu samego siebie takie środki jak: chcę x, nie chcę x, nie potrafię zrobić nic innego niż x (a może nawet lepiej i przyjemniej powiedzieć po prostu robię x). no i do tego dochodzą zwykłe opisy innych, niż wymienione, myśli, uczuć i ruchów. oczywiście czasy w czasownikach można zmienić. no i można stosować synonimy.

bardzo mi się podoba ten język. dlatego wybieram go do opisu siebie. to właśnie jest mój pogląd, który nazywam amoralizmem w działaniu. po prostu wybieram brak norm w opisie siebie :).