Archiwum dla państwo

rozważania anarchistyczne

Posted in Uncategorized with tags , , , on Marzec 12, 2011 by Jaś Skoczowski

To jest silna struktura władzy, scentralizowana. Skupia w sobie mnóstwo różnych interesów i nie rozpada się, tylko trwa. To sugeruje, co sprawia, że się nie rozpada. Taka struktura władzy może manipulować tymi interesami. I jak najbardziej ta struktura władzy dalej zbudowana jest z ludzi. Co to znaczy? Że ludzie „z państwa” (a przynajmniej USA) są zdecydowanie bardziej w stanie wpłynąć na kogoś tak, jak im się to podoba, niż ludzie „spoza państwa”. I mówimy tu o demokratycznej republice jako przykładzie.

Dlaczego właściciele USA nie hodują po prostu sobie innych ludzi na mięso? No po pierwsze to niezdrowe. To dałoby się przezwyciężyć w trakcie jakiegoś głodu – strach przed chorobą zderzyłby się ze strachem przed śmiercią, głodem i chorobą. Dawno tego nie mieli. Czy kiedykolwiek w takiej skali, jak np. Ukraińcy za Stalina? Stawiam na to, że nie.

Poza tym, mogą mieć swoje sentymenty. Różne. To nie tak, że muszą kochać swoich ludzi (z namysłem nie piszę o „niewolnictwie, ten związek jest inny, dalej jest związkiem zależności). Możemy im być po prostu potrzebni do realizacji „wyższych celów”, choćby te były sprzeczne z naszymi.
Mam na myśli obecny stan dla tej części świata, która jest właśnie „demokratyczna” czy jak to nazwać. Używam słowa demokratyczna w cudzysłowu nie dlatego, że ironizuje, po prostu nie wiem, czy to jest najlepsza nazwa i nie wiem, czy mam pojęcie, co to jest.

I ludzie się na to godzą, inteligentni, kto wie, czy nie inteligentniejsi ode mnie. Nie rozumiem. Proszę, przykład – tu. Taki skromny temat, prawda? Przecież w ludzkiej seksualności są takie sprawy, które da się przedstawić tylko jako konflikty wartości, których nie da się rozwiązać, nie wybierając jednej wartości na niekorzyść drugiej. I oni tego tak nie ujmują. Otóż, każdy z nich wie, co jest problemem i żaden niczego kategorycznie nie twierdzi – co jest słuszne, co nie. Ksiądz najwyżej powiedział, że ktoś ma prawo mieć swoje zdanie, odrębne, ale nie powiedział: obowiązujące.

I jednocześnie oni popierają instytucję, która jest instytucją przymusu, zdolną do takich zachowań jak w pierwszym artykule. Nie mówią natomiast: „chcemy, żeby inni ludzie wzięli Cię pod opiekę i tak wychowali, żebyś robić to, co nam się podoba, żebyś robił”. To pomijają. Tacy sobie miłośnicy dobrze ułożonych piesków, tresowanych szczurów i zamykania kotów w mieszkaniach nie wiele różniących się od klatek, są do nich podobni. Oni też nie widzą żadnej potrzeby w tłumaczeniu swoim pieszczochom, że ich rolą jest robić to co ich panowie chcą i że w razie czego ich panowie mają prawo ich do tego zmusić. Bo w tym kontekście to wyjaśniłoby, co to znaczy, że ktoś komuś innemu wyznacza cel, do czego sprowadza kogoś, kto ma na siebie przyjmować cudze cele. I to czyniłoby ich nieco mniej szlachetnymi panami swoich pieszczochów.

Czy gdyby Guantanamo to było miejsce, w którym ludzie chcą przebywać i przebywają, byłoby o czym gadać? Ale dlaczego w takim razie nas to przejmuje? Ludzi trzyma się siłą co dzień w zamkniętych pomieszczeniach, wbrew ich woli. Warunki są lepsze, ale dalej mocno ogłupiające. No i to nie budzi sprzeciwu, sprzeciw budzi tylko mięso i tortury, chociaż istotnym elementem, bez którego tortura nie jest torturą, jest przymus. Czemu? Cel jest lepszy? Ten oficjalny? Przecież w takim wypadku zarówno torturowanie niebezpiecznych ludzi jak i zmuszanie innych ludzi do nauki ma całkiem atrakcyjne cele, gdyby rozpatrywać je w oderwaniu od środków, jakimi mają być osiągnięte. Terroryści, którym każdy przetrzymywany w Guantanamo może być przecież, zabijają ludzi, których państwo ma chronić. Ochrona niewinnych ludzi jest bardzo atrakcyjna. Nauczanie ich i wychowywanie na ludzi kompetentnych, pracowitych, twórczych, szanujących siebie nawzajem to tez bardzo atrakcyjny cel. Który cel miałby tu być lepszy? No ten, który warunkuje osiągniecie obydwóch celów, czyli właśnie: torturowanie ludzi w Guantanamo. Bez względnego poczucia bezpieczeństwa nauczyciele będą się bali chodzić do szkół. Tyle, że osiągnięcie tego celu w ten sposób określa to, w jakim świecie osiąga się jaki cel i pośrednio określa, czym jest ten cel. Na przykład: nawet jeśli funkcjonariusze państwowi naprawdę podzielają nasze cele, to mogą nie dopuścić do tego, żeby puścić wolno grupę piętnastolatków, która uczyć się nie chce. A przecież cel rozumiany jako właściwe wychowanie i edukacja może dla kogoś znaczyć konkretnie to – żeby dziecku pokazać, że może za siebie decydować i na czym to polega. Ktoś może podzielać przekonanie, zgodnie z którym trzeba torturować więźniów, by zapewnić dzieciom takie warunki, rzecz w tym, że wcale nie musi chcieć z tego powodu zmuszać dzieci do pozostawania w szkole pod przymusem, ale ponieważ koncepcja dobrej edukacji i nauczania potrafi pomieścić i wolnościowe, i niewolnościowe nauczanie, to ktoś popierający państwo musi się liczyć z tym, że w będzie musiał poświęcać wartości wcale nie niższej w swojej hierarchii wartości. Oczywiście można postulować doprowadzenie do większej jednomyślności, co rozwiązałoby problem. Jak? Ale to oznaczałoby przyjęcia, że trzeba jednak w jakiś sposób pozbyć się ludzi, którzy nie tylko nie zgadzają się z postulującym większy stopień jednomyślności w polityce, ale którzy nie zgadzają się dlatego, że wyznają system przekonań inny niż zwolennika jednomyślności w taki sposób, że to co dla jednego jest poprawne, dla drugiego jest błędne i na odwrót. Jeśli ma się to odbywać bez przymusu, to po nie wiem, po co w tym procesie ma uczestniczyć państwo. Jeśli jednak ma uczestniczyć, to ze względu na wskazywaną już autonomię państwa względem tego, co jest „spoza państwa”, żadna ze stron wciąż nie ma gwarancji, że jednomyślność, o którą wszystkim im chodzi, będzie po ich myśli.

Państwo może istnieć tylko wyposażone w odpowiednią moc nad ludźmi. Osiągnięcie tej mocy wymaga odpowiednich ludzi do tworzenia państwa. Muszą oni być zdolni do przełamywania cudzej woli albo mijania jej i być jednocześnie częściowo niezależni od grup interesu. Inaczej byliby bezużyteczni. Ale to oznacza to, że mogą działać niezależnie od wszystkich i ludzie traktujący państwo instrumentalnie są w błędzie, tym bardziej są w błędzie, gdy zarzucają anarchiście „brak pragmatyzmu” w sytuacjach, w których anarchista nie chce odwoływać się do władzy państwa.

No to siup.

No nie zgadniecie, co? Anarchizm!

Posted in Uncategorized with tags , , on Czerwiec 28, 2009 by Jaś Skoczowski

W anarchizmie głupi jest sprzeciw wobec istnienia państwa, czyli skrajny antyetatyzm. Nie, nie zamierzam powtarzać tu starych argumentów etatystów. Nie uważam, że monopol przemocy musi być komuś przekazany, ani, że jego istnienie jest dobre, a nie złe (np. ze względu na to, że państwo dzięki niemu może być superarbitrem). Uważam, że monopol przemocy obecnie jest nieosiągnięty praktycznie nigdzie, a większość zadań państwa nie różni się od zadań bytów, które państwami nie są (co wynika jedno z drugiego). Państwa to duże organizacje, starają się kontrolować spore tereny i prawie zawsze – pobierać od ludzi zamieszkujących te tereny podatki/czynsz. Jednak, to nie są homogeniczne organizacje, można w nich wyróżnić wyraźne frakcje, a jeśli nie w nich ich wyróżnić, to przynajmniej w ich najbliższym otoczeniu, bo blisko nich znajdują się różne grupy wpływów, w postaci partii politycznych, wpływowych lobby, think-tanków itd. Frakcje te szarpią państwem w różne strony, w tym samym czasie – i to sprawia, że choćby państwo posiadało monopol jako całość, to jednak nie działa jak jedna organizacja. To osłabia efekt monopolu, a przecież gdyby on zaniknął całkiem, oznaczałoby to, że monopolu nie ma wcale. W dodatku frakcje państwa czy organizacje powiązane z nim często łamią zasady, które postuluje to państwo na swoim terenie. Można więc byłoby stwierdzić, że państwo w moim obrazku rozpada się prawie na kilka organizacji. Oprócz tego, o ile nie jest ono bardzo skuteczne, zazwyczaj na terenie państwa funkcjonują jednostki i grupy nie związane z nim, ale same stosujące przemoc w celu wymuszenia pewnych zasad, co też przełamuje monopol, a przynajmniej czyni go o wiele mniej ważnym.

A skoro tak, to odpada szczególny powód do buntowania się przeciwko istnieniu państwa. Mogę być przeciwny podatkom, przepisom nakazujący zbierać kupy po psach albo zakazującym obrzezania 13latek (nie, co najmniej w dwóch przypadkach na trzy, jeśli nie trzech na trzy, nie jestem przeciwny). Ale nie dlatego, że państwo je ustanawiające jest monopolistą przemocy, bo nie jest. Stąd anarchizm jest guuuuuuuuupi, o ile anarchizm jest antyetatyzmem. Bo wtedy jest postulatem bicia się z powietrzem.

Co ciekawe, choć państwo rozumiane jako monopol przemocy wydaje się pomysłem godnym porzucenia, jednak mit pokrewny pomaga ludziom robić wodę z mózgu. Chodzi o przekonanie, zgodnie z którym państwo jest bardzo szczególną organizacją. Jestem niedoukiem historycznym, poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale czy ten pogląd, zgodnie z którym państwo jest unikalnie-unikalne nie jest cholernie stary? Najpierw pewni ludzie uznawali się za synów Bogów albo sługów Synów Bożych. Potem pomazańców. Potem wynaleziono pomysł z fikcyjną umową, która zawiązywałaby wspólnotę. Ale zawsze chodziło o to, żeby nadać niepowszechności jakiejś grupie ludzi albo przynajmniej działaniom tej grupy. I ta niepowszechność miała uprawniać ich do władania innymi.

I ja podejrzewam po co – żeby cała reszta dawała się spokojnie doić, i strzyc. Państwo jest jeszcze jednym woo, podobnym do homeopatii – kolesie, którzy wmawiają ludziom pewne cechy, które jakoby posiada państwo, potrafią trzepać na tym niezłą kasę, a przynajmniej kontrolować innych i żyć dosyć spokojnie. Może czytaliście dyskusje z Orlińskim, wklejoną już raz gdzieś tu na blogasku? Moim zdaniem moje ostatnie pytanie, jakie zadałem w niej było ważne, a Orliński na nie nie odpowiedział. A, jeśli tego nie widać tam, ja się pytałem o to, czy rzeczywiście państwa godzą ludzkie interesy? Bo moim zdaniem tym się nie zajmują zazwyczaj, tylko są narzędziami raczej w osiąganiu celów wbrew komuś. A jeśli tak, to najwspółcześniejsza bajka, nadająca państwu status wyjątkowy, pada, bo nie ma żadnej umowy społecznej, wciąż napierdalamy się, aż miło, jak u Hobbesa i nie u Hobbesa zarazem. I to właśnie za sprawą tego czegoś, co miało nas jakoby godzić i ochraniać.

Podatki

Posted in Uncategorized with tags , , , on Maj 5, 2009 by Jaś Skoczowski

Jestem przeciwnikiem przymusu podatkowego. W przypadku anarchisty do dosyć oczywiste – podatki pobiera państwo, anarchiści są przeciwnikami państwa. Z definicji.
Tyle, że nie jestem przeciwnikiem podatków, bo są przymusowe. Jasne, przymus jest mało wolnościowy jak diabli, ale anarchiści bywają też jak diabli nie wolnościowi. Chyba, że są pacyfistami. W każdym innym wypadku godzą się na zmuszanie kogoś do czegoś. A nawet pacyfiści godzą się sami stosować tak zwany bierny opór, który, polega, o dziwo, na używaniu swojej fizycznej siły by wpłynąć na kogoś. Może co najwyżej mniej boleć, ale jest upierdliwy. Poza tym konsekwentny pacyfista godzi się na przymus praktycznie – jeśli odrzuca samoobronę pozwala nawet siebie w razie czegoś zmusić do czegoś, jeśli obronę – pozwala na zmuszanie innych.
Nie jestem też przeciwnikiem podatków, bo one naruszają czyjąś własność. Własność to przydatne urządzenie, zwłaszcza, gdyby dotyczyła większości ludzi, a nie wąskiej grupy. Każdemu właścicielowi (a jest ich bardzo, bardzo wielu względem wszystkich ludzi należących do jakiejś wspólnoty) prawo własności gwarantuje przestrzeń do swobodnego działania i przedmioty, którymi swobodnie może się posługiwać. Tyle, że zniesienie przymusu podatkowego wcale nie musiałoby prowadzić do takiego porządku własnościowego.
Mnie w podatkach przeszkadza to, że są pobierane przez względnie duże organizacje, z którymi prawie w ogóle nie można negocjować. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale głównymi sposobami np. uniknięcia zapłaty daniny jest emigracja (by płacić daninę komuś innemu…) albo wybranie innych ludzi, by mną rządzili (którzy może ustalą daniny bardziej mi odpowiadające, a prawie na pewno nie zniosą ich całkowicie. Z naciskiem na może i na pewno). To nie jest jakiś prosty wynik z mojego podstawowego, fundamentalnego, tkwiącego mi gdzieś zachyłku żołądka, poglądu, który podpowiada mi, że wolność każdej jednostki, której granice wyznaczałby ta jednostka, jest najwspanialszym celem. Można zdecydowanie wyobrażać sobie państwo pobierające podatki i powołujące się na to, że wymaga tego wolność jednostek. Coś takiego proponuje w warunkach zagrożenia David Friedman – podatki na wynajęcie armii do walki z agresywnym reżimem totalitarnym, który chce zająć jakiś teren. Ale ja nie widzę takiej właśnie potrzeby teraz, natomiast widzę wielkiego molocha, który wylazł z dupy lucyfera, który zżera ludziom papierki i metalowe krążki, o które oni się mordują. Może gdyby oni mogli sami je odbierać sobie nawzajem, bez gigantycznej machiny biurokratycznej, miałbym inne zdanie na temat np. przymusowych opłat na medycynę. Może gdyby za niepłacenie podatków nie szło się do ciupy/psychuszki. Może gdyby skarbówka nie miała prawa prześwietlać ludziom życiorys. Może wtedy podatki by mi nie przeszkadzały. Ale na razie przeszkadzają, jeśli się mylę, oświećcie mnie.

o państwie

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , on Kwiecień 24, 2008 by Jaś Skoczowski

jak dla mnie słowo państwo jest zbędne. chyba, że używamy tego słowa jako nazwy zorganizowanej grupy ludzi, która posiada monopol przemocy, czy jednego człowieka, wyposażonego w monopol przemocy, na jakimś terytorium. tyle, że wtedy dwuosobowym państwem jest np. tata i mama. często też równie postulowanym, a nie faktycznym, co monopol państwa.

no i teraz łatwo powiedzieć, czego chcę od innych ludzi – żeby nie wchodzili mi w drogę. w zamian postaram się zaoferować to samo. szczegóły można dogadać. ja np. myślę, że zmniejszenie terenów, które zajmują monopole przemocy i pozbawienie ich wyraźnych środków byłoby korzystne. zapewne najlepsze byłoby zniesienie monopolów przemocy, ale seryjni mordercy mogą się nie bardzo z tym zgrać, a to zrujnuje nasz obrazek.

przy czym, to jest propozycja, nie norma. jeśli ją ktoś odrzuca, to ona jest odrzucona, a nie on jest zły. tylko, że jeśli ktoś ma gdzieś mnie, to ja jego też. on robi co chce i ja robię to samo.

nazywam to rozwiązywaniem problemów, bez ruszenia ich z miejsca. :0)