Archiwum dla Nietzsche

Rozwydrzony gówniarz w mojej głowie, czyli odpowiadam Feralnemu Faunowi

Posted in Uncategorized with tags , , , on Czerwiec 16, 2013 by Jaś Skoczowski

http://www.anti-politics.net/feral-faun/cops-in-our-heads.html

Zacznijmy od tego, że autor używa słowa moralność, a ono jest tak cudownie niejasne, że można go użyć prawie dowolnie. To co on prezentuje to też może być moralność, jak się komuś to spodoba tak zrozumieć.

Poza tym autor twierdzi, że chce się kierować swoimi „whims”. Może to moja nieznajomość angielskiego, ale „whims” to po prostu silne impulsy. Rzecz w tym, że to, co każe mu podziękować sprzedawcy: „When we feel disgust, anger, joy, desire, sadness, love, hatred, we need to express them. It isn’t easy. More often than not, I find myself falling into the appropriate social role in situations where I want to express something different. I’ll go into a store feeling disgust for the whole process of economic relationships, and yet politely thank the clerk for putting me through just that process.” to też jest taki impuls. Może wyuczony, ale teraz to jest impuls, po prostu obecnie silniejszy. Tak samo jak impulsem jest dla wielu nie srać w gacie, a kiedyś było ulżyć sobie. Żeby przestać się szczerzyć do sprzedawcy, Feralny Faun musi się ograniczyć, powściągnąć, powstrzymać, pokonać – synonimy można mnożyć.
Tak, to prawda, jeśli chcę komuś powiedzieć „spierdalaj”, a mówię „tak jest panie kierowniku!” to nie jestem wolny. Ale do tego, by się z tego wyzwolić, nie wystarczy kierować się „whims”, do tego potrzebna jest zdolność kontrolowania „whims”, tworzenia ich i niszczenia – tacy jesteśmy, nie ma w nas cudownie wolnego ducha, zanieczyszczonego przez diaboliczne podszepty moralności (a kamień śni o Wiedniu, a jego sny piją trwogę, a świstak siedzi i je zawija. W różowe liście marzeń), jest tylko wolny duch i czasem nas bardzo wkurwia tym, co z nami robi. Nie mamy jak uciec od whimsów, ale nie mamy też przed czym w nie uciekać. A do niszczenia/tworzenia/kontrolowania może być potrzebny policjant właśnie, moralność właśnie (tak jak ją zdaje się rozumieć Feralny Faun) i przede wszystkim: kupa roboty nad sobą i mnóstwo skupienia. W dodatku to wszystko, by prowadziło do założonego celu, musi być dziełem samej jednostki, a nie kogoś z zewnątrz tej jednostki. Indywidualizm jest często rozumiany jako obietnica uwolnienia się od tej pracy. Ja tak go rozumiałem też. Jak zwykle potwierdza się, że Klub Idiotów i Głupków jest najliczniejszy we Wszechświecie.
Oczywiście dobrym pytaniem jest, jak w ogóle to możliwe, że mogę zapanować nad swoimi impulsami/pasjami? Drugą sprawą jest to, że one są motorem – a jeśli tak, to czy pełna kontrola nie oznaczałaby jakiejś, kompletnie nierealnej (lub dostępnej tylko w przypadku śmierci mózgowej), bezczynności? Na pierwsze pytanie odpowiadam sobie tak, że musi jakoś być, chyba, że pojęcia silnej i słabej woli są dla kogoś bezużyteczne. Jeśli pale, a jednak potrafię kilka dni nie sięgnąć po papierosa, to coś sprawia we mnie, że tego nie robię i nie jest to nałóg nikotynowy. Nie chodzi o to, że jest to jakieś lepsze, czystsze i tak jakościowe różne od tego, że o to dzieliłbym na jakieś dwie części zupełnie do siebie nie przystające. Nie ma więc problemu wolnej woli dla mnie i podobnych bzdur – ale coś może być we mnie silniejsze, a coś słabsze, i to coś silne jest silną, a to coś słabe, słabą wolą.
W dodatku: nałóg to ta cecha, która każe mi sięgnąć po pałeczkę śmierci, powściągliwość powstrzymuje moją łapkę, każe się jej się zająć czymś innym – wyraźnie wiec są różne. Gdyby stwierdzić, że nie ma żadnej kontroli nad pasjami, to jak można byłoby w ogóle je od siebie odróżniać? Po prostu nie chciałbym palić i już. A to bzdura, ja chcę palić i nie palę lub nie chcę zapalić i jednak sobie to wtykam w pysk!
Na drugie pytanie odpowiadam tak: tak, uważam, że dążenie do wyzbycia całkowitego się pasji/impulsów/whatever to zabawa głupiego, bo raz – raczej nie jest osiągalne, zwłaszcza dla mnie, a dwa – prowadziłoby do czegoś zupełnie przeciwnego niż to, o co mi chodzi. Chcę być jak najbardziej niezależny/samodzielny. Chcę, by to, co mną porusza we mnie było silne przez to, gotowe przebijać mury (w tle zaczyna grać Wagner). Nie stanie się to bez samodyscypliny. Ale ona nie jest dla samej siebie, ja jestem sam dla siebie. Bo tak chcę.

Kochajcie i róbcie co chcecie!

Kol. Nietzschemu należą się podziękowania, bo zasponsorował ten wspisik.

Dziedzictwo cnót zamiast zgliszczy po nich. MacIntyre vs. Nietzsche vs. Stirner

Posted in Uncategorized with tags , , , , , on Grudzień 27, 2011 by Jaś Skoczowski

Co do Alasdaira: główny zarzut jego wobec liberalizmu indywidualistycznego jest taki, że ostatecznie ten indywidualizm sprowadza się do społeczeństwa manipulatorów, ponieważ każdy w nim robi co chce. Po pierwsze: powinno być, że myśli, że robi co chce. MacIntyre zdaje się postrzegać autonomię jako coś, co spada z nieba. Albo ze skończeniem 18lat. Kiedy, jeśli przyjąć, moim zdaniem realistyczną i użyteczną w myśleniu o człowieku, wizję jednostki, to jest ona istotą pierwotnie zależną, która się dopiero może się wyzwolić. I przynajmniej pierwsza część poprzedniego zdania powinna przypaść MacIntyre’owi do gustu. Druga – może mniej. Rzecz w tym, że jeśli nie ma mowy o niezależności, to nie ma mowy o manipulacji kogoś przez kogoś. Manipulant musi być wystarczająco autonomiczny, by przynajmniej samodzielnie móc określić, czego chce. A przeciętny człowiek, starający się manipulować nie jest wystarczająco autonomiczny, chyba, że najpierw uświadomi sobie swoje ograniczenia i zacznie je przezwyciężać. Czyli jest to projekt niedokonany. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek dokonuje się całkiem. Wydaje mi się natomiast wysoce prawdopodobnym, że w celu wyzwalania się unikać trzeba technik manipulacyjnych, tak samo jak władzy. Poza nieistotnymi wyjątkami wymagają one biegłości w poruszaniu się między innymi ludźmi, dużej socjalizacji (większej niż osób odmawiających sobie władzy i manipulacji), która wiąże się z poddaniem swojej woli intencjom nie własnym, ale kolektywnym. Bez działania kolektywnych intencji nie istniałyby instytucje niezbędne do manipulacji i władzy, chyba, że ktoś chciałby po prostu fizycznie eliminować wrogów i ewentualnie liczyć na to, że są tchórzami. Moim zdaniem to o wiele za mało. Czyli zarzut MacIntyre’a wobec indywidualizmu jest nietrafiony, gdyby indywidualiści chcieliby pojąć z łaski swojej, ze wolność nie jest im dana i że wolności nie dostaną w całości od nikogo – istotną jej część muszą zdobyć sami, okiełznując siebie. To nie wiele, do tego wystarczy odrobina realizmu, na który stać nawet liberałów. Zarzut jest słaby, bo nie oddaje istoty liberalizmu, zwłaszcza, jeśli jego istotą ma być indywidualizm

Co ciekawe, to, co chce zarzucić liberałom MacIntyre, świetnie trafia w niego. On proponuje społeczeństwo, które po prostu odrzuca zasadę dobrowolności uczestnictwa. Jego analiza praktyki podkreśla jedną rzecz – że jednostka musi poddać się czyjemuś autorytetowi i nie jest to autorytet fachowy, tylko deontologiczny, on nie przepisuje tego, co ktoś ma zrobić, by osiągnąć wyznaczone już sobie cele. On mówi komuś, jakie to są cele i ustala wszelkie inne zasady. Cóż z tego, że można dokonywać krytyki tych celów i zasad? Czy może je wyrażać człowiek będący kompletnym profanem? Otóż nie sądzę. Jednak każde dziecko będzie profanem wobec każdej tradycji i krytykować będzie ją mogło dopiero, gdy ją przyjmie. Tak to rozumie. Co w tym nie tak? Otóż praktyki, tak jak je rozumie MAcIntyre, nie tylko pozwalają pielęgnować cnoty i lepiej je rozumieć. Praktyki dają też ludziom moc wpływania na kształt swoje i cudzego życia. Dają im po prostu władzę – dlatego, że ktoś w nich uczestniczy. A część w nich uczestniczy przymusowo. Projekt MacIntyre’a to projekt władzy, która się replikuje kosztem tych, którzy mają jej się poddać, bez względu na to, czy się godzą, czy nie. Jest projektem tyranii i wyzysku dlatego. Wyzysk oznacza traktowanie kogoś jak przedmiot, środek do celu, narzędzie w takim celu, by zdobyć dzięki temu moc czy tam władzę i jest tym, co razi w stosunkach manipulacyjnych, które przypisuje MacIntyre społeczeństwu indywidualistycznemu. W ten sposób cała pisanina Alasdaira może być doskonała ideologiczną przykrywką dla woli mocy autorytetów moralnych. MacIntyre nie robi tego, co twierdzi, że zrobił – nie wykracza poza Nietzschego, nie może więc tez dowieść wyższości św. Tomasza nad biednym Fryderykiem.

Wyżej stoi jednak nasz niesforny Maxio. Niechcący chyba. Otóż, żeby byś swoim, być swoim mistrzem, nie można szukać władzy i nie można manipulować, przynajmniej dopóki nie osiągnie się doskonałej i pełnej autonomii – która jest najpewniej niemożliwa, z powodów biologicznych i kulturowych. Nawet autonomia jest czymś, co trzeba komuś wpoić, choć nie przymusowo, to na najbardziej prymitywnym poziomie za pomocą przemocy symbolicznej. Bunt przeciwko temu to po prostu kolejna zmora, kolejne kółko w głowie, pozbawiające człowieka sobości, autonomii, wolności czy jak to nazwiecie.

Jeśli więc kierowaniem sobą w swoim własnym życiu ma być celem branym na serio, ma być na poważnie uznane tym, co czyni życie dobrym, samorząd czyli autonomia musi wiązać zarówno z unikaniem władzy, jak i manipulacji, a także musi polegać na afirmacji tego, ograniczającego nas świata, bo jego negacja to obsesja, próba kompletnego wyrwania się z niego której gdyby się poświęcić, podporządkowałaby sobie życie obłąkanego nią. Czyli do przewrotu nanotechnologicznego jesteśmy grzeczni, my (hyhy), indywidualiści. A nawet po nim nie wiem, czy byłoby tak miło, ja nam się marzy. :)

Z tym się rodzisz (i umierasz, choćby bolało)

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Marzec 6, 2011 by Jaś Skoczowski

Człowiek kiedyś mi tak odpowiedział: tak, urodziłem się anarchistą. Coś podobnego dotyczy mnie.

Nie napisze, że się urodziłem taki. Ale szybko się tego nauczyłem. Odrębności. Najpóźniej w 3 klasie podstawówki choćbym chciał, to się odklejałem od towarzystwa i dalej było bardziej. I już tak zostało.

Kiedyś wydawało mi się, że odstawanie nie jest istotne. Że nie decyduje o indywidualizmie. Nie rozumiałem kolektywów, wydawało mi się, że są głównie dobrowolne, że ich istotą jest dobrowolność. Że w większości przypadków po prostu przyjmujemy je i tworzymy swoją zgodą. Na wiele sposobów to nieprawda. Raz: pierwsze wspólnoty do których wpadamy takie nie są – rodzina to absolutny przymus i pierwotny. Przynależysz do niej, zanim w ogóle potrafisz wyrażać wolę, a co dopiero – realizować ją. Dwa – te wspólnoty nie mają wyraźnych władców, ich władcami jest ich sama struktura i struktury na nie się składające. Trzy – te struktury są zorganizowane według pewnych zasad działania. Za panem, którego czytam, fapając na potęgę, Gerorgem Palante, pokuszę się o stwierdzenie – jedną z podstawowych zasad działania kolektywów jest dominacja jednostek do nich należących, kolektywna „wola mocy” tkwi w kolektywach. I inne zasady są podporządkowane temu pierwotnemu impulsowi (ha i tego chyba MacIntyre chyba nie bardzo się spodziewał?).

Odstawanie jest ważne więc, cholernie, bo to, czy występuje i w jakim stopniu fundamentalnie określa kim jesteś. Jesteśmy społeczni, uspołecznienie na maksa i to, czy chcemy się dystansować, czy nie, to podstawa naszej tożsamości (a nie ciągłość narracyjna, ba, podstawą niektórych tożsamości jest zerwany brak ciągłości). Bo albo mamy ładnie zharmonizowany z społecznościami, którymi jesteśmy członkami, charakter albo nie (to oczywiście spektrum, nie dwie kropki rozdzielone nieskończenie wielką przepaścią). W pierwszym da się nas najlepiej definiować w terminach opisujących kolektyw, jako jego część, w drugim liczą się cechy które dotyczą głównie lub tylko nas.

Bunt przeciwko porządkowi innych, porządkowi wspólnoty, jest podstawą indywidualizmu, czyli afirmacji siebie i musi taki być. Nie bunt przeciwko autorytetom, jak wydawało mi się bardzo długo. Bo, że odkryję Amerykę jeszcze raz, struktury władzy to nie wszystko, no. Istnieją inne elementy budulcowe ludzkiego życia ludzi z ludźmi, które upierdalają Cię równie mocno. O hai MWCz i o chuj Ci w dupę, ale tak, przyznaję Ci chyba jakoś rację. Co znaczy, że musiałem zrobić to sam, bo z tobą nei da się razem myśleć, ale za to się da grzecznie słuchać Wielkiego Wujka Komunistę.

Bunt ten, jeśli ma mieć sens (tu się chyba z Palante nie bardzo zgadzam) musi uwzględniać to, co da się zrobić. Nie da się znieść społeczeństwa, nie do momentu, w którym pełna autonomia każdej jednostki będzie dostępna, a nie jest. Może być – nanotechnologia czy jak tam jest obiecująca jako bajka. Ale niedostępna. Do tego czasu bicie głową w mur jest debilizmem ale: uznanie społeczeństwa za coś innego jak zło konieczne oznacza pozbycie się postawy indywidualistycznej. Społeczeństwa wiec się nie pielęgnuje, jak się jest jasiem. Ale społeczeństwo się znosi, społeczeństwo się opanowywuje i zmienia, na ile jest się w stanie. Tak, by móc siebie wyrazić. I tu uwaga, jasiu robi znów wycofkę z poprzednich poglądów – „nie można być wolnym, jak wszyscy nie są wolni”. No, to trochę przesadzone. Można być. Nawet całkiem, pod warunkiem, że będziesz doskonale ustrukturalizowanym panem niewolników, a to znaczy tyle, że będziesz należał do kolektywnej struktury będącej społeczeństwem niewolniczym. Ta wolność nie będzie inaczej mówiąc – twoją wolnością. Nie, nie będzie Ci to zwisało. Ty będziesz zwisany przez zasady tej społeczności. I przez nią tworzony. Podobnie, choć nie tak samo, jak gdybyś był niewolnikiem.

Jak widzicie, dalej wierzę w wolność człowieka, że jest możliwa. I zakładam, że można siebie tworzyć. Ale nie w społecznej próżni, bo jej nie ma. Tworzymy siebie z tego, co mamy pod ręką (dostajemy geny i wychowanie, i strukturę społeczną w spadku). I prawie na pewno poniesiemy klęskę, no chyba, że akurat ni z stąd, ni z owąd, pomimo ogromnego dystansu, który mamy do struktur społecznych, do autorytetów, do zwykłych ludzi zresztą też, będziemy doskonale się z nimi zgadzali. A przecież nawet ludzie, którzy nie odrzucają tego, co odrzuca indywidualista mają problemy z wykonywaniem norm.

Płakanie nad tym jest oczywiście głupie. I tu uwaga – nie czytałem prawie w ogóle Nietzschego, ale pierwszy raz naprawdę wydał mi się bliski. Dlaczego? Jego wizja nadczłowieka ma jeden piękny rys – nadczłowiek całkiem zaakceptuje swoje życie, nawet jakby miało się powtarzać w nieskończoność. Będę upadał w moim życiu – upadał, choć przecież nie mam ideałów mną rządzących, sprzeciwiam, się o ile mogę władzy ludzi, zlewam, o ile mogę, zasady pożycia między ludźmi, gdy mi stają na drodze i idę to właśnie swoją drogą. Ale i ta upadam, nie udaje mi się po prostu, przeliczam się. Dlatego właśnie się polubię z nim, bo nagle się okazało, że kurwa, nie Wagner, tylko

i to na loopie.

malarz? chyba pokojowy.

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on Wrzesień 13, 2008 by Jaś Skoczowski

jest bardzo wiele różnych sposobów myślenia, w tym opisywania. czasem boimy się pewnych myśli. i wtedy nazywamy je fałszem.

Fryderykowi Nietzschemu i Robertowi Antonowi Wilsonowi dziękuję za intelektualny sponsoring.