Archiwum dla libertarianizm

Wola, wolna wola, opór

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , on Grudzień 17, 2011 by Jaś Skoczowski

Największą szkodą o myśleniu o ludzkiej woli i wolności woli jest wyobrażanie sobie, że wola jest wtedy czysta, jeśli nie spotyka się z oporem. Wtedy oczywiście wszystkie, inaczej bzdurne, zarzuty wobec wolności woli wydają się takie sensowne, gdy wyobrazimy sobie, ze warunkiem wolności woli jest to, by nie spotykała ona żadnego oporu, w tym zwłaszcza – oporu w nas. Bo taka wola czym miałaby być i czym różniłaby się od dowolnego impulsu do działania? Rzecz w tym, że wolna wola może być przedstawiona inaczej i to wtedy twierdzenia, że jej nie ma są bezsensu. Otóż chcemy różne rzeczy i dążymy do różnych rzeczy ze względu na to że chcemy, ale to wcale nie znaczy, że nie robimy rzeczy wbrew nam. Jest to równie powszechne doświadczenie, jak to, że robimy co chcemy. Raz – zawodzimy, czyli chcemy coś zrobić i nie robimy nic, pomimo, że chcemy. Dwa – robimy mnóstwo rzeczy nieświadomie. Trzy – robimy świadomie rzeczy, nad którymi nie panujemy. I te stany są różne w stosunku do sytuacji, gdy robimy, co chcemy. Inną kwestią jest pytanie, dlaczego są różne.

Otóż są różne, ponieważ możemy czasem zrezygnować i Ci, którzy to opanowali mistrzowsko, mają najbardziej niezwiązaną wole, na ile się ją wyzwolić z jakiś determinacji. Ludzie natomiast, którzy nie potrafią sobie powiedzieć nie, zatrzymać samego siebie wolnej woli są pozbawieni. Nie wiem czy istnieją, ale jeśli istnieją, są pozbawieni. Dlaczego tak? Bo decyzje dotyczące tego, co robić są podejmowane nieświadomie po części. Żeby zrezygnować trzeba dokonać świadomego wysiłku. Stąd joga, najstarsza sztuka odmawiania samemu sobie, jest przydatna do wyhodowania sobie wolnej woli. Stąd też to istnienie oporu, wewnętrznego, jest najlepszym dowodem istnienia wolnej woli. Bo my ten opór przezwyciężamy.

Na koniec istotna uwaga – wolna wola to nie wolność, choć jest ona jej warunkiem koniecznym. Możesz być obdarzony wolną wolą, ale nie mieć niczego poza sobą i chcieć mieć coś poza sobą. Najprawdopodobniej będziesz chciał. I bez tego na nic Ci twoja wolna wola, jeśli jeszcze nie potrafisz zdobyć tego, czego chcesz. Rzecz w tym, że do zdobywania tego, co się chce, trzeba poddać się światu na różne sposoby, oddać władzę nad samym sobą czemuś, co nie znosi naszego sprzeciwu. Oto paradoksik który skłania libertarianina do szukania równowagi miedzy sobą, a światem. Całe szczęście, technik równoważenia jest mnóstwo – oczywiście najpierw trzeba wyjąć głowę z propertariańskiej (co znaczy dla przeciętnego Polaka niestety i może nie tylko Polaka, że też libertariańskiej) dupy.

Nowa toeria polityczna dla libertarianizmu

Posted in Uncategorized with tags , , on Listopad 1, 2011 by Jaś Skoczowski

Kiedyś napisałem to. I ciągle się z tym zgadzam, rzecz w tym, że i wtedy miałem braki w wiedzy technicznej, i trochę brakowało mi teorii polityki związanej z takim pojmowaniem wolności. Braki techniczne dalej mam, może mniejsze, ale coraz bardziej czuję jakby mi się teoria pojawiała.

W polityce jest niezbędnym decydowanie o innych niezależnie od ich woli. Polityka jest z gruntu „niewolnościowa”, bo jeśli wolność każdego ma być wysoko postawionym dobrem, to wydaje się z tego względu, że w istocie polityki tkwi łamanie czyjejś wolności, zmniejszanie jej, wypaczanie itd. Dlatego można postawę wycofania się ze świata uznać za pewną libertariańską skrajność (w tym tekście pozwolę sobie używać jako synonimów słów „libertarianizm” i „polityka wolnościowa”. Jest to konwencja, ale ma uzasadnienie). Ta postawa może być konsekwentnie zrealizowana albo przez bardzo nielicznych i oddzielonych od siebie ludzi, albo wcale. Jest natomiast na pewno opcją doskonałą. Stąd „Księga drogi i cnoty” Lao Tzego jest dla mnie dziełem libertariańskim w najwyższym stopniu. Stąd też taoizm jest dla mnie dobrym punktem wyjścia i koncepcja wykuta w ramach tej tradycji, czyli koncepcja wu wei – nie-działania, będzie mi pomocna przy tworzeniu politycznej teorii libertartariańskiej, opisującej to, jak ma wyglądać polityka wolnościowa. A ma ona wyglądać tak, że będziemy unikać ingerowania w cokolwiek. Czy, jak podaje Ciocia Wiki i jest to chyba istotna różnica – będziemy osiągali brak działania działając, a nasze działania będą przez to wybrakowane.

Polityka libertarianizmu więc musi kierować ludzi w stronę wzajemnego niezwiązywania się relacjami, w których jedna osoba decyduje o drugiej. Stąd usprawiedliwienie znajduje postulat, by ludzkie zrzeszenia były dobrowolnie tworzone, by przystąpienie do nich było dobrowolne i opuszczenie też. Stąd postulat, by zobowiązania też powstawały dobrowolnie i mogły być zrzucane dobrowolnie. Postulaty zresztą ze sobą związane mocno, więc nie wiem, czy jednego nie da się do drugiego sprowadzić.

Skąd taka konieczność? Właśnie to minimalizuje, na ile może, „działanie w działaniu”. Działanie ma intencje, bez intencji nie można go do końca zrozumieć. Współdziałanie ma intencje kolektywną, możliwość zrezygnowania z niego, jednostronna, pozbawia je sensu. Polityczność takiego rozwiązania jest bardzo krucha i o to chodzi.

Drugą stroną jest rezygnowanie z przemocy. Przemoc jest bardzo daleko idącą ingerencją, jest przeciwieństwem wu wei najbardziej wyraźnym. Nie jest tak, że w ramach uprawniania wu wei można całkiem uniknąć przemocy – jednostki mają poważny powód, na gruncie libertarianizmu, by stosować ją wobec zarówno osób narzucających im różnego rodzaju zobowiązania, jak i osobom, które nie chcą zobowiązać się do wszystkiego tego, czego wymaga wu wei. Bo oczywiście gdyby nawet wszelkie zobowiązania pochodziły z umowy, to nie zapewni nam pełnego uszanowania wolności każdego – jak napisałem, to zapewniłaby tylko pełna izolacja każdego od każdego, której ani chcemy, ani nie jest ona możliwa. To jest też doskonałe, niewzruszone wu wei i tylko to, i jest nam niedostępne. To co nam jest dostepne, to niedoskonałe środki, powtarzam. No ale one nie muszą być niewystarczajace i mogą być dobre. Nie musimy znać sposobu na wyeliminowanie konfliktów i nikt go przecież nie zna – mozemy jednak założyć, że będziemy tworzyli sytuacje, w których konflikt będzie roztrzygany bez lub z mniejszą ilością przemocy.

Ostatnia uwaga ujawnia coś ważnego – libertarianizm, by być sensownym, musi zaakceptować niewystarczające, ale dobre środki. Moja propozycja nie dostarcza doskonałego narzędzia np. do dzielenia ludzi na winnych i cnotliwych. Z wu wei da się pogodzić działania praktycznie się wykluczające. Moim zdaniem należy to uczciwie zaakceptować i przejść z tym do porządku dziennego. Ludzie życie ma charakter polityczny i to wiąże się z istnieniem walki między opcjami politycznymi. To problem, z którym borykałem się w pierwszym poście i to nie jest problem, który ma swoje rozwiązanie, jest to natomiast problem, który ogranicza nasz wybór dotyczący polityki, jeśli chcemy być libertarianami – nie wolno nam wybierać, jako libertarianom, programów, które propagują rozstrzyganie na korzyśc jednej strony konfliktów, jesli ma to się odbywać fizyczną przemocą. Nie powinniśmy tym bardziej godzić się na realizacje takich zasad, które umożliwiają na kompletną likwidcje przeciwników, z wyjątkiem sytuacji, w której toś sam broniłby się przed taką likwidacją.

Jeśli libertarianizm to to, co określiłem jako libertarianizm, to ja wciąż chcę być libertarianinem. No i tu owszem właśnie pojawiają się problemy techniczne i sobie je przemilczę. :). Choć poważniej dodam, że jak najbardziej wierzę, że można stosować mniej i więcej przemocy, że przemoc nie jest czymś jednolitym. No i wierzę, że możliwy jest ład kontraktowy, pomimo tego, że nie da się ustalić wszystkich zobowiązań kontraktowo. I tak uważam, że to, że ludzie przestrzegaliby względem siebie zobowiązań nie wynikających z umów wcale nie czyniłoby porządku politycznego niekontraktowym. Po prostu np. zasada, że nie zabija się matki by wziąć jej pieniądze i upić się za nie to jedno z takich zobowiązań. I tego typu zobowiązania nie determinują treści ładu politycznego. Bo uważam, że właśnie to są takie, bardzo konkretne zobowiązania, bardziej nawet niż podany przykład, bo dotyczą jeszcze bardziej konkretnych sytuacji i ludzi.

Komuniści – czyli krzysiu, jak Ty pierdolisz.

Posted in Uncategorized with tags , , on Wrzesień 25, 2011 by Jaś Skoczowski

Zapata był synem metyskiego chłopa, który zajmował się handlem końmi. W wieku 17 lat został osierocony i musiał się zająć młodszymi braćmi i siostrami. W 1897 r. został aresztowany za udział w proteście przeciwko posiadaczowi lokalnej hacjendy, który przywłaszczył sobie ziemię należącą do drobnych rolników. Po amnestii i wyjściu na wolność, Zapata prowadził agitację wśród chłopów. Na przeszkodzie tej działalności stanęło jednak powołanie do wojska, gdzie musiał odsłużyć sześć miesięcy.

Nestor Iwanowicz Machno […] Jego rodzice Iwan Rodionowicz i Eudokia Matwiejewna byli chłopami wyzwolonymi edyktem carskim w 1863 r. Ukończył szkołę cerkiewno-parafialną . Brał udział w rewolucji 1905 roku jako członek anarchokomunistycznej grupy. Aresztowany, osadzony w więzieniu „Butyrki” w Moskwie. W 1909 za zabójstwo naczelnika policji skazany na karę śmierci, zamienioną na 10 lat katorgi

No ale „Prawie wszyscy lewaccy pokurwieńcy pochodzili z takich zamożnych i etatystycznych rodów lub ze zblazowanej klasy średniej.„. A i „I jak kiedykolwiek ktoś będzie chciał zrobić cokolwiek sensownego, to będzie musiał to robactwo wybić. Eugenika rulez, nie ma to, nie ma tamto, nie ma przeproś. Wielu libertarian tego nie rozumie, choć zwykły chłop mniej inteligentny rozumie to bez problemu i cieszy się w duchu na taką ewentualność.”. Tak, ten pan, niestety, reprezentuje tradycje podobne w polityce, co Zapata i Machno. Tak, uważam, że ten pan jest pożytecznym idiotą, który w sposób magiczny potrafi libertarianizm aka anarchizm sprowadzić do eugeniki. Tak, chciałbym, żeby był przeszłością polskiego libertarianizmu.

Na konwencie libertariańskim

Posted in Uncategorized with tags , on Lipiec 27, 2011 by Jaś Skoczowski

naprawdę świetny był moment w którym odpaliliśmy pierwszy raz coś, czego nie potrafię nazwać, bo nie odpowiadają mi pojęcia tego w języku polskim, takie jak „jaranie”, „buchanie”, „palenie”. Ta samo jak pojęcia „pić”, „schlać się”, „najebać”.

Podobało mi się też żarcie, kebababiarnia, wbita między sex szop i coś tam jeszcze (sklep odzieży ślubnej pasowałby. Dlatego to nie mogło być to, wiem, że to nie było to, to moja roześmiana pamięć). Było pusto.

Mniej mi się podobał ten idiota Mikke i moja plama po sosie na mojej koszuli. Od kebabu. I że koledzy kazali mi się definitywnie kurwajasiuzamknijsię.

Potem pamiętam głównie, jak w warszawie rzygałem. A. I lizałem się dwa razy, raz chciałem. A może więcej. No i raz zatrzymałem deszcz, powiedziałem: nie padaj. I przestał.

Jeśli czytelnikowi umknął z notki libertarianizm. Tak, kiedyś byłem nim zajęty. Równie mocno. Ale nawet wtedy mogłem przypuszczać, że jeśli nawet tak bardzobardzobardzo mi pasuje (słowo to wychodzi mi dopiero teraz, wcześniej nie mogłem go w żaden sposób wyrazić) i przypuszczałem, jak najbardziej przypuszczałem. Przypuszczałem, że tam może być więcej ludzi jebniętych. Ba, że świętobliwi mogą być jebnięci. Że genialni mogą być. Też. Że wiedzący, tak solidnie i bez fajererków. Że dobrzy mogą być jebnięci. I źli.

I wtedy nie potrafiłem tego powiedzieć, a teraz mi się wydaje (hihihi), że potrafię: wymyśl sobie własny program polityczny. Ty sam. Bezsilny robociku. Bo bez tego nie jestem pewien, czy mogę być wolny ja i jak najbardziej, i vice versa.

elektryfikacja

Najpierw sobie pogrzeb w oczywistości, potem ulep sobie kulkę.

Posted in Uncategorized with tags , , on Lipiec 20, 2011 by Jaś Skoczowski

Nie jestem całkiem wolny, jeśli nie mogę robić tego, co chcę. Tak, tak zwana wolność negatywna jest wolnością. W takim samym stopniu jak pozytywna – są pewnymi jej przybliżeniami. Większość tego, co nazywamy wolnością prostu jest określonym stanem rzeczy (zazwyczaj instytucjonalnym, czyli po części normatywnym), w którym najprawdopodobniej możesz więcej. Tak, tylko prawdopodobnie, ze względu na co są one tylko wolności przybliżeniami i uproszczeniami (stąd wolność jako taka może być tylko rodzajem pojęcia, które w ogóle nie odnosi się do niczego, poza uproszczeniami i przybliżeniami). Sprawa tego, czy jesteśmy wolni, czy nie, nie jest kwestią, która da się rozstrzygnąć bez prostych eksperymentów z tego właśnie względu. Sensowny libertarianizm jest ze względu na to probabilistyczne ujęcie swobód zajęciem empirycznym, w którym to przedmiot eksperymentu – człowiek poddany jakiejś instytucji, jest autorytetem poznawczym.

To zdaje mi się usprawiedliwiać panarchizm. Pozwolę sobie na empiryczną tezę: system w którym podstawy ładu politycznego tworzone są przez realne umowy, które da się zerwać i które można swobodnie zawierać, sprzyja eksperymentom mającym na celu maksymalizację wolności. Oczywiście można ją krytykować nie tylko za pomocą danych empirycznych – jest ich zresztą mało. Ale można.

Co ze wbudowanymi w nas ograniczeniami? Co, jeśli pewne rzeczy musimy chcieć? Czy też możemy być w takich sytuacjach wolni, więc jeśli ktoś nas wyhoduje lub wychowa tak, byśmy mieli te ograniczenia, to nie odbierze nam wolności? Wtedy libertariański raj mógłby być społeczeństwem panów i niewolników. Absurd.

Dwie sprawy: jeśli nie możemy wybierać, to czy jesteśmy wolni? Jeśli nie (a nie jest to twierdzenie kontrowersyjne), to mamy non sequitur. Z tego, że ktoś nie jest całkiem wolny w sytuacji, w której nie może robić co chce, nie wynika wcale, że ktoś, kto może robić co chce, jest zawsze wolny.

I druga: co innego, że jesteśmy ograniczeni, co innego, jak to się stało. Np wychowanie po prostu nie jest wolnościowe i może mieć uzasadnienie głównie konsekwencjalistyczne. Hodowla tak samo: może mieć wolnościowe skutki, ale wątpię, że może mieć wolnościowe metody. Znowu więc usprawiedliwienie musiałoby tkwić w konsekwencjach. Zwróćcie uwagę czytelnicy na jedno: że wiemy, że metody będą niewolnościowe, najprawdopodbniej. Inaczej niż w przypadku panarchizmu – tu to prawdopodobieństwo jest o wiele, wiele mniejsze. Panarchizm nie wymaga usprawiedliwienia jako taki, w takim stopniu, w jakim wymaga go tylko takie rozwiązanie w jego ramach, które pozwala na hodowlę ludzi o naturalnej skłonności do posłuszeństwa, czy o innych silnych usposobieniach. I ta różnica stopnia tworzy różnicę jakościową. Bo to rozsądne, pomyślcie: jasne, w ramach panarchizmu możliwe jest umówienie się eugeników – i to jest jakiś zarzut, ale od niego do zarzutu popierania hodowania niewolników daleko, bo to jeszcze wcale nie pociąga za sobą tego, że wolno im będzie dowolnymi środkami produkować sobie poddanych.

I tyle.

Propertarianie

Posted in Uncategorized with tags , on Kwiecień 24, 2011 by Jaś Skoczowski

Od propertarianizmu, słówka wymyślonego przez Le Guin w książce, której jeszcze nie czytałem. Oczywiście propertarianie to po prostu wyznawcy propertarianzmu. Acz, nie wiem, czy nie można byłoby doklejać tej łatki też etatystom (łatka na łatkę! Yay!). No i mam uwagi o propertarianach. Oni idą łatwą ścieżką i przez to na skróty, a ja bym wolał nie.

Zgodnie z propertarianizmem własność, zazwyczaj słusznie nabyta, według jakiejś tam procedury (choć niejaki De Jasaya, zdaje się, uznaje ten wymóg akurat za początek końca porządnie wolnościowego ładu politycznego, gdy zaczyna się tego wymagać od własności), jest nienaruszalna. Własność, w sensie prawo własności do czegoś.

A libertarianizm, przynajmniej w tej notce to doktryna, zgodnie którą każdy może robić ze sobą, co się mu podoba.

No i to się ze sobą nie całkiem godzi. Bo możesz oczywiście bronić swoje prawa własności przemocą. W dodatku – własnością może być wszystko, poza, czasem, pomysłami, projektami wzorami itp. Bylebyś to stworzył swoją pracą (zawsze mam problem z tym, bo chciałbym tak przyjebać propertarianom, a to mnie trochę hamuje, bo to fajny warunek).

Są wiec trzy wyjścia, które wydają mi się takie prostolinijne: albo odrzucasz jedno, albo drugie, albo krzyżujesz to i patrzysz, jaki pstrokaty stworek Ci wyjdzie.

Oczywiście propertarianie wybierają bramkę numer 4. Przerywnik filmowy o biednym Pepe. Znaczy nie dam go tutaj, bo to taki nieładny fragment, wiec żaden miłośnik Loacha go nie wyciął sobie. W filmie „Ziemia i wolność” dzielni anarchiści wyzwalają wioskę i zaraz pozostaje poruszony temat kolektywizacji. Wszystkim pomysł się podoba, oprócz dwóch oprychów. Jeden jest obślizgłym stalinistą. Drugi tępym kułakiem, który ośmiela się stwierdzić, że to on uprawiał swoją ziemię jak dotąd i nie zamierza jej oddać. Tyle, że stalinista, on ma argumenty pragmatyczne – najpierw Franco rach-ciach, a dopiero potem kolektywizacje (nieprawda, co możecie sprawdzić – jest stalinista i główny bohater, co tak kombinują). A Pepe, kułak, porusza, JA WAS KURWA PIERDOLĘ PROBLEM ZASAD. Także tej wiecie socjalistycznej, zgodnie z którym to ten, który pracuje ma prawo do tego, co stworzył swoją pracą (ahaha-ha, widzicie to, prawda, co tu zrobiłem?). Tak przynajmniej rozumieli socjalizm tacy ludzie jak Warren, Proudhon, Labadie, Wilson i skoczowski. I kilku innych. Jeśli nie do kontroli tego, to przynajmniej do zysku (nie rozumianego jako jakaś renta kapitalistyczna, tylko pożytek zwyczajny), którego wysokość czy jakość będzie ustalał w decydujący sposób on.
No i komuniści-anarchiści mogli go po prostu obciążyć trudem wojennym, przypierdolić mu podatek i zostawić w spokoju – dasz tyle i się odpierdól. Koleś nie byłby całkiem swobodny, ale z resztą mógłby robic co chce (nie jestem pewien, czy właśnie takie nie były realnerealia Wony Domowej w Hiszpanii) Ale w imię Rewolucji, w imię Ideii oni idealistycznie i rewolucyjnie postanawiają mu odebrać ziemie, którą uprawiał. Ot, pokłóciły im się zasady, jedna z drugą, więc udali, że nic się nie stało, ułułu, nic się nie stało. Co zostało przypieczętowane w filmie podniosła muzyka, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to podniosły moment i zwycięża idealizm. Polegający na tym, że jak zapierdalałeś całe życie, to musisz potem to oddać lub nie możesz nic z tego mieć swojego. Bo litować się nad takimi ludźmi będziemy tylko wtedy, jak nam to będzie wygodne.

No, a propertarianie robią to samo. W imię zasady, która przez komunistów w filmiku jest zignorowana, oni olewają inną, równie ważną – że człowiek może ze sobą robić co chce. To nie są zasady do pełnego pogodzenia, okej. Ale jedna bez drugiej zmienia bardzo libertarianizm. Po co? Nie no, każdy ma swój gust, ale kurwa po co? Jaki sens ma wolność, jeśli możesz robić tylko rzeczy bez sensu, skoro wysiłek całego twoje życia może podpierdolić dzielny rewolucjonista? A jaki ma sens twoja praca i twoje cele, skoro w ich imieniu możesz zajebać, kogo Ci się podoba, bo wszedł Ci na teren bez pozwolenia? Jaki ma sens, skoro pozwala na kontrolę ludzi, którzy pracują na twoim terenie? Moim zdaniem traci na pewno sens libertariański. Propertarian sprzeciwia się władzy państwa? A co może zarzucić etatyście, oprócz tego, że jego państwo zdobywa władzę inaczej, ale ta władza może mieć, przynajmniej w przypadku państw zachodnich, podobny zakres tej władzy, co właściciel jakiegoś terytorium? Dlaczego sam sposób zdobycia władzy miałby być jedynym kryterium jej legitymizacji? Dlaczego miałbym się na nią godzić, bo zdobyłeś ją poprawnie, skoro nawet nie musisz pytać mnie o zdanie albo – gdy raz się na nią zgodzę, nie mogę się wycofać? Co się kurwa dzieje z moją, czy kogokolwiek innego, poddanego twojej woli, wolnością, możliwością decydowania o sobie? Moim zdaniem znika. To co z tego, że poprawnie znika? Przecież w taki sposób libertarianizm zmienia się coś, w czym nie chodzi o możliwość decydowania o sobie, jak największą. To po co libertarianinowi libertarianizm?

Wdaje mi się, że propertarianizm to kolejny przykład na to, że spójność to chochlik malutkich umysłów. Nie, to nie znaczy, że małe rozumki szukają spójności, tylko, że poszukiwanie spójności za wszelką cenę robi z Ciebie mały rozumek. Sprzeczności da się przezwyciężyć, ale jeśli przezwyciężasz je pozornie, kurcząc swoje poglądy, to po prostu głupie. Chyba, że ostatecznie nie są one dla Ciebie ważne, tylko sama spójność.

I nie chodzi o logiczną spójność. W logice nie używa się języka polskiego od jakiegoś czasu i jak się uprzesz, to zinterpretujesz sobie funktory do woli, nie będzie to miało tylko sensu.

EDITH: Ha jest, kurwa. Bez napisów, Pepe, to ten w marynarce:

EDITH: a najbardziej boli, że potem jest taka fajna scena o tym, jak im jednak udaje się zrobić coś sensowniejszego, znaczy: wojsko bez salutowania i wyraźnych szefów.

Ohohoh

Posted in Uncategorized with tags , on Marzec 13, 2011 by Jaś Skoczowski

jaki śliczny cytat:

The Libertarian premise is that individuals (and only individuals) possess equal and reciprocal rights, and must consent to be ruled by a government. However, if an individual condemns, as illegitimate, all governments that rule without consent – then all governments, past and present, have been illegitimate.

A ten tu też piękny:

According to the American Heritage Dictionary „socialism” is „a social system in which the producers possess both political power and the means of producing and distributing goods.” This definition fits neatly with the implications of the word „libertarian” indicated above. In fact, it shows that socialism is necessarily libertarian, not statist. For if the state owns the workplace, then the producers do not, and so they will not be at liberty to manage their own work but will instead be subject to the state as the boss. Moreover, replacing the capitalist owning class by state officials in no way eliminates wage labour; in fact it makes it worse in many cases. Therefore „socialists” who argue for nationalisation of the means of production are not socialists (which means that the Soviet Union and the other ‚socialist” countries are not socialist nor are parties which advocate nationalisation socialist).

Indeed, attempts to associate socialism with the state misunderstands the nature of socialism. It is an essential principle of socialism that (social) inequalities between individuals must be abolished to ensure liberty for all (natural inequalities cannot be abolished, nor do anarchists desire to do so). Socialism, as Proudhon put it, „is egalitarian above all else.” [No Gods, No Masters, vol. 1, p. 57] This applies to inequalities of power as well, especially to political power. And any hierarchical system (particularly the state) is marked by inequalities of power — those at the top (elected or not) have more power than those at the bottom. Hence the following comments provoked by the expulsion of anarchists from the social democratic Second International:
„It could be argued. . . that we [anarchists] are the most logical and most complete socialists, since we demand for every person not just his entire measure of wealth of society, but also his portion of social power, which is to say, the real ability to make his influence felt, along with that of everybody else, in the administration of public affairs.” [No Gods, No Masters, vol. 2, p.20]

Nie mam nic do dodania, pozdrawiam wszystkich, którzy reagują na wszelkie próby wyjaśnienia im anarchizmu za pomocą okrzyku „korwinizm”. Korwinistyczni jesteście wy, cecha charakterystyczną korwinizmu nie jest wiara w „wolny rynek”. Wszyscy wierzą, z pominięciem miłośników Pol Pota, w jakiś zakres swobody ekonomicznej i wszyscy wierzą w bardzo duży tak naprawdę – dlatego domaganie się wolnego rynku to frazes. Wielkie, potężne struktury władzy wyrastają na różnych „rynkach” i te terytoria, które one zajmują, z rynkiem mają mało wspólnego. Stąd propozycja zniesienia państwa nie jest „wolnorynkowa”, bo nic nie jest wolnorynkowe w niebanalnym sensie – jeśli ktoś nie chce wspierać potężnego, totalitarnego państwa, to wspiera „wolny rynek”, choćby jako zło, któremu nie da się zapobiec. Dalej jednak może popierać scentralizowane i silne struktury władzy.

Rzecz w tym, że tak samo jak Korwin, wierzycie, że hierarchiczne struktury władzy są dobre, o ile realizują to, co jest po waszej myśli.