Archiwum dla indywidualizm

O wojnie między jednostką, a społeczeństwem

Posted in Uncategorized with tags , , , on Sierpień 11, 2014 by Jaś Skoczowski

Między mną, a resztą świata toczy się walka. Narodziłem się zupełnie inny niż teraz jestem i to odbyło się tak, że ja byłem tylko czymś, na czym świat się odcisnął. Każdy impuls nie zgadzajacy się z tym światem został zduszony, chyba, że umiał się obronić. Świat więc mnie niszczył, gdy do niego nie pasowałem, lub nie miałem siły stawić oporu. To jest walka i nic innego.

Nie mam żalu do świata o to. Raz: nie chciał tego, w swojej całości, bo swiat w swojej całości, moim zdaniem, jest bezmyślny, bez uczuć, bez zamiarów i bez celu. Dwa: to co przetrwało dalej jest nie tylko kimś, ale czymś, podmiotem.

Istotnym elementem tego, co na mnie wpływało, byli ludzie, działający według różnych porządków. Uczynili mnie sobą, wzmacniajac to, co im było potrzebne i niszcząc to, co było dla nich śmieciem (śmieciem, czyli punkiem!). I dalej usiłują się to robić. Bardzo dobrze, teraz ja, w tym momencie, mogę przynajmniej sobie powiedzieć: od dziś to ja wzmacniam i niszczę, co chcę. Nie wszycy stali się tacy, ale ja taki jestem, bez rozgoryczenia więc zamierzam iść tam, gdzie chcę, mając to co mam, czyli siebie, czyli będąc sobą.
Wniosek jednak z tego doświadczenia jest taki: między mną, a całą rzeszą ludzi, którzy mnie ulepili i którzy mnie wciąż lepią, też toczy się wojna, ponieważ teraz to, co oni ulepili, chce być samodzielne – chce się od nich oddzielić. To znaczy: ja chcę móc w razie czego zaprzeczyć ich zamiarom i nawykom. I nie sądzę, bym był tutaj wyjątkowy. Ludzie tak mają. Nie wiem, czy psy i pszczoły, ale ludzie tak. Ten cholerny, dziwnie zmutowany narząd zwany ludzkim mózgiem tak właśnie nam robi.
I to jest właśnie źródło indywidualizmu, tego, z którym chcę mieć coś wspólnego.
Kolejnym wnioskiem z mojego doświadczenia jest ten, że indywidualista musi przyjąć, że świat, w tym to społeczeństwo, które go dotyczy, jest błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Wypada mu, tak na mój rozum, jednocześnie je chronić i walczyć z nim, dążyć do sytuacji, w któej walka nigdy go nie zniszczy. W filmie “Germinal” (opartym na książce o tym samym tytule, pana Zoli, której nie czytałem), o uciemiężonych górnikach z Francji, pojawia się “anarchista”, który chce wszystko zniszczyć. Zwłaszcza społeczeństwo. Otóż dla takiego anarchisty, którym jestem to bzdura – społeczeństwo właśnie dlatego trzeba pielęgnować, by móc z nim walczyć.
Bycie przeklętym od zawsze było złe, bycie wyrzutkiem, dziwakiem, nienormalnym, odstającym od zasad (pedałem, Żydem, czarnym, zboczeńcem itd). Bycie przeklętym natomiast jest powszechne, bo piszę o doświadczeniu powszechnym, przypominam. Stąd dla człowieka zakochanego w sobie i rozumiejącego swoje miejsce w świecie zadaniem podstawowym jest wyrobić sobie taka inność, która nie jest występkiem, ale cnotą, która to cnota dalej jest wroga społeczeństwu. Część z was, drogi czytelnicy pamiętacie może tą przenośnię Soktratesa, w której on się porównuje do owada kąsającego konia, owada, który pobudza konia do działania i zmiany. To jest własnie to, te rozumienie cnoty, które chodzi.

Bulina 9.8.2014

O moralności i wyobraźni

Posted in Uncategorized with tags , , , on Listopad 13, 2012 by Jaś Skoczowski

Moralność nie jest odporna na nasze decyzje. To nie tak, że to co robimy można zestawić z niezmienną tablicą wartości i zasad. Nie ma takiej tablicy, są za to ludzie działający, w pojedynkę i zespołowo i to ich działalność określa ich moralność (oczywiście także to co czują i myślą). Kierują się swoimi przekonaniami, które albo nabyli do kogoś, albo sami sobie konstruują. Nie wiedzę powodu, by twierdzić, że człowiek nie może wymyślić niczego nowego, nie sądzę, że tylko wymyśla to, co jest nowe. Nie uważam tego problemu za istotny, wymieniam go dla porządku – tak, jestem świadomy tego, że nie potrafię określić, ile człowiek sam tworzy, a ile bierze od innych. Nie wierzę tylko w żadną jednostronną wizję. Zwłaszcza nie wierzę w to, że każdy człowiek nigdy nie wykracza poza moralność w której żyje – bo moralność jest otwarta i jednocześnie istnieją dla niej obszary zewnętrzne. Po prostu czasem nie wiemy, co robić. Nie wiemy nie tylko, co robić, ale – jaką drogą pójść, by wiedzieć. A czasem nie odpowiadają przyjęte rozwiązania. I wtedy ktoś musi tworzyć. I to tworzenie, które jest jak najbardziej tworzeniem wartości i norm, nie może być efektem dyskusji, w której ludzie wymieniają się argumentami, by kogoś przekonać. Dalej może być to społeczne, ale w grę wchodzi wyobraźnia, a nie logika i liczy się to, czy czyjaś wyobraźnia produkuje atrakcyjne historie/narracje/obrazy, a nie, czy one „zbijają” obrazy przeciwnika (rzecz jasna, jeśli ten przeciwnik jest) czy są spójne z poglądami współpracującego w tworzeniu nowej wizji świata, którego nie ma, a który być powinien. Oczywiście, logika takiej wymianie marzeń i wyobrażeń dotyczących tego, co dobre, musi jakaś być. Ale sytuacja o której piszę, a która moim zdaniem jest częsta, sprawia, że logika (rozumiana szeroko, jako pewne, przyjęte dla wspólnoty, sposoby wyrażania myśli) nie wystarczy, bo jest zbyt liberalna, by dać odpowiedź na pytanie, „co robić w danej sytuacji?”.

Wytwory wyobraźni nie są więc przyjmowane ze względu na ich poprawność. Mogą być albo niepoprawne logicznie albo poprawne, ale będące jedną z możliwych alternatyw. I niczego to nie zmienia, bo mogą zostać przyjęte tak czy siak. Błędy logiczne można uładzić później, a arbitralność nie ma znaczenia. Bo liczy się to, czy inni przyjmą nową wizję. Staje się ona wtedy czymś intersubiektywnym. A przez to nie tylko subiektywnym. Np. dopóki nie wypowiem się na temat tego, co słuszne jest i dobre, nikt inny nie może rozpatrywać tego, co mam na myśli. A po wyrażeniu tego może każdy, mający dostęp do mojego dzieła i potrafiący je zrozumieć.

Samo propagowanie pewnej wizji nie czyni z osoby przyjmującej ją osoby mi poddanej. Nie wymaga też autorytetu. Człowieka można po prostu uwieść swoją wyobraźnią i nie wykorzystać tego do zniewolenia go poprzez manipulację (że on będzie wierzył w to, co mu przedstawimy, my nie) lub poddanie swoim ocenom. Wystarczy zaszczepić mu wizję, która będzie żyła własnym życiem, niezależnie od aktywności wizjonera. Ani jego intencji.

Jednostkowa autonomia, ze względu na wyobrażanie sobie porządku moralnego, sprawia, że ludzie nią obdarzeni nie myślą tylko o swoich interesach i nie kierują się tylko o swoimi interesami – bo wyobraźnia pozwala je nam wpasować w pewien wyobrażony porządek. Oczywiście, możemy w nim sobie schlebiać i powtarzać, że tacy jak jesteśmy, jesteśmy doskonali i już nie musimy się zmieniać, ale znowu – nie ma to nic do rzeczy. Dopóki nie narzucamy komuś porządku, który sobie uroiliśmy, jesteśmy, sami w sobie, niegroźnymi marzycielami. Oczywiście, możemy być dla siebie sami groźni. Tak, to pewien koszt. Uważam go za koszt postępu. Tak, tego moralnego.

Autonomia broni jednocześnie jednostkę przed narzucaniem jej wizji z zewnątrz. Jest więc warunkiem realizowaniem wyobraźni. Autonomia jest więc konieczna dla rozwoju w wspólnotach, które nie są doskonałe, czyli wszystkich. A jest tym mniej szkodliwa, czym bardziej powszechna. Bo jeśli będziemy autonomiczni, to mało kto nam narzuci swoje rojenia. Ale jeśli nieliczni będą autonomiczni, to zrobią z nami, co chcą. A ludzie autonomiczni zawsze się znajdą. Nie wszyscy muszą być dobrzy dla nas.

Autonomia, o której tu piszę, jest czymś przeciwnym poddaniu się autorytetom. Stąd wizja życia wspólnotowego opartego na autorytaryzmie, np. moralnym, jest wroga wizji wspólnoty autonomicznych jednostek. A taka wizja jest też wizją ludzi żyjących wspólnie, by rozwiązywać problemy moralne. A nie tylko powtarzać puste formułki i przymykać oko na problemy.

No i dlatego jestem anarchoindywidualistą.

Jestem ateistą

Posted in Uncategorized with tags , , , on Czerwiec 12, 2012 by Jaś Skoczowski

Jestem ateistą. Takim wierzącym. Uznaje, że nie ma boga, tak samo, jak nie ma potworów w lesie i pod łóżkiem. I dobrych wróżek. Nie mam ochoty robić czegoś, bo dobra wróżka lub bozia nagrodzi, lub potwór albo bozia pokarze. Chcę doświadczać świata w taki sposób, by to na moje doświadczanie go nie wpływało, stąd nie wierzę w Boga, wróżki i potwory. Wierzę w to, a nie tylko stwierdzam, że nie jest dowiedzione istnienie ich. Nie wierzyłbym też w grawitacje, gdybym nie wiedział, że działa i nie obchodziłoby mnie, że nie jest dowiedzione, czy się nie rozpierdolę. Wolałbym się rozpierdolić, niż nie posmakować lotu (acz startowałbym z ziemi :) ). Jest to mój wybór, choć owszem, rozsądny, bo rozsądnie ujmując boga nie ma i tylko wybitne, metafizyczne pierdolenie pozwala jakoś uzasadnić jego istnienie, bo bóg nie działa czy, jak wolą teiści „działa w tajemniczy sposób”. Czyli nie działa. Podkreślam, to mój wybór, nie związany z tym, że np. jestem oddany we władanie jakiejś zasady, że np. nie wolno wierzyć w boga, bo to takie „nieracjonalne”. Gdyby nieracjonalność dawałaby mi coś ciekawego, byłbym nieracjonalny.
Ateizm musi być wiarą, by miała wartość. Ateiści, którzy ujmują ateizm jako stwierdzenie, że się tylko w coś nie wierzy, bo nie ma na to dowodów, nie pojmują w ogóle, co mówią, albo stwierdzają błahostkę świadomie. Bóg, rozumiany inaczej, niż właśnie tak rozsądnie, jako coś, co może wpłynąć na moje działanie, ale tylko wtedy, gdy wierzę, że go nie ma, może istnieć i nie ma to żadnego znaczenia z pragmatycznego punktu widzenia. Po prostu nazywa się wtedy bogiem jakieś inne, urojone coś – byt, absolut, prajednie. Coś, co może jest w szerszym sensie, może nie, co można sobie wykalkulować, zwłaszcza, jak komuś się wydaje, że np. wątpliwość, czy cokolwiek istnieje lub „jest realne”, ma jakiś sens większy. Przeczenie takiemu czemuś nie ma żadnego znaczenia, bo sama wiara w takie coś nie ma znaczenia – bo mogę się przeciwko temu buntować. Ale ma wiara w tego boga, która wpływa na nasze działanie. A tylko wiara, w to, że nie ma boga, potworów czy dobrych wróżek może sprawić, że w nie nie wierzysz, jeśli ktoś Ci kiedyś skutecznie wmówił to, że mogą być. Stwierdzenie, że istnieją fakty zaprzeczające istnieniu potwora pod moim łóżkiem mają sens tylko wtedy, gdy przestaję się bać potwora pod łóżkiem. A jeśli nie boję się potwora bez dowodu, ma to ten sam skutek. Stad powtórzę się – to co się nazywa rozumem ja lubię, bo dla mnie się sprawdza i z żadnego innego powodu.
A teraz skupmy się, jaki jest ten skutek? Ano, ateizm, rozumiany jako wiara wyzwala mnie z poddawania się władzy urojonym cosiom, które mówią mi, jako urojone, co mam robić, a czego nie. Takim cosiem może być tez racjonalność i jest nim, i jest tym groźniejsza, że może być bardziej efektywna niż wiara w boga, ta wiara w rozum. Zwłaszcza, że zaletą ludzkiego myślenia nie jest nieomylność, tylko to, że człowiek potrafi wymyślić, jak naprawić błędy, jak je stwierdzić itd. Stąd tak, ja wierzę, że nie ma boga. Nie wierzę natomiast w rozum, jak z niego korzystam, dlatego wierzę, że nie ma boga. I kiedy nagle poczuję, że chcę wierzyć w niewidzialnego i wszechmocnego przyjaciela, to cóż. To zacznę wierzyć. Ważny jestem w tej zabawie ja. Nie wiem, czemu miałbym, co by mi to miało dać. Ale nie wiem, co mogłoby być ważniejsze do tego, że to mogłoby mi coś dać.

Przewrotność a indywidualizm. I sprawa z tym związana.

Posted in Uncategorized with tags , on Czerwiec 10, 2012 by Jaś Skoczowski

Ludzie łatwo ulegają pozorom. Na przykład patrzą na odbicie w lustrze jak na siebie, a ono nie jest nimi (a ja uważam, że w ogóle nic nie jest nimi, ponieważ jestem zwolennikiem tezy, że nie ma czegoś takiego jak „ja”, przynajmniej rozumianego w taki sposób, jak go pojmujemy na co dzień). Albo korzystają z map tak, jakby pokazywały terytorium, a nie pokazują i gdyby uparcie dostrzegać w nich to, co jest inne od terytorium, trzeba byłoby spalić mapy. Świadomość, że to są pozory, nie sprawia, że nie mogą tym pozorom ulegać. Myślę, że dzięki takiej świadomości mogą im ulegać skuteczniej lub odrzucać ich wpływ, do pewnego stopnia, ale pojęcie tej pozorności do niczego człowieka nie zmusza, a daje pewne możliwości i na pewno daje mu pewną moc.

Jestem na kilka sposobów indywidualistą. Chcę zachować autonomię i odrębność od innych. I nie chcę postrzegać innych jako tylko to, co w innych da się sklasyfikować. Czyli chcę tak jakby widzieć ich, a nie ich odbicia, lub nie patrzeć na mapę. Nie odrzucam wyjaśnień tego, czym są. Traktuje je głównie instrumentalnie, a efekt jakiś konkretny, który chcę uzyskać robiąc innym coś, nie jest dla mnie najważniejszy. Chcę być otoczony ludźmi, którzy mogą po prostu być i mnie to już będzie cieszyło i rządzić (kierować itd) sobą, jednocześnie.

Nie proponuje ignorowania faktów, o ile one są ważne. Ale czy nie warto byłoby ignorować tych faktów dotyczących nas, na skutek których moglibyśmy wyrabiać sobie takie poglądy o ludziach, które znowu skłaniałyby nas do traktowania ich jako bardzo do siebie podobnych? Takich, które umożliwiłyby nam uschematyzowanie ludzkich zachowań do tego stopnia, że indywidualność stanie się czymś zbędnym? Jaka prawa byłaby ważniejsza od tego, by indywidualizować ludzi? Ja jej nie widzę. Wszędzie więc wtykam, do mojego widzenia świata, widzenie ludzi jako bardzo ekscentrycznych. Przestaje postrzegać ich jako zachowujących się swoiście tylko tak jak inni dopiero, gdy znajdę coś, co mi to potwierdza. Postrzegam też tak ich światopoglądy.

Ułatwia mi to, o czym już napisałem – jako człowiek mogę świadomie ulegać pozorom. Wiem, że indywidualistyczne postrzeganie ludzi może być pozorem i decyduje się na niego. To raz. To mój wybór. A dwa – wiem, że pewne sposoby myślenia sprzeczne pod jakimś względem z takim indywidualistycznym postrzeganiem, mogą być przydatne i jestem gotowy z nich korzystać (choć dotąd nie poczułem takiej potrzeby, no ale mogę robić to nieświadomie), nawet gdyby logicznie wynikało z tego napisałem, że są pozorne. Metodologiczny indywidualizm, tak zwany, zdaje mi się całkiem wygodnym sposobem myślenia o społeczeństwie i tłumaczyłem już dlaczego.

Jak widzicie, moja „socjologia” pokrywa się z moją polityką w znacznym stopniu, przyznaje to. Tylko, że to dla mnie argument za tym, że dla mnie anarchizm jest dobry, jak i metodologiczny indywidualizm. Te dwa stanowiska czy poglądy wynikają dość głęboko z tego, kim i czym jestem. Pozwolę sobie to wam wytłumaczyć, na ile potrafię.

Widziałem w życiu mnóstwo nieporozumień wynikających z nie przyswojenia sobie tego, że gdy ktoś coś myśli lub czuje, to pomimo tego, że rządzą tym jakieś zewnętrzne względem niego zasady, robi to on po swojemu i będzie postępował także po swojemu. Wiem też, że na wiele sposobów nieefektywna taktyka, szanująca indywidualność, usuwa ten rodzaj nieporozumień. Bo ludzie przestają w ogóle traktować takie sytuacje jako powstające na skutek błędu w rozumowaniu drugiej strony. Wiem też, że ważne, z punktu widzenia intersubiektywnego, decyzje, ludzie dokonują bardzo często w psychicznej izolacji. I wątpię, że a się ją przekroczyć.

Jednocześnie nie chcę rządzić ludźmi. Wymaga to działań, które w moim mniemaniu obdzierają mnie z indywidualności i myślę, że nie tylko ja mam tak. Władza zazwyczaj wymaga uczestniczenia w hierarchii, w ramach której definiuje się człowieka, wraz z jego prawami i obowiązkami, i jeśli uda mu się dostać dla siebie korzystną definicje, to rządzi, jak nie, to służy (piszę tu o korzystnej sytuacji dla kogoś pożądającego władzy).

No i lubię ludzi. Niektórych bardzo, czyli tych bliskich bardzo. Jestem gotów, unikając władzy na ludźmi, pomagać ludziom dlatego. Jednym mniej drugim bardziej.

Co mogłoby do takich doświadczeń bardziej pasować, niż indywidualistyczne postrzeganie człowieka i anarchistyczny indywidualizm (o socjalistycznym charakterze), związane ze sobą? Jako indywidualista postrzegam ludzi jako jednostki i ich jednostkowość chcę szanować, na ile sam potrafię. Indywidualizm taki nie bardzo godzi się z władzą – poddawaniem się jej i zdobywaniem jej, i posiadaniem jej. To świetnie godzi się z anarchizmem. Anarchizm i socjalizm są związane z sobą prostotą. Jeśli nie decydujemy się na całkowite wyeliminowanie przemocy z naszego życia, chyba lepiej, by używać ich w sytuacji, gdy ktoś chce, z jej pomocą, sprzeciwiać się wyzyskowi, który jest i tak związany z tym, że wyzyskiwacz ma władze nad wyzyskiwanym? Moim zdaniem tak.

Oczywiście, to tylko moja mapa i moje lustrzane odbicie rzeczywistości nie będące nią.

Ciekawostka dotyczaca praw i moje problemy z opisaniem mojego anarchizmu wynikajace z niej, i o tym, jak mi pomógł Feyerabend.

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Maj 5, 2012 by Jaś Skoczowski

Rozumianych jako zakazy postępowania. Związana z dobrowolnością. Dobrowolnie przyjmowane zasady przestają być dobrowolnie przyjęte, gdy je odrzucimy. Sformułowanie dobrowolnie przyjętej zasady wygląda tak: x przyjęta jest dobrowolnie (przepraszam, że się puszę, ale to mi ułatwia pisanie). Czy treść x jest niezależna od tego, czy jest przyjęta dobrowolnie? Wydaje mi się, że nie. Jeśli pod x przyjmie się wymuszona zasada, no to mamy sprzeczność. Np. to mój argument za tym, że prawo własności nie może być pierwotne względem umowy by było nie wymuszone na kimś. Czy brak dobrowolności (czyli x jest nie-dobrowolne) jest natomiast niezależny od treści x? Wydaje mi się, że nie bo to też można doprowadzić do sprzeczności. To oznacza, ze dobrowolność jest kontekstowa (bo zarówno jej występowanie lub brak zależą do treści tego, co się przyjmuje). Banał, ale jest pewien istotny element kontekstu, który czyni dla mnie ten banał ważnym banałem. Mianowicie: w zależności od tego, jaka to jest zasada można przyjąć ją lub nie da się jej przyjąć (bo ze swojej istoty trzeba ją wymusić). Ale każda zasadę można odrzucić. Zawsze. No dobra, poza zasadami nieodrzucalnymi :) (istnieją pewne zasady, którymi jakoby rządzi się świat: to dosyć powszechnie przyjęty przesąd i trudno mi go nie uszanować, wybaczcie). Jeśli tak, każda zasada, by była przyjęta dobrowolnie, musi być zawsze do odrzucenia. Inaczej jej przyjęcie być może byłoby dobrowolne (ze względu na treść zasady), ale nie jej odrzucenie. A wydaje mi się, że jeśli coś jest nie do odrzucenia, to jest na mnie wymuszone.

[dygresja: jakoś tam samo mi wychodzi, że odrzucam możliwość dobrowolnego zbycia się, nieodwracalnego, prawa do decydowania o sobie w jakimś zakresie.]

Wolnościowe prawo nie prowadzi do przymusu. Czy w ogóle jest możliwe? Na pewno nie może prowadzić do podanych sprzeczności. Ale to znaczy także, że musi być do odrzucenia w każdej chwili. I dla tego wymogu ja, jako anarchoindywidualista, nie znajduję rozwiązania na poziomie takich rozważań. Nawet jeśli wyeliminujemy przemoc, dalej będziemy mogli na różne sposoby wymuszać przynajmniej nie odrzucanie dobrowolnie przyjętych zasad. A sama eliminacja przemocy to dla mnie poważny problem, bo niby dlaczego ja miałbym rezygnować z każdego rodzaju przemocy (jestem anarchoindywidualistą, którego najbardziej uwodzą filozofujący egoiści, filozoficzny egoizm zawsze ułatwia pytanie, dlaczego ktoś miałby coś robić, skoro nie chce?).

Chciałbym umieć wytłumaczyć ludziom, o co mi chodzi z tym anarchizmem. Nie tylko słownikowo lub retorycznie. Gdy pisze lub mówię im o tym, że chcę, by związki, też polityczne, między ludźmi były tworzone dobrowolne to nie mówię, że powinny być tylko zawierane dobrowolnie. Chcę by mogły być tez dobrowolnie zrywane. Ta dobrowolność, a moim rozumieniu jest oderwana od treści zasad (a takie zerwanie może być jak najbardziej jednostronne, czego nie zauważyłem), gdy chodzi o dobrowolność odrzucania zasad. Taka dobrowolność i wolność jest radykalna i oznaczałaby, że od czasu do czasu ktoś by mi ta wolnością zrobił krzywdę – bo nistąd, ni zowąd mógłbym się rozmyślić. Pomyślcie, że na takie coś wpada lekarz. Pilot. Opiekunka do dzieci. A może to ja bym tak zrobił i to ja bym tak skrzywdził?

Skoro akceptuje taką dobrowolność, to jakbym zareagował, gdyby ktoś mnie tak skrzywdził? Jakbym zareagował na krzywdę? Zgodnie z tym, co bym czuł w danej chwili. To moja odpowiedź, pracowałem na nią wiele lat droga publiczności. Pomógł mi dopiero Paul Feyerabend. Cytuję: „Zbyt «racjonalny», tj. emocjonalnie odkażony dyskurs stanowi zagrożenie związków zachodzących między wiedzą, uczuciami, działaniem, nadzieją, miłością i kawałkuje nasze życie.” i jeszcze „Wyobraź sobie następującą sytuację: społeczeństwo na krawędzi wojny domowej; pisarz piszący książkę.[…]”, dalej Feyerabend popiera ograniczenie swobody tej wypowiedzi, zawartej w książce, a ja nie wiem. No i jeszcze najważniejsze: „Załóżmy, że się zakochujesz w kimś należącym do niebezpiecznej rasy. To daje Ci wiedzę, jakiej nie posiada żaden naukowiec – chyba, że sam się zakochał. I daje Ci to nie tylko wiedzę, daje ci to również motywację, budzi chęć chronienia, gotowość zastąpienia naukowego poglądu twoim własnym widzeniem…”. To najważniejsze dla mnie, bo mówi o relacji i uczuciach, zwłaszcza miłości, a co do tej chciałbym, by była dla mnie najważniejsza.

93 i 93.

Radykalny indywidualizm jako pasożyt. Subiektywna perspektywa jako przeszkoda opisu.

Posted in Uncategorized with tags , , on Marzec 12, 2012 by Jaś Skoczowski

Radykalny indywidualizm przedstawiam sobie jako skupiony na autonomii. Autonomia jest trzecim rodzajem wolności. Nie jest wolnością negatywną, bo fakt, że nikt i nic mnie nie ogranicza nie wystarczy, bym sobą kierował – nikt nie musi mnie do niczego zmuszać, a ja mogę być bezwładny. Nie jest wolnością pozytywna – możliwość realizowania tego, co dla mnie cenne nie pozwala jeszcze na określanie tego, co dla mnie cenne w sposób swobodny. Autonomia natomiast to sterowanie sobą. Radykalna autonomia oznacza też radykalny indywidualizm więc, bo człowiek swobodnie kierujący sobą, także określający, co dla niego cenne, jest bardziej zindywidualizowany od osoby, której nikt nie ogranicza i osoby, która może swobodnie realizować swoje wartości. Przy czym zarówno pozytywna, jak i negatywna wolność są potrzebne, by być autonomicznym. Mogę swobodnie określać, co dla mnie cenne, ale jeśli ktoś mnie od tego powstrzymuje lub nie jestem zdolny do realizacji wolności, to autonomia też nie jest.

Radykalny indywidualizm pasożytuje na ideologiach, a nie jest ideologią. Ideologie zbudowane są z pewnych opisów rzeczywistości, także metafizycznych, czyli niesprawdzalnych. Ideologie zawierają też dyrektywy, zwłaszcza metodologiczne. Ideologie dostarczają kryteriów prawdziwości innych kryteriów ocen. Są więc podstawami wszelkich innych opisów rzeczywistości i mocno determinują charakter ludzkich działań, na ile jest on świadomie tworzony.
Ideologie więc wyznaczają człowiekowi, wyznającym je, cele. Dopóki tylko ten człowiek, wyznający określona ideologię, decyduje, co ona dla niego znaczy, nie jest sterowany przez nikogo pod tym względem, tylko siebie – ideologia wyznacza mu takie cele, jaki on uważa i nie może się co do tego mylić. W innym wypadku na to, jakie człowiek obiera sobie cele mieliby wpływ inni. Człowiek dążący do coraz to większego panowania nad sobą wyznawałby więc ideologie po swojemu w najwyższym, dostępnym dla siebie, stopniu i porzucałby niezwłocznie, gdyby nagle przestawałyby mu pasować. W ten sposób indywidualista pasłby się wszystkim, co nie jest indywidualizmem i porzucał, gdyby stało mu się zbędne. Czemu jednak indywidualizm nie mógłby być kolejną, tak przedstawioną, ideologią? Indywidualizm nie uniemożliwia porzucenia samego siebie. Dlatego. Ideologie są telocentryczne, cel jest tym, co je charakteryzuje i buduje, gdyby nie wskazywały komuś celu, nie miałyby sensu (są też dlatego normatywne). Indywidualizm jest nietelocentryczny. Wyraża się go nie przez określenie celów właściwych dla każdego indywidualisty, tylko przez opis samego procesu wskazywania celów i ich realizowania. Cele wskazywane są maksymalnie swobodnie przez indywidualistę, a realizowane tak, że indywidualista ma zawsze większa lub mniejszą możliwość wycofania się z ich realizacji.
No chyba, że jak coś da się wytłumaczyć bez określania celu osoby prezentującej to w działaniu, to to tez jest ideologia. Ale wtedy i tak wiadomo, o co mi chodzi.

Co do subiektywnej perspektywy – może być intersubiektywne i nieintersubiektywna. Nieintersubiektywna może kształtować się dużo swobodniej, jest jednak niezrozumiała. Nieintersubiektywna perspektywa jest jednocześnie bardziej dogodna dla radykalnego indywidualisty. Prowadzi jednak do tego, że ideologia takiego indywidualisty jest w znacznej mierze bez znaczenia dla innych.
Opisywanie świata jako działalność zbiorowa (chociażby w ten sposób, że jest opisujący i publiczność) jest więc nieindywidualistyczne (choć nie antyindywidualistyczna sama w sobie), a indywidualizm radykalny i związana z nim skłonność do przyjmowania perspektywy subiektywnej i nieintersubiektywnej utrudnia indywidualiście wytłumaczenie siebie innym, bo w pewnych sprawach nie ma miejsca na żadne wytłumaczenia – pewne decyzje dla indywidualisty radykalnego po prostu on podejmuje i nie ma dla nich szczerego usprawiedliwienia. Przyjęcie natomiast postawy, w której człowiek stara się ze wszelkich sił wyeliminować opisy nieintersubiektywne jest antyindywidualistyczne.

O wspólnocie indywidualistów

Posted in Uncategorized with tags , , on Luty 27, 2012 by Jaś Skoczowski

Na początku wyjaśnię, że pisząc o wspólnocie indywidualistów mam na myśli wspólnotę, w której ludzie robią co chcą i nadają kształt swoim indywidualnym pragnieniom samodzielnie.

Nie będę pisał, jak osiągnąć to drugie, choć owszem, to nie tak, że zawsze samodzielnie kształtujemy swoje pragnienia.

Napiszę o  tym, co moim zdaniem jest warunkiem koniecznym, by wspólnota była indywidualistyczna. Po pierwsze więc zasady działania w tej wspólnocie powinny być dobrowolnie i samodzielnie odrzucane, i przyjmowane przez jednostki. Po drugie – tacy żyjący ze sobą razem indywidualiści muszą unikać stosowania przemocy wobec siebie, tak, by w większości ich współdziałania przemoc nie odgrywała większej roli. Bez tego jednostki będą przestrzegały zasad wbrew sobie i będą zmuszane do ich przestrzegania. To jest dla mnie przeciwieństwo robienia tego, co chce się robić

To co piszę nie jest odkrywcze. Ale to co piszę dobrze opisuje charakter anarchistycznego indywidualizmu. Po pierwsze: on jest po prostu indywidualistyczny i przez to anarchistyczny. Nie ma żadnego konfliktu miedzy indywidualizmem i anarchizmem, logicznego. Ludzie mogą twierdzić natomiast, że nie da się go zrealizować, bo zniknięcie państwa będzie wymagało stosowania powszechnie przemocy jako narzędzia regulującego wspólne życie ludzi z ludźmi lub będzie wymagało poddawanie się, wbrew sobie, jakimś zasadom współżycia. Szanuję zdanie tych ludzi w równym stopniu, jak ich przekonanie, że mają mądre dzieci i pięknych partnerów. Zwłaszcza, że nie wiem, czy anarchistyczny indywidualizm jest możliwy do zrealizowania globalnie, natomiast wiem, że teoretycznie nie ma przeciwwskazań, by indywidualista akceptował ludzi chcących żyć inaczej wraz z ich sposobami życia. Tyle, że jak ktoś nie chce czegoś, to nie chce, więc nie akceptuje czyjegoś sposobu życia, jeśli jest wymuszony (z wyjątkami, zmuszenie kogoś, by nie zabił wciąż mi się podoba, poza przypadkami samoobrony).

Po drugie: mogą być anarchiści, dla których to nie jest najważniejsze. Np. każdy anarchista przywiązujący się bardziej do takiego celu, jakim jest bezklasowe społeczeństwo lub kompletny brak władzy. Takie rzeczy nie są tym samym, co dobrowolność i mało przemocy. I klasy społeczne, i władza może istnieć bez tego. Ba, do ich usuwania, tak mi się wydaje, potrzeba i sporo przemocy i narzucania innym zasad. Z drugiej strony, mniej nierówności klasowej i mniej władzy to coś, czego oczekuje po dobrowolnym życiu z innymi ludźmi, w którym rzadko, a najlepiej bardzo rzadko, odwołuje się ktoś do przemocy.

Ps. Swoją drogą takie ujęcie anarchizmu indywidualistycznego tłumaczy, dlaczego ważne jest w nim, by tworzyli je ludzie równi, w sensie szerokim, zbliżającym znaczenie słowa równość do tożsamości. Otóż: anarchistyczny indywidualista dąży do życia wśród podobnych sobie indywidualistów, czyli taki anarchista dąży do samodzielności (specyficznej, subiektywnej samodzielności, podkreślę) i życia wśród innych, samodzielnych
ludzi.

Ps.2 Dobrym pytaniem jest, dlaczego w ogóle jakikolwiek indywidualista chciałby żyć w społeczeństwie indywidualistów? Pomijając osobników, którym obojętne jest, czy innym jest dobrze, indywidualista może dbać o innych. Dbanie polega co najmniej na tym, że człowiek stara nie przeszkadzać komuś w zaspokajaniu jego pragnień. W społeczeństwie, które nie jest indywidualistyczne, zdecydowanie częściej musiałby dbać o ludzi nie będącymi indywidualistami – bo społeczeństwo nieindywidualistyczne uniemożliwia ludziom stanie się indywidualistami. Zakładając, że wzajemnie o siebie dbający ludzie są indywidualistami i szczerze dbają o siebie, rozstanie się, gdy nie można się porozumieć (bo nie da się pogodzić pragnień wszystkich zamieszanych) jest jedynym wyjściem, jedynym wyrazem dbałości możliwym. W jednak jeśli ktoś nie jest indywidualistą i tkwi w związku, w którym być nie chce, ale uważa to za swój obowiązek, to może nie dopuścić takiego rozwiązania sprawy, co utrudnia sprawę. Jeśli dbam o kogoś, to nie zmuszę go, by odszedł, ale jeśli nie potrafię go jednocześnie znieść, to muszę zwyczajnie go znosić, choć nie chcę. Moja dbałość o tego kogoś zmienia się moją klatkę. Poza tym osoba nieindywidualistyczna może nie być w stanie opuścić drugiej osoby, bo będzie tak od niej uzależniona, od indywidualisty można natomiast spodziewać się wystarczającej samodzielności. Co na jedno wychodzi. Indywidualista, któremu może zależeć na innych, ma więc powody, by żyć w społeczności indywidualistycznej, bo w takiej społeczności łatwiej żyć w zgodzie ze swoimi pragnieniami i dbać o innych jednocześnie.