Archiwum dla egoizm

O wojnie między jednostką, a społeczeństwem

Posted in Uncategorized with tags , , , on Sierpień 11, 2014 by Jaś Skoczowski

Między mną, a resztą świata toczy się walka. Narodziłem się zupełnie inny niż teraz jestem i to odbyło się tak, że ja byłem tylko czymś, na czym świat się odcisnął. Każdy impuls nie zgadzajacy się z tym światem został zduszony, chyba, że umiał się obronić. Świat więc mnie niszczył, gdy do niego nie pasowałem, lub nie miałem siły stawić oporu. To jest walka i nic innego.

Nie mam żalu do świata o to. Raz: nie chciał tego, w swojej całości, bo swiat w swojej całości, moim zdaniem, jest bezmyślny, bez uczuć, bez zamiarów i bez celu. Dwa: to co przetrwało dalej jest nie tylko kimś, ale czymś, podmiotem.

Istotnym elementem tego, co na mnie wpływało, byli ludzie, działający według różnych porządków. Uczynili mnie sobą, wzmacniajac to, co im było potrzebne i niszcząc to, co było dla nich śmieciem (śmieciem, czyli punkiem!). I dalej usiłują się to robić. Bardzo dobrze, teraz ja, w tym momencie, mogę przynajmniej sobie powiedzieć: od dziś to ja wzmacniam i niszczę, co chcę. Nie wszycy stali się tacy, ale ja taki jestem, bez rozgoryczenia więc zamierzam iść tam, gdzie chcę, mając to co mam, czyli siebie, czyli będąc sobą.
Wniosek jednak z tego doświadczenia jest taki: między mną, a całą rzeszą ludzi, którzy mnie ulepili i którzy mnie wciąż lepią, też toczy się wojna, ponieważ teraz to, co oni ulepili, chce być samodzielne – chce się od nich oddzielić. To znaczy: ja chcę móc w razie czego zaprzeczyć ich zamiarom i nawykom. I nie sądzę, bym był tutaj wyjątkowy. Ludzie tak mają. Nie wiem, czy psy i pszczoły, ale ludzie tak. Ten cholerny, dziwnie zmutowany narząd zwany ludzkim mózgiem tak właśnie nam robi.
I to jest właśnie źródło indywidualizmu, tego, z którym chcę mieć coś wspólnego.
Kolejnym wnioskiem z mojego doświadczenia jest ten, że indywidualista musi przyjąć, że świat, w tym to społeczeństwo, które go dotyczy, jest błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Wypada mu, tak na mój rozum, jednocześnie je chronić i walczyć z nim, dążyć do sytuacji, w któej walka nigdy go nie zniszczy. W filmie “Germinal” (opartym na książce o tym samym tytule, pana Zoli, której nie czytałem), o uciemiężonych górnikach z Francji, pojawia się “anarchista”, który chce wszystko zniszczyć. Zwłaszcza społeczeństwo. Otóż dla takiego anarchisty, którym jestem to bzdura – społeczeństwo właśnie dlatego trzeba pielęgnować, by móc z nim walczyć.
Bycie przeklętym od zawsze było złe, bycie wyrzutkiem, dziwakiem, nienormalnym, odstającym od zasad (pedałem, Żydem, czarnym, zboczeńcem itd). Bycie przeklętym natomiast jest powszechne, bo piszę o doświadczeniu powszechnym, przypominam. Stąd dla człowieka zakochanego w sobie i rozumiejącego swoje miejsce w świecie zadaniem podstawowym jest wyrobić sobie taka inność, która nie jest występkiem, ale cnotą, która to cnota dalej jest wroga społeczeństwu. Część z was, drogi czytelnicy pamiętacie może tą przenośnię Soktratesa, w której on się porównuje do owada kąsającego konia, owada, który pobudza konia do działania i zmiany. To jest własnie to, te rozumienie cnoty, które chodzi.

Bulina 9.8.2014

Anarche znaczy, że ma być bez arche

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Lipiec 2, 2014 by Jaś Skoczowski

Stirner nigdy nie podkreśla tego, że chęć panowania nad rzeczami i oddanie się ideom kształtuje samą chęć panowania, że te praktyki zakreślają to, czym jest chęć panowania. Panowanie nad ideami, trzeci etap rozwoju wskazany przez Stirnera, nie polega na takim panowaniu, jakie następuje, gdy panujemy nad rzeczami. Panowanie nad rzeczami jest efektem oddania się ideom (i ja bym dodał: nastrojom, ale to niekoniecznie jest wciągnięte ze Stirnera). Gdy jednak rządzimy ideami i nastrojami, nie poznajemy żadnej reguły ani zasady, która pozwala nami manipulować – to dalej byłoby tylko panowanie nad rzeczą, tyle, że rzeczą byłoby w tym przypadku moje ciało. Chodzi o to, by myśli (i uczucia, i cała reszta psychiki) podlegały woli. Chodzi więc o poddanie wyobraźni pod władanie woli (i tu humorystycznie dodajmy: czymkolwiek te dziwne stwory są). Stirnerowski egoista (“jedyny”) myśli i czuje jak chce, a nie tylko doskonali się w tym, by jego myśli i uczucia w określony sposób kierowały nim. Przy czym “myśli i uczucia” należy rozumieć tak, że one odnoszą się do czegoś, zawsze. Stirnerowski egoista więc nie może być tylko kolejnym przedmiotem myślenia i czucia. Musi poza to wykraczać. Co jest poza myslami i uczuciami? Stirner opisuje jedynego jako twórcze nic i ja sobie pozwolę to wykorzystać. Otóż, nie da się powiedzieć, co jest poza, więc można powiedzieć, że nic. Opis wymaga, by był zrozumiały, wymaga więc pewnej budowy logicznej i towarzyszącej mu, nieodzownie, otoczki ideologicznej właśnie, od której “jedyny” stirneriański ma przecież uciec. Ale, o ile nie uzna się za bzdurę w ogóle samego projektu, jakim jest “jedyność” (co zabawne, ujęcie “jedyności” jako projektu mogłoby Stirnerowi nie odpowiadać), to to nic może być w określonej relacji tego, co nie jest niczym, co jest jakieś. By to nic było rozumiane jako stirnerowski egoista, musi być zdolne do tworzenia czegoś, rozumianego jako coś określonego. Bezład musi więc tworzyć ład, bo nic o którym mówimy nie jest niebytem, jest raczej czystą “treścią”, mięsem, materią, która w żaden jeszcze sposób nie jest uporządkowana. Ale jesli tak, to panowanie nad myślami i uczuciami, władza nad wyobraźnią, nie polega na narzucaniu porządku, tylko na wyzwalaniu chaosu. I teraz podkreślę, co mi nie odpowiada w Stirnerze jeszcze raz: nie podkreśla on różnicy między panowaniem nad rzeczami, a panowaniem nad ideami. A przecież nie jest tak, że ostatecznie jedno odbywa się gdzieś indziej, niż drugie. Dalej ostatecznie chodzi o to, że do panowania nad rzeczami potrzeba innych praktyk, niż do panowania nad ideami, czyli sobą. By panować nad rzeczami szukamy porządku, podporządkowujemy się mu, by znaleźć te aspekty rzeczy, które poza niego wybiegają. By panować nad sobą dorzucamy właśnie ten sposób działania. Nie szukamy żadnego ładu w niczym. Nie staramy się zbadać, zważyć i zmierzyć jakiegoś kawałka rzeczywistości, by potem upchać go gdzieś w zgodzie z naszym interesem. W tym nie staramy się zoperacjonalizować siebie ani innych ludzi. Rezygnujemy z manipulacji, kontroli, zarządzania. Tego w Stirnerze nie ma.

Bulina 2.7.2014

Egoizm, wartości, chaos

Posted in Uncategorized with tags , , on Czerwiec 27, 2014 by Jaś Skoczowski

Wartości są subiektywne lub niesubiektywne.
Wartości są subiektywne wtedy, gdy ktoś czegoś chce, bo uważa to za wartościowe. Jest to subiektywne, ponieważ podstawą wartościowania jest to, jaki ktoś jest. Wartościujący subiektywnie nie wyraża preferencji względem własnych wartościowań dlatego – gdyby tak było, nie wartościowałby na podstawie tego, kim jest.
Ale możemy chcieć, byśmy byli inni – i wtedy ta zmiana jest przez nas w określony sposób wartościowana. Jaką wartością jest taka zmiana, subiektywną czy niesubiektywną? Zmiana ma subiektywną, ale wartościowanie, które miałby dokonywać odmieniony podmiot jest niesubiektywne, ponieważ polega na wartościowaniu, którego dokonalibyśmy, gdyby bylibyśmy inni.
Chęc zmiany tego, który ma coś osiągać nie jest tym samym, co chęć osiągnięcia czegoś. Chęć zmiany to chęć, by nasza obecna wola była inna, bo bez tego się nie zmienimy. To wymaga wskazania sobie celu do realizacji, które nie możemy wskazać sobie na podstawie tym, kim jesteśmy aktualnie. Nasza wola powstaje, bo jacyś jesteśmy, mamy swój program, który nami kieruje. Bez tego programu nie ma nas. Jeśli więc w ogóle wartościowanie wskazuje wartości (a czemu nie?) i może wskazać sobie jako wartość innego siebie, to wskazuje się też możliwość innego wartościowania jako wartościową i przez to wskazuje te możliwe wartości. Wartości są niesubiektywne więc wtedy, gdy są możliwe i niezaktualizowane.

Niesubiektywne wartości mogą prowadzić do agresji wobec samego siebie – dlatego wartości niesubiektywne są zagrożeniem dla podmiotu. By osiągnąć zmianę może być niezbędne, by nie tylko nastąpiła zmiana w podmiocie, niezbędne może być, by ta zmiana była na tyle duża, by wszystko, co było ważne dla bycia tym konkretnym podmiotem zniknęło. To oznacza zniszczenie podmiotu. Osiągnięcie niesubiektywnych wartości może być też źródłem “nawiedzenia” podmiotu. Staje się to wtedy, gdy pomiot nie został jeszcze zniszczony, ale wszystko w nim jest dla niego samego mniej ważne, niż zmiana, która sprawi, że zupełnie inaczej zacznie wartościować. Dlatego nie ważne, czy wierzymy w pewną doktrynę, czy w bóstwo – dopóki wymaga ono od nas fundamentalnej zmiany efekt jest ten sam, rządzi ona nami. I co ważne, taka władza oznacza także autoagresję.

Subiektywne wartości tworzą inne zagrożenie – dążenie od ich realizacji może prowadzić do ograniczenia podmiotu, zahamowania jego potencjału. Ludzie, w swej części subiektywnej, mogą być wysoce dynamiczni, czyli zmienni, jeśli coś w nim jednocześnie hamuje zmiany, hamuje ich potencjał.

Zarówno jeden typ zagrożeń, jak i drugi nie jest niespecyficznym typem zagrożeń, groźnym dla każego rodzaju podmiotu. One są groźne, jeśli ktoś jest egoistą – czyli kocha siebie, uznaje siebie za wartość najwyższą. Wtedy wartości, ponieważ mogą prowadzić kogoś do zamachu na samego siebie, są dla niego groźne. To jest specyfika moralności egoistycznej.

Co jest więc techniką dobrego życia w ramach egoizmu? Technika ta rozpada się na dwie umiejętności: umiejętność unikania wartościowań w ogóle i związana z nią umiejętność do tak spontanicznego działania, że jest ono jak najbliższe braku intencji. Wtedy, gdy wyzwalasz się z wartości, wtedy kochasz siebie najpełniej. Stan, który realizują (ale nie: do którego realizacji dążą!) udani, dobrze wypieczeni, egoiści, to chaos vel pustka vel tao (Wielkie Tao™), coś, co nie jest całkiem do określenia, nie określa je nawet zanegowanie tego, że nie jest czymś innym. Egoizm sprzyja więc specyficznemu ateizmowi. Ateizm z ramach egoizmu swobodnie może nabrać “religijnego” czy “duchowego” charakteru, bo egoista zachwyci się tym, co wchodzi na miejsce bóstwa – bezładem, który związany jest z brakiem ostatecznego władcy wszystkiego. Ateizm ten jednak ma też coś, czego nie mają ateizmy wyznawane przez ludzi nieegoistycznych: ateizm ten nie jest kultem bezosobowych praw rządzących wszechświatem, zwłaszcza jakiejś logiki, czyli odwiecznych praw myślenia. Nie czci się w ramach egoizmu więc tego, co nieuniknione. Nie ma więc powodów, by nie przekraczać tego, co dotąd nie zostało przekroczone, tylko dlatego, że może nie da się tego przekroczyć. Jeśli się nie da, to nie da, ale nie ma powodu, by nie próbować. I nawet poprawne wnioski, wskazujące na to, że coś jest nieuniknione, nic tu nie zmienią. Zrzucenie egoiście, że zachowuje się “nieracjonalnie” może go rozbawić lub wręcz dostarczyć czegoś w postaci dumy.

Obydwa typy wartości nie są więc odrzucane przez egoistów – ale w ich życiu są tylko narzędziami. I trudno powiedzieć, że do jakiegoś celu, ale nadają temu życiu z jednej strony dynamiki, bo egoista jak najbardziej może traktować siebie jako swoje tworzywo, ale z drugiej strony – sprawiają, że działa z miłości do siebie, z miłości do tworzywa.

Bulina 27.6.2014

Wyzysk, a wolność i jak się to ma do anarchizmu

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , on Lipiec 4, 2012 by Jaś Skoczowski

Gdy ktoś działa, bo myśli o czymś tak, a nie inaczej, lub gdy działa, bo jakoś się czuje, a to uczucie wyzwala coś, nie jesteśmy więc zniewoleni przez innych, tylko przez siebie. Dlatego wyzysk nie wymaga od wyzyskiwacza, by ten odbierał komuś wolność. Człowiek bojący się głodu, utraty pracy, tego, co powie żona czy mąż, gdy go wyrzucą, człowiek kierujący się troską o dzieci, pożądaniem seksualnym, które może zaspokoić pieniędzmi, a przynajmniej sobie ułatwić to itd itp. może być wolny, znajduje się tylko w warunkach, które mogą go zniewolić, lub nie. To zależy od niego, także od tego, jak wytrzymały jest psychicznie, czy wolność zachowa. Wyzyskiwacz, człowiek korzystający z jego wolności, korzysta z tego, że ten człowiek jest wolny i z tego, kim jest, a nie tylko ze zniewolenia. Ot ewolucja niewolnictwa w kapitalizm.
Taki wyzysk mi nie odpowiada, przynajmniej czasami.

Emocje i myśli pojawiają się także wtedy, gdy coś możemy zrobić, a tego nie robimy. Gdy mamy wybór, to staramy się podjąć decyzje. I jesteśmy wtedy wolni. Tylko, gdy nasze emocje można przedstawić, przekonująco, jako nieważne w procesie działania lub gdy nie mamy wyboru w ogóle (a nie tylko, że niektóre wybory nam nie odpowiadają), zgodzę się z osobą twierdzącą, że w takiej sytuacji ktoś nie jest wolny. Jeśli ktoś chce się sprzeciwiać wyzyskowi tylko z chęci wyzwolenia kogoś, to jego zamiar będzie ograniczał go jako przeciwnika wyzysku.

Jestem socjalistą w tym zakresie, w którym mogę się takiemu wykorzystywaniu ludzi sprzeciwiać wolnościowo. Jestem w końcu przede wszystkim egoistą i dlatego anarchistą. Chcę szanować cudzą wolność, po warunkiem, że mogę szanować moją własną wolność. Nie czuję tylko potrzeby szanowania cudzej i mojej wolności, czuję mnóstwo innych rzeczy. I tym też mogę się kierować. I nie będę tego unikał dla tego, by być dobrym anarchistą. Uniknę tego tylko po to, by być szczęśliwy. Tak, anarchizm, rozumiany jako pogląd w mojej głowie czyni mnie szczęśliwym czasem, dlatego go wyznaje.

Chcę więc działać wolnościowo i sprzeciwiać się, w ramach możliwości i chęci wyzyskowi. W czym problem? Że nawet, gdyby ktoś przystawił mi pistolet do głowy, mógłbym być wolny lub nie. I wielu innych ludzi ma tak samo. Kiedy odbieramy człowiekowi wolność? Wtedy, gdy stawiamy go w sytuacji, w której on nie potrafi być już wolny. To znaczy, że trzeba najpierw człowieka, jednostkę, zbadać, a potem dopiero mówić z przekonaniem, że ktoś traci wolność lub nie.

W takim badaniu koniecznym wydaje mi się liczenie się ze zdaniem osoby, dla której ma się wyznaczyć granice. Pierwszą granicę, którą, gdy ona przekroczy, to będzie komuś odbierała wolność. I drugą, czyli tą, którą jak ktoś przekroczy, to odbierze wolność osobie badanej.

To oznacza, że granice różnych jednostek nie musiałby się pokrywać. To oznacza konflikt. Jestem przeciwnikiem wyzysku i zwolennikiem wolności, ale wiem, że wyzyskiwacze granicę, za którą to ja im odbiorę wolność stawiają gdzie indziej, niż ja. A ja gdzie indziej stawiam granicę, po przekroczeniu której to oni mi odbiorą wolność.

Nie zamierzam postulować fałszywego pojednania na podstawie oderwanej od tej możliwości konfliktu zasady, takiej, która ignorowałaby to, że są ludzie nie godzący się na wyzysk siebie i innych, i są tacy, którzy się na niego godzą. Postuluję zasady walki fair, takie, które uniemożliwią fizyczną eliminacje przeciwnika przynajmniej. Postuluję więc demokracje bezpośrednią, jak najmniej większościową, jak się da (a są mniej i bardziej większościowe demokracje) i wiele innych rzeczy, które ułatwiałyby np. ludziom obronę przed przemocą innych ludzi (powszechne prawo do posiadania broni na przykład). Chcę, by to takie społeczeństwa były tłem, na którym jednostki między sobą będą ustalały granicę.

I teraz napiszę, na jakie dwa kontrargumenty mam odpowiedź. Pierwszy, zgodnie z którym te granicę są już znane – to nie ma znaczenia, czy są już znane. One są konwencjonalne. Mogę znać konwencje i ją odrzucić, czemu mam ją akceptować, jeśli mi nie opowiada? Bo nie jest tak na prawdę konwencją? A co ją nie czynie konwencją, skoro jeśli ją odrzucę i kilku innych, to przestanie obowiązywać jako zasada? Drugi kontrargument sugeruje, że już mamy taką demokracją, gdzie można walczyć fair. Nie, nie mamy, granice ustalają nam ludzie, na których mamy słaby wpływ. W tym, co ja opisałem, to my byśmy ustalali granice, każdy delegat musiałby je szanować i brać za punkt wyjścia, a dokładnie tego nie robi siew demokracji parlamentarnej.

Wyzysk jest jedną z wielu rzeczy, które mogą ludziom przeszkadzać, a więc nie jedyną. Nie musi opierać się na przymusie (choć trudno mi uwierzyć w wyzysk, gdzie przemocy w tle w ogóle nie ma). Ale nie zmienia to faktu, że sprzeciw wobec niego jest wolnościowy. I wymaga odrzucenia państwa. Socjalizm i anarchizm nie są synonimami. Ale jedno bez drugiego nie ma dla mnie wartości i nie jest to wyrazem mojego pomylenia. Sprzeciw wobec takiej postawy jest natomiast wyrazem nieumiejętności zaakceptowania faktów. Moja postawa jest faktyczną (po prostu istnieje, bo ja ją praktykuję) i logicznie poprawna. Kto jej zarzuca coś ponad to, że jemu nie odpowiada albo nie akceptuje anarchizmu albo go nie rozumie. To drugie jest jego błędem, nie błędnym sformułowaniem anarchizmu.

Jest jeszcze jedno pytanie: ale co robić, skoro nie istnieje społeczeństwo, o którym marzę, w którym każdy sobie wyznacza własnego granice? Codziennie próbować ustalić choć jego ociupinkę, zachowując się tak, jakby już istniało. I traktować to zadanie jako świetną frajdę. Rzecz jasna, to odpowiedź dla mnie, mnie na to stać.

Jestem ateistą

Posted in Uncategorized with tags , , , on Czerwiec 12, 2012 by Jaś Skoczowski

Jestem ateistą. Takim wierzącym. Uznaje, że nie ma boga, tak samo, jak nie ma potworów w lesie i pod łóżkiem. I dobrych wróżek. Nie mam ochoty robić czegoś, bo dobra wróżka lub bozia nagrodzi, lub potwór albo bozia pokarze. Chcę doświadczać świata w taki sposób, by to na moje doświadczanie go nie wpływało, stąd nie wierzę w Boga, wróżki i potwory. Wierzę w to, a nie tylko stwierdzam, że nie jest dowiedzione istnienie ich. Nie wierzyłbym też w grawitacje, gdybym nie wiedział, że działa i nie obchodziłoby mnie, że nie jest dowiedzione, czy się nie rozpierdolę. Wolałbym się rozpierdolić, niż nie posmakować lotu (acz startowałbym z ziemi :) ). Jest to mój wybór, choć owszem, rozsądny, bo rozsądnie ujmując boga nie ma i tylko wybitne, metafizyczne pierdolenie pozwala jakoś uzasadnić jego istnienie, bo bóg nie działa czy, jak wolą teiści „działa w tajemniczy sposób”. Czyli nie działa. Podkreślam, to mój wybór, nie związany z tym, że np. jestem oddany we władanie jakiejś zasady, że np. nie wolno wierzyć w boga, bo to takie „nieracjonalne”. Gdyby nieracjonalność dawałaby mi coś ciekawego, byłbym nieracjonalny.
Ateizm musi być wiarą, by miała wartość. Ateiści, którzy ujmują ateizm jako stwierdzenie, że się tylko w coś nie wierzy, bo nie ma na to dowodów, nie pojmują w ogóle, co mówią, albo stwierdzają błahostkę świadomie. Bóg, rozumiany inaczej, niż właśnie tak rozsądnie, jako coś, co może wpłynąć na moje działanie, ale tylko wtedy, gdy wierzę, że go nie ma, może istnieć i nie ma to żadnego znaczenia z pragmatycznego punktu widzenia. Po prostu nazywa się wtedy bogiem jakieś inne, urojone coś – byt, absolut, prajednie. Coś, co może jest w szerszym sensie, może nie, co można sobie wykalkulować, zwłaszcza, jak komuś się wydaje, że np. wątpliwość, czy cokolwiek istnieje lub „jest realne”, ma jakiś sens większy. Przeczenie takiemu czemuś nie ma żadnego znaczenia, bo sama wiara w takie coś nie ma znaczenia – bo mogę się przeciwko temu buntować. Ale ma wiara w tego boga, która wpływa na nasze działanie. A tylko wiara, w to, że nie ma boga, potworów czy dobrych wróżek może sprawić, że w nie nie wierzysz, jeśli ktoś Ci kiedyś skutecznie wmówił to, że mogą być. Stwierdzenie, że istnieją fakty zaprzeczające istnieniu potwora pod moim łóżkiem mają sens tylko wtedy, gdy przestaję się bać potwora pod łóżkiem. A jeśli nie boję się potwora bez dowodu, ma to ten sam skutek. Stad powtórzę się – to co się nazywa rozumem ja lubię, bo dla mnie się sprawdza i z żadnego innego powodu.
A teraz skupmy się, jaki jest ten skutek? Ano, ateizm, rozumiany jako wiara wyzwala mnie z poddawania się władzy urojonym cosiom, które mówią mi, jako urojone, co mam robić, a czego nie. Takim cosiem może być tez racjonalność i jest nim, i jest tym groźniejsza, że może być bardziej efektywna niż wiara w boga, ta wiara w rozum. Zwłaszcza, że zaletą ludzkiego myślenia nie jest nieomylność, tylko to, że człowiek potrafi wymyślić, jak naprawić błędy, jak je stwierdzić itd. Stąd tak, ja wierzę, że nie ma boga. Nie wierzę natomiast w rozum, jak z niego korzystam, dlatego wierzę, że nie ma boga. I kiedy nagle poczuję, że chcę wierzyć w niewidzialnego i wszechmocnego przyjaciela, to cóż. To zacznę wierzyć. Ważny jestem w tej zabawie ja. Nie wiem, czemu miałbym, co by mi to miało dać. Ale nie wiem, co mogłoby być ważniejsze do tego, że to mogłoby mi coś dać.

Ciekawostka dotyczaca praw i moje problemy z opisaniem mojego anarchizmu wynikajace z niej, i o tym, jak mi pomógł Feyerabend.

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Maj 5, 2012 by Jaś Skoczowski

Rozumianych jako zakazy postępowania. Związana z dobrowolnością. Dobrowolnie przyjmowane zasady przestają być dobrowolnie przyjęte, gdy je odrzucimy. Sformułowanie dobrowolnie przyjętej zasady wygląda tak: x przyjęta jest dobrowolnie (przepraszam, że się puszę, ale to mi ułatwia pisanie). Czy treść x jest niezależna od tego, czy jest przyjęta dobrowolnie? Wydaje mi się, że nie. Jeśli pod x przyjmie się wymuszona zasada, no to mamy sprzeczność. Np. to mój argument za tym, że prawo własności nie może być pierwotne względem umowy by było nie wymuszone na kimś. Czy brak dobrowolności (czyli x jest nie-dobrowolne) jest natomiast niezależny od treści x? Wydaje mi się, że nie bo to też można doprowadzić do sprzeczności. To oznacza, ze dobrowolność jest kontekstowa (bo zarówno jej występowanie lub brak zależą do treści tego, co się przyjmuje). Banał, ale jest pewien istotny element kontekstu, który czyni dla mnie ten banał ważnym banałem. Mianowicie: w zależności od tego, jaka to jest zasada można przyjąć ją lub nie da się jej przyjąć (bo ze swojej istoty trzeba ją wymusić). Ale każda zasadę można odrzucić. Zawsze. No dobra, poza zasadami nieodrzucalnymi :) (istnieją pewne zasady, którymi jakoby rządzi się świat: to dosyć powszechnie przyjęty przesąd i trudno mi go nie uszanować, wybaczcie). Jeśli tak, każda zasada, by była przyjęta dobrowolnie, musi być zawsze do odrzucenia. Inaczej jej przyjęcie być może byłoby dobrowolne (ze względu na treść zasady), ale nie jej odrzucenie. A wydaje mi się, że jeśli coś jest nie do odrzucenia, to jest na mnie wymuszone.

[dygresja: jakoś tam samo mi wychodzi, że odrzucam możliwość dobrowolnego zbycia się, nieodwracalnego, prawa do decydowania o sobie w jakimś zakresie.]

Wolnościowe prawo nie prowadzi do przymusu. Czy w ogóle jest możliwe? Na pewno nie może prowadzić do podanych sprzeczności. Ale to znaczy także, że musi być do odrzucenia w każdej chwili. I dla tego wymogu ja, jako anarchoindywidualista, nie znajduję rozwiązania na poziomie takich rozważań. Nawet jeśli wyeliminujemy przemoc, dalej będziemy mogli na różne sposoby wymuszać przynajmniej nie odrzucanie dobrowolnie przyjętych zasad. A sama eliminacja przemocy to dla mnie poważny problem, bo niby dlaczego ja miałbym rezygnować z każdego rodzaju przemocy (jestem anarchoindywidualistą, którego najbardziej uwodzą filozofujący egoiści, filozoficzny egoizm zawsze ułatwia pytanie, dlaczego ktoś miałby coś robić, skoro nie chce?).

Chciałbym umieć wytłumaczyć ludziom, o co mi chodzi z tym anarchizmem. Nie tylko słownikowo lub retorycznie. Gdy pisze lub mówię im o tym, że chcę, by związki, też polityczne, między ludźmi były tworzone dobrowolne to nie mówię, że powinny być tylko zawierane dobrowolnie. Chcę by mogły być tez dobrowolnie zrywane. Ta dobrowolność, a moim rozumieniu jest oderwana od treści zasad (a takie zerwanie może być jak najbardziej jednostronne, czego nie zauważyłem), gdy chodzi o dobrowolność odrzucania zasad. Taka dobrowolność i wolność jest radykalna i oznaczałaby, że od czasu do czasu ktoś by mi ta wolnością zrobił krzywdę – bo nistąd, ni zowąd mógłbym się rozmyślić. Pomyślcie, że na takie coś wpada lekarz. Pilot. Opiekunka do dzieci. A może to ja bym tak zrobił i to ja bym tak skrzywdził?

Skoro akceptuje taką dobrowolność, to jakbym zareagował, gdyby ktoś mnie tak skrzywdził? Jakbym zareagował na krzywdę? Zgodnie z tym, co bym czuł w danej chwili. To moja odpowiedź, pracowałem na nią wiele lat droga publiczności. Pomógł mi dopiero Paul Feyerabend. Cytuję: „Zbyt «racjonalny», tj. emocjonalnie odkażony dyskurs stanowi zagrożenie związków zachodzących między wiedzą, uczuciami, działaniem, nadzieją, miłością i kawałkuje nasze życie.” i jeszcze „Wyobraź sobie następującą sytuację: społeczeństwo na krawędzi wojny domowej; pisarz piszący książkę.[…]”, dalej Feyerabend popiera ograniczenie swobody tej wypowiedzi, zawartej w książce, a ja nie wiem. No i jeszcze najważniejsze: „Załóżmy, że się zakochujesz w kimś należącym do niebezpiecznej rasy. To daje Ci wiedzę, jakiej nie posiada żaden naukowiec – chyba, że sam się zakochał. I daje Ci to nie tylko wiedzę, daje ci to również motywację, budzi chęć chronienia, gotowość zastąpienia naukowego poglądu twoim własnym widzeniem…”. To najważniejsze dla mnie, bo mówi o relacji i uczuciach, zwłaszcza miłości, a co do tej chciałbym, by była dla mnie najważniejsza.

93 i 93.

O mojej perspektywie i związku środków z celami

Posted in Uncategorized with tags , , on Kwiecień 17, 2012 by Jaś Skoczowski

Przy okazji czytania o autonomii uświadomiłem sobie, że autonomia nie jest tym, co mi wystarcza. Chce kierować sobą, ale chcę też pewnych rzeczy dla innych ludzi i one nie wyczerpują się na dbaniu o ich autonomią. A czasem są jej wbrew. Kilku ludzi pozbawiłbym i wszelkiej wolności i życia, innych tylko wolności. Innym dałbym wolność i szczęście. Moja autonomia jest ważna, ale co innego jest ważne, gdy ma się dziać innym. I to jest ważniejsze od każdego światopoglądu. Za rozkochaniem się w możliwości sterowania sobą i różnych stanach, w których mogą znajdować się inni jakby coś pozornie stało, choć moim nie stoi nic lub, jesli wolicie, stoi chaos.
Kiedy poznałem się ze Stirnerem, to było dla mnie uwodzące, że nie można było wskazać, patrząc z jego miejsca, tego, co jest najważniejsze dla niego. Stąd on pisze, że on jest dla siebie najważniejszy, ale on jest tworzącym niczym. To było mi bliskie, bo przecież jako nic przedstawiano mnie samemu sobie już w zen. Czy chodziło o to samo? Interesowało mnie to kiedyś, dalej interesuje, ale coraz bardziej czuję, że tak czy siak, mnie odpowiada takie same rozumienie tego, jak i Stirnera. W końcu i jedno, i drugie ułożyli ludzie, ja to mam w myślach lub przed oczami i mogę z tym zrobić, co chcę. I tylko moje możliwości mnie ograniczają.
Stirnera nie lubią ludzie (w tym Marks i chyba zwłaszcza), którzy jednak woleliby, żeby coś było najważniejsze. Stąd z jednej strony chcą wykazać, że jednak coś jest najważniejsze dla Stirnera i naśladowców, i podobnych (o jednych i drugich można mnie zaliczyć, a potem wykazać, że cenią nie to, co trzeba. Stąd np. mój znajomy, też anarchista (chyba), twierdzi, że nie ma anarchizmu bez, jeśli rozumiem, postrzegania rzeczywistości w sposób „klasistowski” (nie wiem, czy to poprawna nazwa, wstawiam ją w cudzysłów więc). Nie do końca sobie to wyjaśniliśmy, nie twierdzę tutaj, że przedstawiam jego punkt widzenia. Przedstawiam swój, z którego nie mogę się, wstępnie, zgodzić z kolegą.
Świat jakiś jest i kiedyś wydawał mi się inny niż teraz. Dalej nie jestem zwolennikiem (ani wielkim przeciwnikiem, chyba po prostu nie znam się) marksizmu jako opisu świata. Ale jestem w znacznie mniejszym stopniu zwolennikiem widzenia ludzi jako hedonistycznych kalkulatorów, czyli tak, jak chcą widzieć ludzi np. zazwyczaj ekonomiści. Zmienia to moje poglądy polityczne, to prawda. Ale nie zmienia w nich tego, co jest dla mnie najważniejsze.
Szanuje cudzą wolność. To jest ważne w moich poglądach politycznych. Nie: dążę do tego, by każdy był wolny, ale nie tylko unikam naruszeń wolności lub ich promowania u innych. Szanuję, to znaczy, robię jedno i drugie, i staram się to godzić ze sobą. Poza tym, nie zamierzam z tego powodu dokonywać jakiś „samopoświęceń”. Szanuję też swoją wolność, bardziej niż cudzą. Mogę gorzej lub lepiej rozumieć, jak działają inni ludzie, ale szanuje i od pewnego momentu szanowałem cudzą wolność, na ile to potrafiłem i na ile teraz potrafię. Twierdzenie, że teraz robię coś zupełnie innego niż kiedyś to bzdura dla mnie. Czyli jeszcze mnie nikt nie przekonał.
Z mojej perspektywy każdy klasizm pozostaje narzędziem, moim, do myślenia. Jak inne myśli. Gdy przestanie być dla mnie narzedziem, chcę być w stanie go porzucić, tak jak porzuciłem fragmenty z Misesa/Friedmana. Wiem to o sobie, wiedząc to, dlaczego miałbym uznać, że klasizm jest dla mnie tak ważny, żeby uznać, że nierozerwalnie wiąże się z anarchizmem? Nawet jeśli się wiąże, dlaczego miałbym tym się martwić? Przecież jeśli przestanę być anarchistą, bo kiedyś porzucę myślenie polegające głównie na analizie klasowej (a u mnie i tak ten sposób myślenia jest powierzchowny), to czemu miałbym nie uznawać siebie za anarchistę? Może raczej powinienem uznać, że to rozumienie anarchizmu, zgodnie z którym ktoś jest anarchistą, jeśli przyjmuje perspektywę klasistowską i tylko wtedy, jest błędne? Bo ja właśnie tak uznaje. Mam pewien porzadek myślenia w głowie, widze inne mozliwości myślenia, wybieram te. Tak po prostu.
Moja perspektywa jest więc taka, że nie widzę z niej związku z moim anarchizmem, a uznaniem pewnej metody opisywania społeczeństwa nazywanej tu klasizmem. Nie widzę jej i nie mam ochoty jej widzieć. Byłem tym, co nazywam anarchistą, zanim postrzegałem świat klasistowsko i zanim wydawało mi się to postrzeganie tak ważne, jak wydaje mi się teraz i wydaje mi się, że będę nim po porzuceniu go. Ale nie wyobrażam sobie bycia anarchistą, gdyby nie było dla mnie ważne, czy wobec pewnych ludzi (trudno mi określić ich jedną charakterystyką, ale na pewno są wśród nich ci, których lubię i kocham) zachowuje się tak, by szanować ich wolność. Gdzie niby tkwi w takiej postawie błąd? I dlaczego miałbym się nim przejmować? Wydaje mi się głęboko osadzony, więc odwołam się do Wittgensteina: jak ktoś mi wskaże ten błąd, czemu w ogóle mam uznać go za błąd? Czy nie będzie mi mówił, że w tej chwili śnie, chociaż ja nigdy się jeszcze nie przebudziłem? Moim zaniem tak i to tłumaczy, czemu nie chcę wyobrażać sobie też spraw inaczej.
Co do związku celów i środków: ja je wiąże. Zarówno mogę stosować środki, jak potem mieć do czynienia ze skutkiem. Nie oceniam według schematu, innego niż taki spontanicznie (nieintencjonalnie, nieświadomie i tak, że jestem wobec niego bez żadnej mocy itd) dyktowany mi przez moje własne ciało, a jego ramach nie mieści się cenienie tylko środków lub celów, tylko cenienie tego, co dla mnie cenne.
Dobranoc.