Archiwum dla autonomia

Autonomia jako specjalna wolność, która jest ważniejszą wolnością od wszelkich innych

Posted in Uncategorized with tags , , on Listopad 26, 2012 by Jaś Skoczowski

Władze nad sobą ludzie mogą realizować unikając rządzenia innymi – wtedy, nie mając władzy nad innymi, są od nich niezależni. W ten sposób, jeśli dobrem, które mają uprawiać ludzie razem, współpracując, a nie konkurując czy walcząc, staje się autonomia, wolność jednego znajduje granicę w wolności drugiego, ponieważ jedno jest gwarantem drugiego i na odwrót. I nie ma potrzeby manipulować ludźmi czy ich oszukiwać po to, by osiągać swoje cele, skoro nadrzędnym celem, spajającym życie człowieka, jest osiągnięcie jak największej władzy nad samym sobą, niezależnej od innych.

Chcę takiego świata.

O moralności i wyobraźni

Posted in Uncategorized with tags , , , on Listopad 13, 2012 by Jaś Skoczowski

Moralność nie jest odporna na nasze decyzje. To nie tak, że to co robimy można zestawić z niezmienną tablicą wartości i zasad. Nie ma takiej tablicy, są za to ludzie działający, w pojedynkę i zespołowo i to ich działalność określa ich moralność (oczywiście także to co czują i myślą). Kierują się swoimi przekonaniami, które albo nabyli do kogoś, albo sami sobie konstruują. Nie wiedzę powodu, by twierdzić, że człowiek nie może wymyślić niczego nowego, nie sądzę, że tylko wymyśla to, co jest nowe. Nie uważam tego problemu za istotny, wymieniam go dla porządku – tak, jestem świadomy tego, że nie potrafię określić, ile człowiek sam tworzy, a ile bierze od innych. Nie wierzę tylko w żadną jednostronną wizję. Zwłaszcza nie wierzę w to, że każdy człowiek nigdy nie wykracza poza moralność w której żyje – bo moralność jest otwarta i jednocześnie istnieją dla niej obszary zewnętrzne. Po prostu czasem nie wiemy, co robić. Nie wiemy nie tylko, co robić, ale – jaką drogą pójść, by wiedzieć. A czasem nie odpowiadają przyjęte rozwiązania. I wtedy ktoś musi tworzyć. I to tworzenie, które jest jak najbardziej tworzeniem wartości i norm, nie może być efektem dyskusji, w której ludzie wymieniają się argumentami, by kogoś przekonać. Dalej może być to społeczne, ale w grę wchodzi wyobraźnia, a nie logika i liczy się to, czy czyjaś wyobraźnia produkuje atrakcyjne historie/narracje/obrazy, a nie, czy one „zbijają” obrazy przeciwnika (rzecz jasna, jeśli ten przeciwnik jest) czy są spójne z poglądami współpracującego w tworzeniu nowej wizji świata, którego nie ma, a który być powinien. Oczywiście, logika takiej wymianie marzeń i wyobrażeń dotyczących tego, co dobre, musi jakaś być. Ale sytuacja o której piszę, a która moim zdaniem jest częsta, sprawia, że logika (rozumiana szeroko, jako pewne, przyjęte dla wspólnoty, sposoby wyrażania myśli) nie wystarczy, bo jest zbyt liberalna, by dać odpowiedź na pytanie, „co robić w danej sytuacji?”.

Wytwory wyobraźni nie są więc przyjmowane ze względu na ich poprawność. Mogą być albo niepoprawne logicznie albo poprawne, ale będące jedną z możliwych alternatyw. I niczego to nie zmienia, bo mogą zostać przyjęte tak czy siak. Błędy logiczne można uładzić później, a arbitralność nie ma znaczenia. Bo liczy się to, czy inni przyjmą nową wizję. Staje się ona wtedy czymś intersubiektywnym. A przez to nie tylko subiektywnym. Np. dopóki nie wypowiem się na temat tego, co słuszne jest i dobre, nikt inny nie może rozpatrywać tego, co mam na myśli. A po wyrażeniu tego może każdy, mający dostęp do mojego dzieła i potrafiący je zrozumieć.

Samo propagowanie pewnej wizji nie czyni z osoby przyjmującej ją osoby mi poddanej. Nie wymaga też autorytetu. Człowieka można po prostu uwieść swoją wyobraźnią i nie wykorzystać tego do zniewolenia go poprzez manipulację (że on będzie wierzył w to, co mu przedstawimy, my nie) lub poddanie swoim ocenom. Wystarczy zaszczepić mu wizję, która będzie żyła własnym życiem, niezależnie od aktywności wizjonera. Ani jego intencji.

Jednostkowa autonomia, ze względu na wyobrażanie sobie porządku moralnego, sprawia, że ludzie nią obdarzeni nie myślą tylko o swoich interesach i nie kierują się tylko o swoimi interesami – bo wyobraźnia pozwala je nam wpasować w pewien wyobrażony porządek. Oczywiście, możemy w nim sobie schlebiać i powtarzać, że tacy jak jesteśmy, jesteśmy doskonali i już nie musimy się zmieniać, ale znowu – nie ma to nic do rzeczy. Dopóki nie narzucamy komuś porządku, który sobie uroiliśmy, jesteśmy, sami w sobie, niegroźnymi marzycielami. Oczywiście, możemy być dla siebie sami groźni. Tak, to pewien koszt. Uważam go za koszt postępu. Tak, tego moralnego.

Autonomia broni jednocześnie jednostkę przed narzucaniem jej wizji z zewnątrz. Jest więc warunkiem realizowaniem wyobraźni. Autonomia jest więc konieczna dla rozwoju w wspólnotach, które nie są doskonałe, czyli wszystkich. A jest tym mniej szkodliwa, czym bardziej powszechna. Bo jeśli będziemy autonomiczni, to mało kto nam narzuci swoje rojenia. Ale jeśli nieliczni będą autonomiczni, to zrobią z nami, co chcą. A ludzie autonomiczni zawsze się znajdą. Nie wszyscy muszą być dobrzy dla nas.

Autonomia, o której tu piszę, jest czymś przeciwnym poddaniu się autorytetom. Stąd wizja życia wspólnotowego opartego na autorytaryzmie, np. moralnym, jest wroga wizji wspólnoty autonomicznych jednostek. A taka wizja jest też wizją ludzi żyjących wspólnie, by rozwiązywać problemy moralne. A nie tylko powtarzać puste formułki i przymykać oko na problemy.

No i dlatego jestem anarchoindywidualistą.

Radykalny indywidualizm jako pasożyt. Subiektywna perspektywa jako przeszkoda opisu.

Posted in Uncategorized with tags , , on Marzec 12, 2012 by Jaś Skoczowski

Radykalny indywidualizm przedstawiam sobie jako skupiony na autonomii. Autonomia jest trzecim rodzajem wolności. Nie jest wolnością negatywną, bo fakt, że nikt i nic mnie nie ogranicza nie wystarczy, bym sobą kierował – nikt nie musi mnie do niczego zmuszać, a ja mogę być bezwładny. Nie jest wolnością pozytywna – możliwość realizowania tego, co dla mnie cenne nie pozwala jeszcze na określanie tego, co dla mnie cenne w sposób swobodny. Autonomia natomiast to sterowanie sobą. Radykalna autonomia oznacza też radykalny indywidualizm więc, bo człowiek swobodnie kierujący sobą, także określający, co dla niego cenne, jest bardziej zindywidualizowany od osoby, której nikt nie ogranicza i osoby, która może swobodnie realizować swoje wartości. Przy czym zarówno pozytywna, jak i negatywna wolność są potrzebne, by być autonomicznym. Mogę swobodnie określać, co dla mnie cenne, ale jeśli ktoś mnie od tego powstrzymuje lub nie jestem zdolny do realizacji wolności, to autonomia też nie jest.

Radykalny indywidualizm pasożytuje na ideologiach, a nie jest ideologią. Ideologie zbudowane są z pewnych opisów rzeczywistości, także metafizycznych, czyli niesprawdzalnych. Ideologie zawierają też dyrektywy, zwłaszcza metodologiczne. Ideologie dostarczają kryteriów prawdziwości innych kryteriów ocen. Są więc podstawami wszelkich innych opisów rzeczywistości i mocno determinują charakter ludzkich działań, na ile jest on świadomie tworzony.
Ideologie więc wyznaczają człowiekowi, wyznającym je, cele. Dopóki tylko ten człowiek, wyznający określona ideologię, decyduje, co ona dla niego znaczy, nie jest sterowany przez nikogo pod tym względem, tylko siebie – ideologia wyznacza mu takie cele, jaki on uważa i nie może się co do tego mylić. W innym wypadku na to, jakie człowiek obiera sobie cele mieliby wpływ inni. Człowiek dążący do coraz to większego panowania nad sobą wyznawałby więc ideologie po swojemu w najwyższym, dostępnym dla siebie, stopniu i porzucałby niezwłocznie, gdyby nagle przestawałyby mu pasować. W ten sposób indywidualista pasłby się wszystkim, co nie jest indywidualizmem i porzucał, gdyby stało mu się zbędne. Czemu jednak indywidualizm nie mógłby być kolejną, tak przedstawioną, ideologią? Indywidualizm nie uniemożliwia porzucenia samego siebie. Dlatego. Ideologie są telocentryczne, cel jest tym, co je charakteryzuje i buduje, gdyby nie wskazywały komuś celu, nie miałyby sensu (są też dlatego normatywne). Indywidualizm jest nietelocentryczny. Wyraża się go nie przez określenie celów właściwych dla każdego indywidualisty, tylko przez opis samego procesu wskazywania celów i ich realizowania. Cele wskazywane są maksymalnie swobodnie przez indywidualistę, a realizowane tak, że indywidualista ma zawsze większa lub mniejszą możliwość wycofania się z ich realizacji.
No chyba, że jak coś da się wytłumaczyć bez określania celu osoby prezentującej to w działaniu, to to tez jest ideologia. Ale wtedy i tak wiadomo, o co mi chodzi.

Co do subiektywnej perspektywy – może być intersubiektywne i nieintersubiektywna. Nieintersubiektywna może kształtować się dużo swobodniej, jest jednak niezrozumiała. Nieintersubiektywna perspektywa jest jednocześnie bardziej dogodna dla radykalnego indywidualisty. Prowadzi jednak do tego, że ideologia takiego indywidualisty jest w znacznej mierze bez znaczenia dla innych.
Opisywanie świata jako działalność zbiorowa (chociażby w ten sposób, że jest opisujący i publiczność) jest więc nieindywidualistyczne (choć nie antyindywidualistyczna sama w sobie), a indywidualizm radykalny i związana z nim skłonność do przyjmowania perspektywy subiektywnej i nieintersubiektywnej utrudnia indywidualiście wytłumaczenie siebie innym, bo w pewnych sprawach nie ma miejsca na żadne wytłumaczenia – pewne decyzje dla indywidualisty radykalnego po prostu on podejmuje i nie ma dla nich szczerego usprawiedliwienia. Przyjęcie natomiast postawy, w której człowiek stara się ze wszelkich sił wyeliminować opisy nieintersubiektywne jest antyindywidualistyczne.

Wyznanie

Posted in Uncategorized with tags , , , on Styczeń 30, 2012 by Jaś Skoczowski

Nic nie może mnie usprawiedliwić przed samym sobą, dlatego usprawiedliwianie się jest dla mnie zbędne. Dość proste odkrycie, czy ponowne odkrycie, ale dla mnie ważne. Wszystkie dające się zakomunikować wyjaśnienia nie mogą mnie przed sobą usprawiedliwić właśnie dlatego, kim chcę być i kim jestem. Na skutek czegoś zapewne banalnego zacząłem powoli odsuwać od siebie dbanie o to, by robić rzeczy dobre, a unikać złych. Sprawił to chyba po prostu ten moment z dzieciństwa, w którym dowiedziałem się, że mogę nie zrobić niczego niesłusznego i być dalej samemu sobie winny. Jeśli tak, nie dbam o żadną słuszność. A jest tak, to ma wiele sensu, bo mógłbym wielokrotnie robić co innego, gdybym namyślił się i zmienił zdanie. Jakie to gładkie i banalne, prawda? Ale na tym banale polega bycie „samemu sobie winnym” gdy nie robi się nic złego, gdy to nam ktoś wyrządza zło. I jeśli po prostu wolę wybierać, co chcę robić (a tego chcę, jak najbardziej), to wystarczy mi być świadomym, jak najbardziej, w swoich wyborach i nie bać się „być sobie winnym”, i nic więcej. Amen. Moje doświadczenie, skromne, poucza mnie, że nie dbam o to, czy czynie słusznie, skoro mogę czynić tak i dalej robić coś niewłaściwie i poucza mnie, że nie zamierzam bać się popełniania błędów tego drugiego typu

Jeśli chodzi o potępienia, są one równie nie wystarczające z tego samego powodu – nic mnie samemu ostatecznie nie dadzą. Żaden sposób oceniania nie będzie mi bliski, jeśli nie będzie po prostu wyrazem moich gustów. Ciągle i zawsze nie chodziło mi o to (choć dopiero teraz odkrywam, o co mi chodziło), że cudze sposoby oceniania są błędne. Cały czas chodziło o to, że dalej ja oceniam inaczej, chcę oceniać, niezależnie od tego, jak bardzo wy macie racje, a ja się mylę. Jak napisałem, mogę zawsze być sobie winny. Zasługuję zawsze na to, co dostaje. A jeśli tak, nie obchodzi mnie to, że moje działania są niesłuszne – bo co mi po słuszności? Nic. Zło jest równie bardzo czymś, na co ani nie zamierzam się kierować, ani czymś, co chcę umierać, z tego samego powodu. Liczy się tylko to, że jakoś doznaje świat, aktywnie. Z całego tego waszego gadania moralnego czy etycznego wyniosłem jedną naukę – jest coś takiego jak możliwość kierowania sobą, bo wiem, że gdybym pewne rzeczy rozumiał i czuł inaczej, to zrobiłbym inaczej. I wiem, że mógłbym je rozumieć i czuć inaczej. I mogę wpływać na moje rozumienie i czucie świata. Jestem obrazem, który sam się dopełnia i jestem swoją paletą barw. Część mnie zaschła i maluje siebie na czymś, czego sam nie wybierałem.

Rzecz ostatnia: nawet sposób opisu mojego oceniania jest mi często jakoś obcy, bo doskonale rozumiem, że ponieważ ma swój, niezależny ode mnie charakter, możecie wyciągać z niego wnioski nie będące po mojej myśli. Jakiś sposób opisu jest mi potrzebny, by z wami żyć, bo jesteście mi potrzebni. Niektórzy bardzo. Ale zamierzam zawsze trzymać się za fraki, kiedy będę wchodził w labirynt słów, bo te nigdy nie są do końca moje i w razie czego się wyciągnąć z niego. I obiecuję sobie w razie czego zburzyć każdą ścianę, która uparcie stanie mi na drodze.

Chcący i nie chcący Diabełek mi pomogła to napisać. Głównie niechcący z mojej strony, bo jak rozmawialiśmy, to jeszcze nie wiedziałem, że to napiszę.

Dziedzictwo cnót zamiast zgliszczy po nich. MacIntyre vs. Nietzsche vs. Stirner

Posted in Uncategorized with tags , , , , , on Grudzień 27, 2011 by Jaś Skoczowski

Co do Alasdaira: główny zarzut jego wobec liberalizmu indywidualistycznego jest taki, że ostatecznie ten indywidualizm sprowadza się do społeczeństwa manipulatorów, ponieważ każdy w nim robi co chce. Po pierwsze: powinno być, że myśli, że robi co chce. MacIntyre zdaje się postrzegać autonomię jako coś, co spada z nieba. Albo ze skończeniem 18lat. Kiedy, jeśli przyjąć, moim zdaniem realistyczną i użyteczną w myśleniu o człowieku, wizję jednostki, to jest ona istotą pierwotnie zależną, która się dopiero może się wyzwolić. I przynajmniej pierwsza część poprzedniego zdania powinna przypaść MacIntyre’owi do gustu. Druga – może mniej. Rzecz w tym, że jeśli nie ma mowy o niezależności, to nie ma mowy o manipulacji kogoś przez kogoś. Manipulant musi być wystarczająco autonomiczny, by przynajmniej samodzielnie móc określić, czego chce. A przeciętny człowiek, starający się manipulować nie jest wystarczająco autonomiczny, chyba, że najpierw uświadomi sobie swoje ograniczenia i zacznie je przezwyciężać. Czyli jest to projekt niedokonany. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek dokonuje się całkiem. Wydaje mi się natomiast wysoce prawdopodobnym, że w celu wyzwalania się unikać trzeba technik manipulacyjnych, tak samo jak władzy. Poza nieistotnymi wyjątkami wymagają one biegłości w poruszaniu się między innymi ludźmi, dużej socjalizacji (większej niż osób odmawiających sobie władzy i manipulacji), która wiąże się z poddaniem swojej woli intencjom nie własnym, ale kolektywnym. Bez działania kolektywnych intencji nie istniałyby instytucje niezbędne do manipulacji i władzy, chyba, że ktoś chciałby po prostu fizycznie eliminować wrogów i ewentualnie liczyć na to, że są tchórzami. Moim zdaniem to o wiele za mało. Czyli zarzut MacIntyre’a wobec indywidualizmu jest nietrafiony, gdyby indywidualiści chcieliby pojąć z łaski swojej, ze wolność nie jest im dana i że wolności nie dostaną w całości od nikogo – istotną jej część muszą zdobyć sami, okiełznując siebie. To nie wiele, do tego wystarczy odrobina realizmu, na który stać nawet liberałów. Zarzut jest słaby, bo nie oddaje istoty liberalizmu, zwłaszcza, jeśli jego istotą ma być indywidualizm

Co ciekawe, to, co chce zarzucić liberałom MacIntyre, świetnie trafia w niego. On proponuje społeczeństwo, które po prostu odrzuca zasadę dobrowolności uczestnictwa. Jego analiza praktyki podkreśla jedną rzecz – że jednostka musi poddać się czyjemuś autorytetowi i nie jest to autorytet fachowy, tylko deontologiczny, on nie przepisuje tego, co ktoś ma zrobić, by osiągnąć wyznaczone już sobie cele. On mówi komuś, jakie to są cele i ustala wszelkie inne zasady. Cóż z tego, że można dokonywać krytyki tych celów i zasad? Czy może je wyrażać człowiek będący kompletnym profanem? Otóż nie sądzę. Jednak każde dziecko będzie profanem wobec każdej tradycji i krytykować będzie ją mogło dopiero, gdy ją przyjmie. Tak to rozumie. Co w tym nie tak? Otóż praktyki, tak jak je rozumie MAcIntyre, nie tylko pozwalają pielęgnować cnoty i lepiej je rozumieć. Praktyki dają też ludziom moc wpływania na kształt swoje i cudzego życia. Dają im po prostu władzę – dlatego, że ktoś w nich uczestniczy. A część w nich uczestniczy przymusowo. Projekt MacIntyre’a to projekt władzy, która się replikuje kosztem tych, którzy mają jej się poddać, bez względu na to, czy się godzą, czy nie. Jest projektem tyranii i wyzysku dlatego. Wyzysk oznacza traktowanie kogoś jak przedmiot, środek do celu, narzędzie w takim celu, by zdobyć dzięki temu moc czy tam władzę i jest tym, co razi w stosunkach manipulacyjnych, które przypisuje MacIntyre społeczeństwu indywidualistycznemu. W ten sposób cała pisanina Alasdaira może być doskonała ideologiczną przykrywką dla woli mocy autorytetów moralnych. MacIntyre nie robi tego, co twierdzi, że zrobił – nie wykracza poza Nietzschego, nie może więc tez dowieść wyższości św. Tomasza nad biednym Fryderykiem.

Wyżej stoi jednak nasz niesforny Maxio. Niechcący chyba. Otóż, żeby byś swoim, być swoim mistrzem, nie można szukać władzy i nie można manipulować, przynajmniej dopóki nie osiągnie się doskonałej i pełnej autonomii – która jest najpewniej niemożliwa, z powodów biologicznych i kulturowych. Nawet autonomia jest czymś, co trzeba komuś wpoić, choć nie przymusowo, to na najbardziej prymitywnym poziomie za pomocą przemocy symbolicznej. Bunt przeciwko temu to po prostu kolejna zmora, kolejne kółko w głowie, pozbawiające człowieka sobości, autonomii, wolności czy jak to nazwiecie.

Jeśli więc kierowaniem sobą w swoim własnym życiu ma być celem branym na serio, ma być na poważnie uznane tym, co czyni życie dobrym, samorząd czyli autonomia musi wiązać zarówno z unikaniem władzy, jak i manipulacji, a także musi polegać na afirmacji tego, ograniczającego nas świata, bo jego negacja to obsesja, próba kompletnego wyrwania się z niego której gdyby się poświęcić, podporządkowałaby sobie życie obłąkanego nią. Czyli do przewrotu nanotechnologicznego jesteśmy grzeczni, my (hyhy), indywidualiści. A nawet po nim nie wiem, czy byłoby tak miło, ja nam się marzy. :)

Chcesz grać, to trzymaj się reguł, więc przede wszystkim – rób co chcesz.

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Listopad 10, 2010 by Jaś Skoczowski

Libertarianizm jest drażniący, jeśli jest tylko pewną zasadą postępowania. Zasady są logicznie wtórne względem tego, co mają regulować. Gdybyśmy nie mieli przedmiotu do opisania zasadami, czyli określenia, co ma się mu przydarzać, a co nie powinno – zasady nie miałyby sensu.
Co chce uregulować libertarianizm? Nie ludzką autonomię. Autonomia człowieka jest normatywna, ta autonomia, o którą chodzi libertarianom. Wydawało mi się, że jest inaczej, ale nie. Autonomia jest dopuszczalnym zakresem wolności. Człowiekowi, w zgodzie z libertarianizmem, wolno robić ze sobą, co tylko zechce. Libertarianie chcą więc regulować człowieka, rozumianego inaczej, niż jako przedstawiciela gatunku homo sapiens. Dlaczego inaczej? Bo nie chodzi o to, jaką będzie miał genetykę ten człowiek, ważne natomiast, by był w stanie działać celowo i działać świadomie (stąd ludźmi mogą być i inne zwierzęta niż ludzie).
Ludzkie działania mogą się niweczyć, jedne drugie mogą. W zgodzie z libertarianizmem jest to zakazane. Ale czy to jest możliwe?
Tak, w perspektywie historycznej. Jeden może zacząć robić coś wcześniej, nikomu nie przeszkadzając. Jeśli ktoś wcześniej wie, że ten pierwszy jeden coś zaczął robić, powinien się on powstrzymać od przeszkadzania mu. Czy zawsze? Zasada kolejności, uprzywilejowująca tego, kto będzie pierwszy, nie wydaje się doskonała – skoro działania mogą się niweczyć, to przecież nie tylko te, które już są mogą być zniweczone przez te, które nastąpią po nich. Można zrobić coś takiego, co uniemożliwi innym w ogóle dążenie do czegoś w przyszłości. I skoro człowiek, każdy, powinien móc dążyć do swoich celów, to nie może być tak, by osoba, która zaczęła wcześniej coś robić odbierała innym możliwości działania.
Wnioski są ważne – jeśli zdobyłeś coś pierwszy, to to usprawiedliwia twoje prawo do korzystania ze środków umożliwiających działanie. A skoro tak, to usprawiedliwionym jest też uniemożliwianie innym korzystania z tych środków, jak To przyjmuje większość libertarian, choć w większości idą za daleko – dopuszczają, by ktoś mógł kontrolować, za pomocą przymusu, coś, choć sam z tym nic nie robi, nie osiąga żadnych innych celów, niż kontrola. Jest to niedopuszczalne, bo jeśli ktoś chce tylko odganiać innych od jakiejś rzeczy, to jest to tożsame z chęcią niweczenia cudzych planów i niczego innego. A skoro tak – własność nie wydaje się być instytucją dająca się usprawiedliwić na gruncie libertarianizmu.
No dobra, ale to wszystko daremne. Nie jestem libertarianinem, z zupełnie innego powdu, niż to się zdaje libertarianom z jednego takiego forum. Nie jestem, bo libertarianizm to projekt polityki dla wszystkich. A ja nie mam kłopotów z jedzeniem mięsa. I jestem gotów zmusić moich bliskich, żeby nie zrobili sobie krzywdy. To niezgodne z libertarianizmem i ja to doskonale wiem. I dalej jestem w stanie to zrobić. A to znaczy, że libertarianizm jest nonsensowny – jest pomyślany jako projekt dla każdego i wymaga ode mnie, żebym robił to, czego robić nie moge, dopóki się nie zmienię. Jak napisałem na początku – zasady chcące ustalać normy dla fikcji są bezsensowne. A jasiu wegetarianin jest fikcją, tak samo jak jasiu znoszący cierpienia bliskich tylko dlatego, że oni chcą cierpieć lub są za głupi, by pojąć, że konsekwencje ich działań przyniosą im cierpienie.
Co zabawne jestem wciaż w pewnym sensie anarchistą – nienawidzę władzy, nawet gdy ja ją sprawuję.

W sprawie libertarianizmu chciałbym coś wyjaśnić

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Listopad 3, 2010 by Jaś Skoczowski

Libertarianizm to pogląd, zgodnie z którym ludzie szanują wolność każdego do robienia ze sobą co kto chce. Teraz można zadać pytanie: jak możliwy jest libertarianizm? Pytanie to jest zasadne, bo można wątpić, że jest możliwy.
Człowiek używający przemocy lub innego środka przymusu wobec drugiego człowieka odbiera mu kontrolę nad samym sobą. Odbiera mu wolność. Jednak libertarianizm nie jest zawsze pacyfizmem. Jak to możliwe?
Jest to możliwe, bo uszanowanie czyjejś autonomii nie oznacza jeszcze troski. Jest różnica między szanowaniem twojej wolności do robienia ze sobą co chcesz, a szanowania twojego dobrobytu. Nawet jeśli źle Ci się powiedzie więc, nie upoważnia Cię to do odbierania mi wolności, jeśli usprawiedliwiałbyś to ochroną wolności swojej. I oczywiście może znaleźć się na twoje zachowanie odpowiedź pacyfistyczna. Ale nie musi, by ona była wolnościowa – nie jesteś zniewolony przez to, że ktoś się o Ciebie nie troszczy, odbierając komuś wolność więc nie bronisz swojej. Stąd nie każde użycie przemocy jest odebraniem Ci wolności, dokładnie twojej wolności, czyli autonomii, bo czasem to Ty najpierw możesz odbierać komuś coś jego, jego wolność. Czasami więc przemoc jest raczej ochroną własnej wolności przed kimś, kto jest wolny i wolno działając kogoś zniewala.
I tak możliwy jest niepacyfistyczny libertarianizm. Ergo: tak w ogóle jest możliwy libertarianizm, bo libertarianizm jest niezależny od pacyfizmu, libertarianin w żadnym stopniu pacyfistą być nie musi, a mnie się wydawało, że musi. Oczywiście, to że nie musi, nie znaczy, że nie może.