Archiwum dla antyetatyzm

Etatyzm

Posted in Uncategorized with tags , on Listopad 18, 2010 by Jaś Skoczowski

No normalnie etatyzm proszę państwa

Podatki to nie jest żaden haracz ściągany przez wrogie ~*przedsiębiorcy*~ państwo; to zaledwie częściowy zwrot kosztów poniesionych przez państwo, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo (zgadnij, czemu nikt nie strzela do ciebie po drodze do pracy? czemu straż pożarna zgasiła pożar w twoim mieszkaniu? kto złapał złodzieja korzystającego z bezwzględnych praw rynku — tani towar zawsze sie sprzeda — który ukradł ci telefon komórkowy?), infrastrukturę (czemu w ogóle masz drogę, która możesz jeździć do pracy? czemu w ogóle masz pracę?), edukację (ach, drogi korwinisto z państwowej szkoły! wypierdalaj), środowisko nadające sie do życia (czemu jakaś korporacja nie spuszcza hektolitrów kwasu siarkowego do rzeki obok twojego domu? czemu w twoim ogródku młody przedsiębiorczy korwinista nie zrobił sobie wysypiska śmieci — przecież bardziej by mu się opłacało, niż zapłacić za wywóz śmieci?) i całą masę innych rzeczy, których nawet nie trzeba wspominać no bo. Chcesz mieć wolny rynek i brak państwowej kontroli? Somalia czeka, a ja chętnie popatrzę sobie na kolejnych ludzi, którzy przeżyli fisting niewidzialną ręką rynku.

Tutaj.

Skoro państwo tylko świadczy usługi, to dlaczego po prostu nie odmawia ich świadczenia, gdy ktoś nie chce nic dać w zamian i potem ewentualnie dochodzi odszkodowania? Dlaczego ma prawo do wtrącenia kogoś do więzienia za to, skoro można po prostu zerwać z kimś kontakt i robić swoje (dbać o resztę, która płaci), choćby jemu wbrew? Ale jeśli państwo jednak nie świadczy usług, tylko działa, by zrealizować swoje cele (w tym – zmusza innych do ich realizacji), to odpowiedź jest jasna – bo działając traktuje Ciebie jako narzędzie do realizacji swoich celów i dlatego chce, żebyś konkretnie coś robił, a nie tylko – odcina się od Ciebie, gdy przeszkadzasz. Trzeba to podkreślić – wtrącenie do więzienia nie może służyć bezpośrednio zwrocie kosztów usługi. A skoro tak, musi wiązać się z innym prawem, niż prawem dochodzenia jakiegoś zadośćuczynienia czy odszkodowania (czy jak to nazwać) za korzystanie z usługi, która nie została opłacona. Inaczej prawo do pobierania podatków byłoby po prostu prawem do rządzenia drugim człowiekiem, bo byłoby od niego kompletnie nie do odróżnienia. A jeśli tak jest, to i tak wychodzi na moje, zauważyłeś? I prawo do pobierania podatków zawsze musi być prawem do rządzenia ludźmi. Skoro więc popierasz prawo państwa do pobierania podatków, to popierasz jego prawo do rządzenia ludźmi, a nie tylko zabierania im części ich majątku w zamian za pomoc w realizacji jakiegoś celu. Nie twórz więc pozorów czegoś innego.

No dobrze, skoro już coś ustaliliśmy, to zauważmy, że twoja postawa rodzi problemy, których nie jesteś w stanie nawet dostrzec, bo gdybyś dostrzegł lub dostrzegła, drogi etatysto, to byś nie pyszczył o okradaniu państwa, bo widziałbyś, jak słaby to zarzut, zwłaszcza dla kogoś, kto ma w głębokim poważaniu prawo własności jako takie.
Oczywiście państwo może być w jakimś sensie okradane i bronić swojego prawa do czegoś z tego względu. Pytanie, dlaczego ja miałbym dbać o to jakieś prawa państwa do czegoś, skoro państwo chce realizować swoje prawa w taki sposób, że to mnie obdziera z moich praw i godzi w moje interesy? Na te pytania nie odpowie ani mało śmieszna (srsly bardzo mało) błazenada (ołahahaha utopista, ołahahah anarchista. Ołahaha not, nie potrafisz odpowiedzieć na proste pytania, tylko brechasz. Dobrze, że przynajmniej się nie ślinisz), ani zakrzyczenie, ani przezywanie. Stix&stones. Państwo nie liczy się ze mną, państwo nie tylko egzekwuje swoje prawa, państwo je też mi narzuca (objawia się to np. nie braniem pod uwagę moich praw właśnie i interesów, jeśli nie pojąłeś tego, czy pojęłaś) i tylko legitymizacja tego mogłaby to usprawiedliwić. A nie da się usprawiedliwić tego samym faktem, że to robi, bo to nie jest dla mnie fakt instytucjonalny, nie uznaje zasady, że kto ma siłę, ten ma prawo do niej. To co może posłużyć za usprawiedliwienie dla tego, co robi państwo?

Popierając więc, bezkrytycznie, prawo kogoś do zabierania komuś innemu pieniędzy pod groźbą pozbawienia go wolności, popierasz tylko i wyłącznie traktowanie jednych ludzi przez drugich jako środków do celu i nie łudź się, proszę, że jest inaczej. Popierasz nagą władzę, kompletnie tego nie uzasadniając. Choćbyś milion razy napisał czy napisała o ratowaniu żabek i budowaniu autostrad, zawsze nie zauważysz prostej rzeczy – że państwo ma swoje cele i ich realizacje wymusza na innych. I poczynając od tego, że prawodawca nie musi się liczyć z wolą swoich wyborców, a kończąc na tym, że funkcjonariusz państwowy nie musi się liczyć z wolą osób, które mają obowiązek podporządkowania się mu, można stwierdzić, że ten kształt instytucji, które sprawują władzę (bo państwo jako ponaindywidualny potworek zdecydowanie bardzie sprawuje władzę niż jego trybiki, ograniczone logiką systemu) wzmacnia zdolność państwa do traktowania Cię jak rzecz. Jesteś więc zwolennikiem niewolnictwa. Własnego.

Oczywiście, że czasem, żeby zrealizować jakiś cel trzeba odebrać komuś wolność i uczynić go niewolnikiem. Problem nie tkwi w tym, że żeby palacze przy Tobie nie palili, to trzeba ich zmusić. Problem jest w tym, komu Ty chcesz oddać prawo do zmuszania kogokolwiek – Tobie się wydaje, że to prawo chcesz przekazać sobie, a po prawdzie – to chcesz przekazać je państwu i nawet o tym nie wiesz. I do momentu, w którym nie uznasz, że cele państwa są ważniejsze od twoich, ta postawa zawsze będzie postawą głupca, bo państwa, te współczesne, tak są skonstruowane, żeby mogły ignorować wolę poddanych, nawet tych posłusznych. Państwa mają prawo prowadzić własną politykę, niezależną od nikogo innego. Państwo w ogóle nie musiałoby pracować i miałoby to prawo. Które, że się powtórzę, prowadzi głównie do obiektyfikacji każdego poddanego władzy państwa, no może poza kilkoma potężnymi i bogatymi Panami i Paniami. Oczywiście, możesz nie mieć nic przeciwko byciu tylko czymś w relacji (albo łudzisz się, że trafisz do Power Elite), ale może weźmiesz pod uwagę chociaż innych?

Powtarzając swoją etatystyczną głupotę możesz skrzywdzić innych, mogą w to uwierzyć, że państwo o nich dba, jak o kogoś, a nie jak coś, co ma służyć czemuś. Proszę nie rób tego, to prowadzi do bolesnych rozczarowań. Wspomniani przez Ciebie ludzie, którzy jakoby przeżyli „fisting niewidzialną ręką rynku”, przeżyli przede wszystkim utratę troski państwa, bo państwo przestało ich potrzebować. Przeżyli ją między inni dlatego, bo państwo jest jakie jest i bolałoby ich to mniej, gdyby wiedzieli, jakie jest. A dzięki takim ludziom jak Ty ktoś znowu może się nie dowiedzieć, jakie jest, odpowiednio wcześnie (albo może być tak głupie jak Ty i w ogóle zignorować fakty). Za to – ufa państwu, co Tobie zapewne się podoba. Bo jesteś zaślepiony (lub zaślepiona, a jakże!), biedny etatysto czy etatystko. Nie rozsiewaj tej choroby, proszę, pomyśl o tym, jako czegoś, czego Ci nie zakaże nikt, ale jednak wypada tego unikać. Bądź grzeczniejszy od palaczy, skoro nie potrafisz być bardziej współczujący, przez swoje upośledzenie. Ok?

Podwójne salto jasia, czyli jak połączyć amoralizm z anarchizmem. Bez lutu, zszywacza i kleju.

Posted in Uncategorized with tags , , on Kwiecień 15, 2010 by Jaś Skoczowski

Związek amoralizmu i anarchizmu mógłby się zdawać luźny. Człowiek nie kierujący się słusznością swojego postępowania tylko w jednym, określonym przypadku będzie sam z siebie anarchistą – jak akurat anarchizm będzie w jego guście, a to nie takie łatwe – w końcu anarchizm to nie lada wyzwanie, zwłaszcza radykalny, trzeba zaakceptować suwerenność polityczną każdej jednostki, a to nie jest wygodne. W dodatku to nie jest zbyt jasna koncepcja, jak sam pomysł suwerenności politycznej.

Jednak jeśli tego nie zrobi, rozsądnie zachowa się (a nierozsądni mają gorzej), gdy nie będzie odwoływał się do amoralizmu innych. Wręcz przeciwnie, powinien raczej dbać o to, by otaczali go ludzie moralni w taki sposób, by to służyło ich interesom. I oczywiście  bojący się go. Odszczepieńców (podobnych im samym) powinien usuwać bezwzględnie lub pozbawiać wszelkiej mocy. Jeśli więc na świecie byłoby dużo nieanarchistycznych amoralistów, szybko zaczęliby starać się ten stan rzeczy zmienić, gdyby byli rozsądni i nieco zapobiegliwi. Zdobycie władzy, zarówno opartej o fizyczną i niefizyczną przemoc, jak i manipulację, poprzez odwoływanie się do wcielonych w ludzi, głównie za pomocą wychowania, zasad obyczajowych (vel moralnych) byłoby podstawowym celem każdego amoralisty, który nie chciałby iść na ugody i kompromisy z ludźmi. Coś wam chodzi po głowie? Tak, mówimy o aparacie władzy, czym bardziej scentralizowanym, tym lepiej, byleby tylko nasz wyzbyty wszelkiej obyczajności bohater był jak najbliżej centrum (najlepiej w samiutkim pępuszku).

Jest więc tak, że jeśli uniwersalizuję amoralizm działam na rzecz anarchizmu, nie przeciwko niemu, jak chcieliby moralistycznie nastawieni anarchiści. Czym bardziej rozsądne (czyli akceptowalne przez możliwie najszerszą liczbę ludzi) argumenty stosuje, tym bardziej przyczyniam się do realizacji mojego mokrego, wolnościowego snu.  Przy okazji mój tok rozumowania jak dotąd świetnie pokazuje, jak zarówno edukacja, jak i system kar i nagród, jak i dający się wpoić ludziom bez ich zgody zespół przekonań etycznych, może służyć ich zniewoleniu przez amoralistów. Czyli tak, państwo jako narzędzie wyzysku licznych debili przez nielicznych cwanych i zakłamanych chujków to bardzo trafny obraz, tak mi to się widzi. Zwłaszcza współczesne państwo, od czasu do czasu uwielbiane przez różnego rodzaju fanatyków inżynierii społecznej (oh hai mister Orlynsky, wi haw mesydż for ju, ju ar kiking jur bat. Wolutaryryly-wolunta… Dobrowolnie srasz pod siebie), bo ono często stosuje miękkie formy urabiania ludzi i unika chamskiej przemocy – która bywa nie tak skuteczna, jak odpowiednie wychowanie do posłuszeństwa, bo mnie pouczająca.

Ale, czy to i tak nie beznadziejny wysiłek, skoro mogą istnieć te inne zimne chujki, inne ode mnie, zimnego chujka przyjmującego amoralistyczną jawność? Niekoniecznu. Większość z nas to nie geniusze i nie zawsze geniusze zdobywają władzę (choćby ze względu na ksenofobię). Nasze rozumowanie nie jest całkiem swoiste, nasze, prywatne. Amoraliści walczący z amoralizmem w imię swoich interesów grzebią go, tworząc sprzyjające im środowisko. Mechanizm selekcji rządzących coraz bardziej uszczelnia się, do władzy coraz trudniej dojść sukinsynom, bo struktury władzy powstają w środowiskach zbudowanych na zasadach moralnych, których budowa opiera się na przestrzeganiu zasad postrzeganych jako słuszne. W dodatku jednostki tworzą jednostki. Autokreacja nigdy nie jest całkowita. Czyli z jednej strony amoraliście trudniej zdobyć władzę nad innymi, z drugiej – trudniej mu w ogóle być amoralistą tam, gdzie istnieje władza.

Jednocześnie amoralizm pomimo tego nie zanikł, zamyka się przed nim po prostu jedna ścieżka – ścieżka władzy (dlaczego nei znikł? A no mozę, bo władza jako taka jest dośc nietrwała i rzadka). Amoralizm nie tylko nie zanikł – co bardziej pojękujący grzeczni chłopcy mówią o upadku moralności, związanej z szerzeniem się kltury liberalnej. Przesadzają, ale niekoniecznie aż tak bardzo. Liberalizm to program moralistów jak najbardziej. Ale rzeczywiście, dość miałki program. I całkiem nieźle pozmieniał rzeczywistość Zachodu. Rzeczywiście – permisywizm jakby wzrósł. Rzeczywiście – łatwiej zaakceptować wyrażanie poglądów nihilistycznych moralnie lub sceptycznych. Akceptacja jakiegoś poglądu na życie u kogoś ułatwia bardzo uznanie czegoś za rozsądne, czyli do przyjęcia u siebie. A to sprzyja odrzucaniu moralności jako pewnego czegoś sterującego kimś. I jakoś zbliża do takiego podejścia, w którym to raczej zasady działania postrzega się jako dobre tylko wtedy, gdy temu komuś są posłuszne. Hyhy.

Eddie odczarowuje historię

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Kwiecień 15, 2010 by Jaś Skoczowski

Dziś przy okazji czytania sobie jednego artykułu anarchokomunisty, dosyć kiepskiego, zorientowałem się, że może jednak ludzie żyli bez tak scentralizowanej i schierarchizowanej władzy niż dzisiaj. I stwierdzam, że tym bardziej moim obowiązkiem jest wam dostarczyć lolerki w temacie.

Antyetatyzm

Posted in Uncategorized with tags , , on Luty 20, 2010 by Jaś Skoczowski

Państwa są takimi cosiami, złożonymi z ludzi najpewniej, które wymagają od ludzi żyjącycy na ich terenie podporządkowania wbrew ich woli, niezależnie od wstępnej zgody na taki przymus i nie dając możliwości wykluczenia się z wspólnoty, jaką tworzy państwo (czy którą państwo jest). I temu się sprzeciwiam. Podobałaby mi się możliwość zrezygnowania z uczestniczenia w działaniu państwa, nie związana z poddaniem się jakiemukolwiek innemu państwu i bez konieczności zmiany miejsca zamieszkania. Ty moim zdaniem, że państwa jeszcze trudniej można byłoby postrzegać jako monopolistów przemocy. Antyetatyzm.

Jeśli więc ktoś ustala zasadę, że nie wolno czegoćtamczegoś, to nie sprzeciwiam się temu przede wszystkim dlatego, że to ograniczenie czyjejś wolności – to jest zarzut maksymalistyczny, ograniczania wolności ludzkiej trudno uniknąć (choć to by mnie bardzo ucieszyło, gdyby się tak dało). Chodzi mi o coś skromniejszego (i to jest w sumie oczywiste, o co mi chodzi, na tle notki wcześniejszej) – żebym chociaż mógł się zgodzić i ze zgody wycofać na to, że ktoś mi da w łeb za coś – i żeby każdy inny tak samo mógł. Żeby  zgoda lub jej brak wpływały na to, czy ludzie będą stosowali wobec siebie przemoc, czy nie. Jak w milusim (odróżnionym od niemilusiego znęcania się i gwałcenia) BDSM.

Dalej oczywiście pytanie o dokładny zakres, w granicach którego ta zgoda miałaby wpływać na innych jest otwarte i jest kpiną z moich rojeń.

No nie zgadniecie, co? Anarchizm!

Posted in Uncategorized with tags , , on Czerwiec 28, 2009 by Jaś Skoczowski

W anarchizmie głupi jest sprzeciw wobec istnienia państwa, czyli skrajny antyetatyzm. Nie, nie zamierzam powtarzać tu starych argumentów etatystów. Nie uważam, że monopol przemocy musi być komuś przekazany, ani, że jego istnienie jest dobre, a nie złe (np. ze względu na to, że państwo dzięki niemu może być superarbitrem). Uważam, że monopol przemocy obecnie jest nieosiągnięty praktycznie nigdzie, a większość zadań państwa nie różni się od zadań bytów, które państwami nie są (co wynika jedno z drugiego). Państwa to duże organizacje, starają się kontrolować spore tereny i prawie zawsze – pobierać od ludzi zamieszkujących te tereny podatki/czynsz. Jednak, to nie są homogeniczne organizacje, można w nich wyróżnić wyraźne frakcje, a jeśli nie w nich ich wyróżnić, to przynajmniej w ich najbliższym otoczeniu, bo blisko nich znajdują się różne grupy wpływów, w postaci partii politycznych, wpływowych lobby, think-tanków itd. Frakcje te szarpią państwem w różne strony, w tym samym czasie – i to sprawia, że choćby państwo posiadało monopol jako całość, to jednak nie działa jak jedna organizacja. To osłabia efekt monopolu, a przecież gdyby on zaniknął całkiem, oznaczałoby to, że monopolu nie ma wcale. W dodatku frakcje państwa czy organizacje powiązane z nim często łamią zasady, które postuluje to państwo na swoim terenie. Można więc byłoby stwierdzić, że państwo w moim obrazku rozpada się prawie na kilka organizacji. Oprócz tego, o ile nie jest ono bardzo skuteczne, zazwyczaj na terenie państwa funkcjonują jednostki i grupy nie związane z nim, ale same stosujące przemoc w celu wymuszenia pewnych zasad, co też przełamuje monopol, a przynajmniej czyni go o wiele mniej ważnym.

A skoro tak, to odpada szczególny powód do buntowania się przeciwko istnieniu państwa. Mogę być przeciwny podatkom, przepisom nakazujący zbierać kupy po psach albo zakazującym obrzezania 13latek (nie, co najmniej w dwóch przypadkach na trzy, jeśli nie trzech na trzy, nie jestem przeciwny). Ale nie dlatego, że państwo je ustanawiające jest monopolistą przemocy, bo nie jest. Stąd anarchizm jest guuuuuuuuupi, o ile anarchizm jest antyetatyzmem. Bo wtedy jest postulatem bicia się z powietrzem.

Co ciekawe, choć państwo rozumiane jako monopol przemocy wydaje się pomysłem godnym porzucenia, jednak mit pokrewny pomaga ludziom robić wodę z mózgu. Chodzi o przekonanie, zgodnie z którym państwo jest bardzo szczególną organizacją. Jestem niedoukiem historycznym, poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale czy ten pogląd, zgodnie z którym państwo jest unikalnie-unikalne nie jest cholernie stary? Najpierw pewni ludzie uznawali się za synów Bogów albo sługów Synów Bożych. Potem pomazańców. Potem wynaleziono pomysł z fikcyjną umową, która zawiązywałaby wspólnotę. Ale zawsze chodziło o to, żeby nadać niepowszechności jakiejś grupie ludzi albo przynajmniej działaniom tej grupy. I ta niepowszechność miała uprawniać ich do władania innymi.

I ja podejrzewam po co – żeby cała reszta dawała się spokojnie doić, i strzyc. Państwo jest jeszcze jednym woo, podobnym do homeopatii – kolesie, którzy wmawiają ludziom pewne cechy, które jakoby posiada państwo, potrafią trzepać na tym niezłą kasę, a przynajmniej kontrolować innych i żyć dosyć spokojnie. Może czytaliście dyskusje z Orlińskim, wklejoną już raz gdzieś tu na blogasku? Moim zdaniem moje ostatnie pytanie, jakie zadałem w niej było ważne, a Orliński na nie nie odpowiedział. A, jeśli tego nie widać tam, ja się pytałem o to, czy rzeczywiście państwa godzą ludzkie interesy? Bo moim zdaniem tym się nie zajmują zazwyczaj, tylko są narzędziami raczej w osiąganiu celów wbrew komuś. A jeśli tak, to najwspółcześniejsza bajka, nadająca państwu status wyjątkowy, pada, bo nie ma żadnej umowy społecznej, wciąż napierdalamy się, aż miło, jak u Hobbesa i nie u Hobbesa zarazem. I to właśnie za sprawą tego czegoś, co miało nas jakoby godzić i ochraniać.