Archiwum dla anarchizm

O wojnie między jednostką, a społeczeństwem

Posted in Uncategorized with tags , , , on Sierpień 11, 2014 by Jaś Skoczowski

Między mną, a resztą świata toczy się walka. Narodziłem się zupełnie inny niż teraz jestem i to odbyło się tak, że ja byłem tylko czymś, na czym świat się odcisnął. Każdy impuls nie zgadzajacy się z tym światem został zduszony, chyba, że umiał się obronić. Świat więc mnie niszczył, gdy do niego nie pasowałem, lub nie miałem siły stawić oporu. To jest walka i nic innego.

Nie mam żalu do świata o to. Raz: nie chciał tego, w swojej całości, bo swiat w swojej całości, moim zdaniem, jest bezmyślny, bez uczuć, bez zamiarów i bez celu. Dwa: to co przetrwało dalej jest nie tylko kimś, ale czymś, podmiotem.

Istotnym elementem tego, co na mnie wpływało, byli ludzie, działający według różnych porządków. Uczynili mnie sobą, wzmacniajac to, co im było potrzebne i niszcząc to, co było dla nich śmieciem (śmieciem, czyli punkiem!). I dalej usiłują się to robić. Bardzo dobrze, teraz ja, w tym momencie, mogę przynajmniej sobie powiedzieć: od dziś to ja wzmacniam i niszczę, co chcę. Nie wszycy stali się tacy, ale ja taki jestem, bez rozgoryczenia więc zamierzam iść tam, gdzie chcę, mając to co mam, czyli siebie, czyli będąc sobą.
Wniosek jednak z tego doświadczenia jest taki: między mną, a całą rzeszą ludzi, którzy mnie ulepili i którzy mnie wciąż lepią, też toczy się wojna, ponieważ teraz to, co oni ulepili, chce być samodzielne – chce się od nich oddzielić. To znaczy: ja chcę móc w razie czego zaprzeczyć ich zamiarom i nawykom. I nie sądzę, bym był tutaj wyjątkowy. Ludzie tak mają. Nie wiem, czy psy i pszczoły, ale ludzie tak. Ten cholerny, dziwnie zmutowany narząd zwany ludzkim mózgiem tak właśnie nam robi.
I to jest właśnie źródło indywidualizmu, tego, z którym chcę mieć coś wspólnego.
Kolejnym wnioskiem z mojego doświadczenia jest ten, że indywidualista musi przyjąć, że świat, w tym to społeczeństwo, które go dotyczy, jest błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Wypada mu, tak na mój rozum, jednocześnie je chronić i walczyć z nim, dążyć do sytuacji, w któej walka nigdy go nie zniszczy. W filmie “Germinal” (opartym na książce o tym samym tytule, pana Zoli, której nie czytałem), o uciemiężonych górnikach z Francji, pojawia się “anarchista”, który chce wszystko zniszczyć. Zwłaszcza społeczeństwo. Otóż dla takiego anarchisty, którym jestem to bzdura – społeczeństwo właśnie dlatego trzeba pielęgnować, by móc z nim walczyć.
Bycie przeklętym od zawsze było złe, bycie wyrzutkiem, dziwakiem, nienormalnym, odstającym od zasad (pedałem, Żydem, czarnym, zboczeńcem itd). Bycie przeklętym natomiast jest powszechne, bo piszę o doświadczeniu powszechnym, przypominam. Stąd dla człowieka zakochanego w sobie i rozumiejącego swoje miejsce w świecie zadaniem podstawowym jest wyrobić sobie taka inność, która nie jest występkiem, ale cnotą, która to cnota dalej jest wroga społeczeństwu. Część z was, drogi czytelnicy pamiętacie może tą przenośnię Soktratesa, w której on się porównuje do owada kąsającego konia, owada, który pobudza konia do działania i zmiany. To jest własnie to, te rozumienie cnoty, które chodzi.

Bulina 9.8.2014

Anarche znaczy, że ma być bez arche

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Lipiec 2, 2014 by Jaś Skoczowski

Stirner nigdy nie podkreśla tego, że chęć panowania nad rzeczami i oddanie się ideom kształtuje samą chęć panowania, że te praktyki zakreślają to, czym jest chęć panowania. Panowanie nad ideami, trzeci etap rozwoju wskazany przez Stirnera, nie polega na takim panowaniu, jakie następuje, gdy panujemy nad rzeczami. Panowanie nad rzeczami jest efektem oddania się ideom (i ja bym dodał: nastrojom, ale to niekoniecznie jest wciągnięte ze Stirnera). Gdy jednak rządzimy ideami i nastrojami, nie poznajemy żadnej reguły ani zasady, która pozwala nami manipulować – to dalej byłoby tylko panowanie nad rzeczą, tyle, że rzeczą byłoby w tym przypadku moje ciało. Chodzi o to, by myśli (i uczucia, i cała reszta psychiki) podlegały woli. Chodzi więc o poddanie wyobraźni pod władanie woli (i tu humorystycznie dodajmy: czymkolwiek te dziwne stwory są). Stirnerowski egoista (“jedyny”) myśli i czuje jak chce, a nie tylko doskonali się w tym, by jego myśli i uczucia w określony sposób kierowały nim. Przy czym “myśli i uczucia” należy rozumieć tak, że one odnoszą się do czegoś, zawsze. Stirnerowski egoista więc nie może być tylko kolejnym przedmiotem myślenia i czucia. Musi poza to wykraczać. Co jest poza myslami i uczuciami? Stirner opisuje jedynego jako twórcze nic i ja sobie pozwolę to wykorzystać. Otóż, nie da się powiedzieć, co jest poza, więc można powiedzieć, że nic. Opis wymaga, by był zrozumiały, wymaga więc pewnej budowy logicznej i towarzyszącej mu, nieodzownie, otoczki ideologicznej właśnie, od której “jedyny” stirneriański ma przecież uciec. Ale, o ile nie uzna się za bzdurę w ogóle samego projektu, jakim jest “jedyność” (co zabawne, ujęcie “jedyności” jako projektu mogłoby Stirnerowi nie odpowiadać), to to nic może być w określonej relacji tego, co nie jest niczym, co jest jakieś. By to nic było rozumiane jako stirnerowski egoista, musi być zdolne do tworzenia czegoś, rozumianego jako coś określonego. Bezład musi więc tworzyć ład, bo nic o którym mówimy nie jest niebytem, jest raczej czystą “treścią”, mięsem, materią, która w żaden jeszcze sposób nie jest uporządkowana. Ale jesli tak, to panowanie nad myślami i uczuciami, władza nad wyobraźnią, nie polega na narzucaniu porządku, tylko na wyzwalaniu chaosu. I teraz podkreślę, co mi nie odpowiada w Stirnerze jeszcze raz: nie podkreśla on różnicy między panowaniem nad rzeczami, a panowaniem nad ideami. A przecież nie jest tak, że ostatecznie jedno odbywa się gdzieś indziej, niż drugie. Dalej ostatecznie chodzi o to, że do panowania nad rzeczami potrzeba innych praktyk, niż do panowania nad ideami, czyli sobą. By panować nad rzeczami szukamy porządku, podporządkowujemy się mu, by znaleźć te aspekty rzeczy, które poza niego wybiegają. By panować nad sobą dorzucamy właśnie ten sposób działania. Nie szukamy żadnego ładu w niczym. Nie staramy się zbadać, zważyć i zmierzyć jakiegoś kawałka rzeczywistości, by potem upchać go gdzieś w zgodzie z naszym interesem. W tym nie staramy się zoperacjonalizować siebie ani innych ludzi. Rezygnujemy z manipulacji, kontroli, zarządzania. Tego w Stirnerze nie ma.

Bulina 2.7.2014

O moralności i wyobraźni

Posted in Uncategorized with tags , , , on Listopad 13, 2012 by Jaś Skoczowski

Moralność nie jest odporna na nasze decyzje. To nie tak, że to co robimy można zestawić z niezmienną tablicą wartości i zasad. Nie ma takiej tablicy, są za to ludzie działający, w pojedynkę i zespołowo i to ich działalność określa ich moralność (oczywiście także to co czują i myślą). Kierują się swoimi przekonaniami, które albo nabyli do kogoś, albo sami sobie konstruują. Nie wiedzę powodu, by twierdzić, że człowiek nie może wymyślić niczego nowego, nie sądzę, że tylko wymyśla to, co jest nowe. Nie uważam tego problemu za istotny, wymieniam go dla porządku – tak, jestem świadomy tego, że nie potrafię określić, ile człowiek sam tworzy, a ile bierze od innych. Nie wierzę tylko w żadną jednostronną wizję. Zwłaszcza nie wierzę w to, że każdy człowiek nigdy nie wykracza poza moralność w której żyje – bo moralność jest otwarta i jednocześnie istnieją dla niej obszary zewnętrzne. Po prostu czasem nie wiemy, co robić. Nie wiemy nie tylko, co robić, ale – jaką drogą pójść, by wiedzieć. A czasem nie odpowiadają przyjęte rozwiązania. I wtedy ktoś musi tworzyć. I to tworzenie, które jest jak najbardziej tworzeniem wartości i norm, nie może być efektem dyskusji, w której ludzie wymieniają się argumentami, by kogoś przekonać. Dalej może być to społeczne, ale w grę wchodzi wyobraźnia, a nie logika i liczy się to, czy czyjaś wyobraźnia produkuje atrakcyjne historie/narracje/obrazy, a nie, czy one „zbijają” obrazy przeciwnika (rzecz jasna, jeśli ten przeciwnik jest) czy są spójne z poglądami współpracującego w tworzeniu nowej wizji świata, którego nie ma, a który być powinien. Oczywiście, logika takiej wymianie marzeń i wyobrażeń dotyczących tego, co dobre, musi jakaś być. Ale sytuacja o której piszę, a która moim zdaniem jest częsta, sprawia, że logika (rozumiana szeroko, jako pewne, przyjęte dla wspólnoty, sposoby wyrażania myśli) nie wystarczy, bo jest zbyt liberalna, by dać odpowiedź na pytanie, „co robić w danej sytuacji?”.

Wytwory wyobraźni nie są więc przyjmowane ze względu na ich poprawność. Mogą być albo niepoprawne logicznie albo poprawne, ale będące jedną z możliwych alternatyw. I niczego to nie zmienia, bo mogą zostać przyjęte tak czy siak. Błędy logiczne można uładzić później, a arbitralność nie ma znaczenia. Bo liczy się to, czy inni przyjmą nową wizję. Staje się ona wtedy czymś intersubiektywnym. A przez to nie tylko subiektywnym. Np. dopóki nie wypowiem się na temat tego, co słuszne jest i dobre, nikt inny nie może rozpatrywać tego, co mam na myśli. A po wyrażeniu tego może każdy, mający dostęp do mojego dzieła i potrafiący je zrozumieć.

Samo propagowanie pewnej wizji nie czyni z osoby przyjmującej ją osoby mi poddanej. Nie wymaga też autorytetu. Człowieka można po prostu uwieść swoją wyobraźnią i nie wykorzystać tego do zniewolenia go poprzez manipulację (że on będzie wierzył w to, co mu przedstawimy, my nie) lub poddanie swoim ocenom. Wystarczy zaszczepić mu wizję, która będzie żyła własnym życiem, niezależnie od aktywności wizjonera. Ani jego intencji.

Jednostkowa autonomia, ze względu na wyobrażanie sobie porządku moralnego, sprawia, że ludzie nią obdarzeni nie myślą tylko o swoich interesach i nie kierują się tylko o swoimi interesami – bo wyobraźnia pozwala je nam wpasować w pewien wyobrażony porządek. Oczywiście, możemy w nim sobie schlebiać i powtarzać, że tacy jak jesteśmy, jesteśmy doskonali i już nie musimy się zmieniać, ale znowu – nie ma to nic do rzeczy. Dopóki nie narzucamy komuś porządku, który sobie uroiliśmy, jesteśmy, sami w sobie, niegroźnymi marzycielami. Oczywiście, możemy być dla siebie sami groźni. Tak, to pewien koszt. Uważam go za koszt postępu. Tak, tego moralnego.

Autonomia broni jednocześnie jednostkę przed narzucaniem jej wizji z zewnątrz. Jest więc warunkiem realizowaniem wyobraźni. Autonomia jest więc konieczna dla rozwoju w wspólnotach, które nie są doskonałe, czyli wszystkich. A jest tym mniej szkodliwa, czym bardziej powszechna. Bo jeśli będziemy autonomiczni, to mało kto nam narzuci swoje rojenia. Ale jeśli nieliczni będą autonomiczni, to zrobią z nami, co chcą. A ludzie autonomiczni zawsze się znajdą. Nie wszyscy muszą być dobrzy dla nas.

Autonomia, o której tu piszę, jest czymś przeciwnym poddaniu się autorytetom. Stąd wizja życia wspólnotowego opartego na autorytaryzmie, np. moralnym, jest wroga wizji wspólnoty autonomicznych jednostek. A taka wizja jest też wizją ludzi żyjących wspólnie, by rozwiązywać problemy moralne. A nie tylko powtarzać puste formułki i przymykać oko na problemy.

No i dlatego jestem anarchoindywidualistą.

Wyzysk, a wolność i jak się to ma do anarchizmu

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , on Lipiec 4, 2012 by Jaś Skoczowski

Gdy ktoś działa, bo myśli o czymś tak, a nie inaczej, lub gdy działa, bo jakoś się czuje, a to uczucie wyzwala coś, nie jesteśmy więc zniewoleni przez innych, tylko przez siebie. Dlatego wyzysk nie wymaga od wyzyskiwacza, by ten odbierał komuś wolność. Człowiek bojący się głodu, utraty pracy, tego, co powie żona czy mąż, gdy go wyrzucą, człowiek kierujący się troską o dzieci, pożądaniem seksualnym, które może zaspokoić pieniędzmi, a przynajmniej sobie ułatwić to itd itp. może być wolny, znajduje się tylko w warunkach, które mogą go zniewolić, lub nie. To zależy od niego, także od tego, jak wytrzymały jest psychicznie, czy wolność zachowa. Wyzyskiwacz, człowiek korzystający z jego wolności, korzysta z tego, że ten człowiek jest wolny i z tego, kim jest, a nie tylko ze zniewolenia. Ot ewolucja niewolnictwa w kapitalizm.
Taki wyzysk mi nie odpowiada, przynajmniej czasami.

Emocje i myśli pojawiają się także wtedy, gdy coś możemy zrobić, a tego nie robimy. Gdy mamy wybór, to staramy się podjąć decyzje. I jesteśmy wtedy wolni. Tylko, gdy nasze emocje można przedstawić, przekonująco, jako nieważne w procesie działania lub gdy nie mamy wyboru w ogóle (a nie tylko, że niektóre wybory nam nie odpowiadają), zgodzę się z osobą twierdzącą, że w takiej sytuacji ktoś nie jest wolny. Jeśli ktoś chce się sprzeciwiać wyzyskowi tylko z chęci wyzwolenia kogoś, to jego zamiar będzie ograniczał go jako przeciwnika wyzysku.

Jestem socjalistą w tym zakresie, w którym mogę się takiemu wykorzystywaniu ludzi sprzeciwiać wolnościowo. Jestem w końcu przede wszystkim egoistą i dlatego anarchistą. Chcę szanować cudzą wolność, po warunkiem, że mogę szanować moją własną wolność. Nie czuję tylko potrzeby szanowania cudzej i mojej wolności, czuję mnóstwo innych rzeczy. I tym też mogę się kierować. I nie będę tego unikał dla tego, by być dobrym anarchistą. Uniknę tego tylko po to, by być szczęśliwy. Tak, anarchizm, rozumiany jako pogląd w mojej głowie czyni mnie szczęśliwym czasem, dlatego go wyznaje.

Chcę więc działać wolnościowo i sprzeciwiać się, w ramach możliwości i chęci wyzyskowi. W czym problem? Że nawet, gdyby ktoś przystawił mi pistolet do głowy, mógłbym być wolny lub nie. I wielu innych ludzi ma tak samo. Kiedy odbieramy człowiekowi wolność? Wtedy, gdy stawiamy go w sytuacji, w której on nie potrafi być już wolny. To znaczy, że trzeba najpierw człowieka, jednostkę, zbadać, a potem dopiero mówić z przekonaniem, że ktoś traci wolność lub nie.

W takim badaniu koniecznym wydaje mi się liczenie się ze zdaniem osoby, dla której ma się wyznaczyć granice. Pierwszą granicę, którą, gdy ona przekroczy, to będzie komuś odbierała wolność. I drugą, czyli tą, którą jak ktoś przekroczy, to odbierze wolność osobie badanej.

To oznacza, że granice różnych jednostek nie musiałby się pokrywać. To oznacza konflikt. Jestem przeciwnikiem wyzysku i zwolennikiem wolności, ale wiem, że wyzyskiwacze granicę, za którą to ja im odbiorę wolność stawiają gdzie indziej, niż ja. A ja gdzie indziej stawiam granicę, po przekroczeniu której to oni mi odbiorą wolność.

Nie zamierzam postulować fałszywego pojednania na podstawie oderwanej od tej możliwości konfliktu zasady, takiej, która ignorowałaby to, że są ludzie nie godzący się na wyzysk siebie i innych, i są tacy, którzy się na niego godzą. Postuluję zasady walki fair, takie, które uniemożliwią fizyczną eliminacje przeciwnika przynajmniej. Postuluję więc demokracje bezpośrednią, jak najmniej większościową, jak się da (a są mniej i bardziej większościowe demokracje) i wiele innych rzeczy, które ułatwiałyby np. ludziom obronę przed przemocą innych ludzi (powszechne prawo do posiadania broni na przykład). Chcę, by to takie społeczeństwa były tłem, na którym jednostki między sobą będą ustalały granicę.

I teraz napiszę, na jakie dwa kontrargumenty mam odpowiedź. Pierwszy, zgodnie z którym te granicę są już znane – to nie ma znaczenia, czy są już znane. One są konwencjonalne. Mogę znać konwencje i ją odrzucić, czemu mam ją akceptować, jeśli mi nie opowiada? Bo nie jest tak na prawdę konwencją? A co ją nie czynie konwencją, skoro jeśli ją odrzucę i kilku innych, to przestanie obowiązywać jako zasada? Drugi kontrargument sugeruje, że już mamy taką demokracją, gdzie można walczyć fair. Nie, nie mamy, granice ustalają nam ludzie, na których mamy słaby wpływ. W tym, co ja opisałem, to my byśmy ustalali granice, każdy delegat musiałby je szanować i brać za punkt wyjścia, a dokładnie tego nie robi siew demokracji parlamentarnej.

Wyzysk jest jedną z wielu rzeczy, które mogą ludziom przeszkadzać, a więc nie jedyną. Nie musi opierać się na przymusie (choć trudno mi uwierzyć w wyzysk, gdzie przemocy w tle w ogóle nie ma). Ale nie zmienia to faktu, że sprzeciw wobec niego jest wolnościowy. I wymaga odrzucenia państwa. Socjalizm i anarchizm nie są synonimami. Ale jedno bez drugiego nie ma dla mnie wartości i nie jest to wyrazem mojego pomylenia. Sprzeciw wobec takiej postawy jest natomiast wyrazem nieumiejętności zaakceptowania faktów. Moja postawa jest faktyczną (po prostu istnieje, bo ja ją praktykuję) i logicznie poprawna. Kto jej zarzuca coś ponad to, że jemu nie odpowiada albo nie akceptuje anarchizmu albo go nie rozumie. To drugie jest jego błędem, nie błędnym sformułowaniem anarchizmu.

Jest jeszcze jedno pytanie: ale co robić, skoro nie istnieje społeczeństwo, o którym marzę, w którym każdy sobie wyznacza własnego granice? Codziennie próbować ustalić choć jego ociupinkę, zachowując się tak, jakby już istniało. I traktować to zadanie jako świetną frajdę. Rzecz jasna, to odpowiedź dla mnie, mnie na to stać.

Ciekawostka dotyczaca praw i moje problemy z opisaniem mojego anarchizmu wynikajace z niej, i o tym, jak mi pomógł Feyerabend.

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Maj 5, 2012 by Jaś Skoczowski

Rozumianych jako zakazy postępowania. Związana z dobrowolnością. Dobrowolnie przyjmowane zasady przestają być dobrowolnie przyjęte, gdy je odrzucimy. Sformułowanie dobrowolnie przyjętej zasady wygląda tak: x przyjęta jest dobrowolnie (przepraszam, że się puszę, ale to mi ułatwia pisanie). Czy treść x jest niezależna od tego, czy jest przyjęta dobrowolnie? Wydaje mi się, że nie. Jeśli pod x przyjmie się wymuszona zasada, no to mamy sprzeczność. Np. to mój argument za tym, że prawo własności nie może być pierwotne względem umowy by było nie wymuszone na kimś. Czy brak dobrowolności (czyli x jest nie-dobrowolne) jest natomiast niezależny od treści x? Wydaje mi się, że nie bo to też można doprowadzić do sprzeczności. To oznacza, ze dobrowolność jest kontekstowa (bo zarówno jej występowanie lub brak zależą do treści tego, co się przyjmuje). Banał, ale jest pewien istotny element kontekstu, który czyni dla mnie ten banał ważnym banałem. Mianowicie: w zależności od tego, jaka to jest zasada można przyjąć ją lub nie da się jej przyjąć (bo ze swojej istoty trzeba ją wymusić). Ale każda zasadę można odrzucić. Zawsze. No dobra, poza zasadami nieodrzucalnymi :) (istnieją pewne zasady, którymi jakoby rządzi się świat: to dosyć powszechnie przyjęty przesąd i trudno mi go nie uszanować, wybaczcie). Jeśli tak, każda zasada, by była przyjęta dobrowolnie, musi być zawsze do odrzucenia. Inaczej jej przyjęcie być może byłoby dobrowolne (ze względu na treść zasady), ale nie jej odrzucenie. A wydaje mi się, że jeśli coś jest nie do odrzucenia, to jest na mnie wymuszone.

[dygresja: jakoś tam samo mi wychodzi, że odrzucam możliwość dobrowolnego zbycia się, nieodwracalnego, prawa do decydowania o sobie w jakimś zakresie.]

Wolnościowe prawo nie prowadzi do przymusu. Czy w ogóle jest możliwe? Na pewno nie może prowadzić do podanych sprzeczności. Ale to znaczy także, że musi być do odrzucenia w każdej chwili. I dla tego wymogu ja, jako anarchoindywidualista, nie znajduję rozwiązania na poziomie takich rozważań. Nawet jeśli wyeliminujemy przemoc, dalej będziemy mogli na różne sposoby wymuszać przynajmniej nie odrzucanie dobrowolnie przyjętych zasad. A sama eliminacja przemocy to dla mnie poważny problem, bo niby dlaczego ja miałbym rezygnować z każdego rodzaju przemocy (jestem anarchoindywidualistą, którego najbardziej uwodzą filozofujący egoiści, filozoficzny egoizm zawsze ułatwia pytanie, dlaczego ktoś miałby coś robić, skoro nie chce?).

Chciałbym umieć wytłumaczyć ludziom, o co mi chodzi z tym anarchizmem. Nie tylko słownikowo lub retorycznie. Gdy pisze lub mówię im o tym, że chcę, by związki, też polityczne, między ludźmi były tworzone dobrowolne to nie mówię, że powinny być tylko zawierane dobrowolnie. Chcę by mogły być tez dobrowolnie zrywane. Ta dobrowolność, a moim rozumieniu jest oderwana od treści zasad (a takie zerwanie może być jak najbardziej jednostronne, czego nie zauważyłem), gdy chodzi o dobrowolność odrzucania zasad. Taka dobrowolność i wolność jest radykalna i oznaczałaby, że od czasu do czasu ktoś by mi ta wolnością zrobił krzywdę – bo nistąd, ni zowąd mógłbym się rozmyślić. Pomyślcie, że na takie coś wpada lekarz. Pilot. Opiekunka do dzieci. A może to ja bym tak zrobił i to ja bym tak skrzywdził?

Skoro akceptuje taką dobrowolność, to jakbym zareagował, gdyby ktoś mnie tak skrzywdził? Jakbym zareagował na krzywdę? Zgodnie z tym, co bym czuł w danej chwili. To moja odpowiedź, pracowałem na nią wiele lat droga publiczności. Pomógł mi dopiero Paul Feyerabend. Cytuję: „Zbyt «racjonalny», tj. emocjonalnie odkażony dyskurs stanowi zagrożenie związków zachodzących między wiedzą, uczuciami, działaniem, nadzieją, miłością i kawałkuje nasze życie.” i jeszcze „Wyobraź sobie następującą sytuację: społeczeństwo na krawędzi wojny domowej; pisarz piszący książkę.[…]”, dalej Feyerabend popiera ograniczenie swobody tej wypowiedzi, zawartej w książce, a ja nie wiem. No i jeszcze najważniejsze: „Załóżmy, że się zakochujesz w kimś należącym do niebezpiecznej rasy. To daje Ci wiedzę, jakiej nie posiada żaden naukowiec – chyba, że sam się zakochał. I daje Ci to nie tylko wiedzę, daje ci to również motywację, budzi chęć chronienia, gotowość zastąpienia naukowego poglądu twoim własnym widzeniem…”. To najważniejsze dla mnie, bo mówi o relacji i uczuciach, zwłaszcza miłości, a co do tej chciałbym, by była dla mnie najważniejsza.

93 i 93.

O mojej perspektywie i związku środków z celami

Posted in Uncategorized with tags , , on Kwiecień 17, 2012 by Jaś Skoczowski

Przy okazji czytania o autonomii uświadomiłem sobie, że autonomia nie jest tym, co mi wystarcza. Chce kierować sobą, ale chcę też pewnych rzeczy dla innych ludzi i one nie wyczerpują się na dbaniu o ich autonomią. A czasem są jej wbrew. Kilku ludzi pozbawiłbym i wszelkiej wolności i życia, innych tylko wolności. Innym dałbym wolność i szczęście. Moja autonomia jest ważna, ale co innego jest ważne, gdy ma się dziać innym. I to jest ważniejsze od każdego światopoglądu. Za rozkochaniem się w możliwości sterowania sobą i różnych stanach, w których mogą znajdować się inni jakby coś pozornie stało, choć moim nie stoi nic lub, jesli wolicie, stoi chaos.
Kiedy poznałem się ze Stirnerem, to było dla mnie uwodzące, że nie można było wskazać, patrząc z jego miejsca, tego, co jest najważniejsze dla niego. Stąd on pisze, że on jest dla siebie najważniejszy, ale on jest tworzącym niczym. To było mi bliskie, bo przecież jako nic przedstawiano mnie samemu sobie już w zen. Czy chodziło o to samo? Interesowało mnie to kiedyś, dalej interesuje, ale coraz bardziej czuję, że tak czy siak, mnie odpowiada takie same rozumienie tego, jak i Stirnera. W końcu i jedno, i drugie ułożyli ludzie, ja to mam w myślach lub przed oczami i mogę z tym zrobić, co chcę. I tylko moje możliwości mnie ograniczają.
Stirnera nie lubią ludzie (w tym Marks i chyba zwłaszcza), którzy jednak woleliby, żeby coś było najważniejsze. Stąd z jednej strony chcą wykazać, że jednak coś jest najważniejsze dla Stirnera i naśladowców, i podobnych (o jednych i drugich można mnie zaliczyć, a potem wykazać, że cenią nie to, co trzeba. Stąd np. mój znajomy, też anarchista (chyba), twierdzi, że nie ma anarchizmu bez, jeśli rozumiem, postrzegania rzeczywistości w sposób „klasistowski” (nie wiem, czy to poprawna nazwa, wstawiam ją w cudzysłów więc). Nie do końca sobie to wyjaśniliśmy, nie twierdzę tutaj, że przedstawiam jego punkt widzenia. Przedstawiam swój, z którego nie mogę się, wstępnie, zgodzić z kolegą.
Świat jakiś jest i kiedyś wydawał mi się inny niż teraz. Dalej nie jestem zwolennikiem (ani wielkim przeciwnikiem, chyba po prostu nie znam się) marksizmu jako opisu świata. Ale jestem w znacznie mniejszym stopniu zwolennikiem widzenia ludzi jako hedonistycznych kalkulatorów, czyli tak, jak chcą widzieć ludzi np. zazwyczaj ekonomiści. Zmienia to moje poglądy polityczne, to prawda. Ale nie zmienia w nich tego, co jest dla mnie najważniejsze.
Szanuje cudzą wolność. To jest ważne w moich poglądach politycznych. Nie: dążę do tego, by każdy był wolny, ale nie tylko unikam naruszeń wolności lub ich promowania u innych. Szanuję, to znaczy, robię jedno i drugie, i staram się to godzić ze sobą. Poza tym, nie zamierzam z tego powodu dokonywać jakiś „samopoświęceń”. Szanuję też swoją wolność, bardziej niż cudzą. Mogę gorzej lub lepiej rozumieć, jak działają inni ludzie, ale szanuje i od pewnego momentu szanowałem cudzą wolność, na ile to potrafiłem i na ile teraz potrafię. Twierdzenie, że teraz robię coś zupełnie innego niż kiedyś to bzdura dla mnie. Czyli jeszcze mnie nikt nie przekonał.
Z mojej perspektywy każdy klasizm pozostaje narzędziem, moim, do myślenia. Jak inne myśli. Gdy przestanie być dla mnie narzedziem, chcę być w stanie go porzucić, tak jak porzuciłem fragmenty z Misesa/Friedmana. Wiem to o sobie, wiedząc to, dlaczego miałbym uznać, że klasizm jest dla mnie tak ważny, żeby uznać, że nierozerwalnie wiąże się z anarchizmem? Nawet jeśli się wiąże, dlaczego miałbym tym się martwić? Przecież jeśli przestanę być anarchistą, bo kiedyś porzucę myślenie polegające głównie na analizie klasowej (a u mnie i tak ten sposób myślenia jest powierzchowny), to czemu miałbym nie uznawać siebie za anarchistę? Może raczej powinienem uznać, że to rozumienie anarchizmu, zgodnie z którym ktoś jest anarchistą, jeśli przyjmuje perspektywę klasistowską i tylko wtedy, jest błędne? Bo ja właśnie tak uznaje. Mam pewien porzadek myślenia w głowie, widze inne mozliwości myślenia, wybieram te. Tak po prostu.
Moja perspektywa jest więc taka, że nie widzę z niej związku z moim anarchizmem, a uznaniem pewnej metody opisywania społeczeństwa nazywanej tu klasizmem. Nie widzę jej i nie mam ochoty jej widzieć. Byłem tym, co nazywam anarchistą, zanim postrzegałem świat klasistowsko i zanim wydawało mi się to postrzeganie tak ważne, jak wydaje mi się teraz i wydaje mi się, że będę nim po porzuceniu go. Ale nie wyobrażam sobie bycia anarchistą, gdyby nie było dla mnie ważne, czy wobec pewnych ludzi (trudno mi określić ich jedną charakterystyką, ale na pewno są wśród nich ci, których lubię i kocham) zachowuje się tak, by szanować ich wolność. Gdzie niby tkwi w takiej postawie błąd? I dlaczego miałbym się nim przejmować? Wydaje mi się głęboko osadzony, więc odwołam się do Wittgensteina: jak ktoś mi wskaże ten błąd, czemu w ogóle mam uznać go za błąd? Czy nie będzie mi mówił, że w tej chwili śnie, chociaż ja nigdy się jeszcze nie przebudziłem? Moim zaniem tak i to tłumaczy, czemu nie chcę wyobrażać sobie też spraw inaczej.
Co do związku celów i środków: ja je wiąże. Zarówno mogę stosować środki, jak potem mieć do czynienia ze skutkiem. Nie oceniam według schematu, innego niż taki spontanicznie (nieintencjonalnie, nieświadomie i tak, że jestem wobec niego bez żadnej mocy itd) dyktowany mi przez moje własne ciało, a jego ramach nie mieści się cenienie tylko środków lub celów, tylko cenienie tego, co dla mnie cenne.
Dobranoc.

Sentyment antyanarchistyczny

Posted in Uncategorized with tags , , on Kwiecień 8, 2012 by Jaś Skoczowski

Jesteśmy ludźmi o małym wpływie na innych ludzi. Tak, sporo z nas może człowieka zabić. To jednak uniemożliwia wykorzystanie człowieka do czegokolwiek innego. Ilu z nas chce po prostu pozabijać innych? Mało i ja na pewno się nie zaliczam do tego grona. Wszystko inne jest trudne, czasem mniej, ale jest trudne. Wielu jest natomiast takich, którzy chcieliby kierować innymi inaczej, niż przez te krótkie chwile, w których kierowaliby ich w stronę śmierci.

Ludzi z ogromną charyzmą, przekonywujących innych do czegoś nie jest zbyt wielu. Mało jest też ludzi, którzy skutecznie zastosują przemoc fizyczną, psychiczną i symboliczną ta, by mieć zadowalającą do swoich celów kontrolę nad innymi.

Zdecydowanie więcej jest ludzi, którzy sami nie wiele mogą, ale ustanowienie instytucji, która będzie wiele mogła daje im władzę. Stąd ludzie wspierają państwo, bo takie jest państwo i stąd żywią sentyment antyanarchistyczny. Bezsilność to coś, z czym trudno dać sobie radę, a sami możemy bardzo mało, stąd o jakże lepiej byłoby nam, gdybyśmy mieli do dyspozycji porządek, w ramach którego możemy innym narzucić nasza wolę tak, by robili to, co chcemy.

Ten sentyment, to nastawienie jest łudzące. Porządek o który chodzi ludziom jest porządkiem instytucjonalnym. Zbudować mogą go tylko działania ludzi i ich światopoglądy. W tym świecie można albo być charyzmatycznym, albo brutalnym, albo bezradnym wobec tego, że inni nie chcą być nam posłuszni. Większość ma możliwość bycia tylko tym ostatnim. Państwo i inne instytucje władzy (ich porządki itp, itd) to sposób na łudzenie siebie i oddania władzy jakimś, często kompletnie nam nie znanym ludziom. Ludziom, którym przynajmniej ja nie mam powodu ufać. Nie zamierzam więc udawać przed sobą, że nie jestem bezradny, wolę pozostać z moimi możliwościami.

Mogę więcej. Mogę unikać władzy. Nie mam większych możliwości wpływać na ludzi, ale większość nie ma szans wpływania na mnie. Nie zamierzam próbować rządzić innymi, ale też nie zamierzam poddawać się innym. Owszem, będą ludzie którzy będą wstanie mnie uwieść i mnie o czegoś zmusić. Ale nie muszę im tego ułatwiać.

Bo jasne, są ludzie zdolni do przemocy czy charyzmatyczni tak po prostu. To malutka mniejszość. Ich moc potęguje się tylko dzięki nasze zgodzie. Często może nawet na niej im nie zależy. Sądzę, że urzędnicy, właściciele środków produkcji, draby („policjanci”), kapłani („intelektualiści”, „autorytety”) to często ludzie, dla których władza jest przyjemna, ale nie wiem, czy aż tak, Co innego móc coś zrobić, co innego zrezygnować z choćby odrobiny sympatii, którą można uzyskać od innych. Czym mniej będziemy na nich polegać, tym mniej będą ważni. Czy mniej będą ważni, tym mniej będzie władzy. Może nie będziemy w stanie zbawić świata, w pojedynkę, ale razem będziemy mogli się dogadać. Wolę taki świat, niż ten obecny, na ile jest on różnym od tej wizji. Jasne, trzeba będzie w nim rozwiązać problemy prawie odwieczne: sprawić, żeby kobiety i dzieci byli (były jest jakieś takie uprzedmiotawiające) traktowani dobrze, w rozumieniu dobra, które będzie tworzone także przez kobiety i dzieci. Wierzę, że to możliwe i nie wierzę, że obecna sytuacja kobiet i dzieci na Zachodzie to zasługa państw.

Ta, pominąłem zwierzęta. Ze zwierzętami jednak, uważam, też możemy się dogadać.