Archiwum dla Luty, 2016

wiersz: Dusza i Wola

Posted in Uncategorized on Luty 27, 2016 by Jaś Skoczowski

fajnie jest mieć duszę
taką swoją
i kazać jej robić, co się chce, by się robiło
kazać robić duszy co się chce, by robiła
ale zdanie!

 

wola jest jak twarde coś
a dusza to oblepia
i ścieka z tego, kapiąc

 

dusza pozwala się ślizgać po świecie
z tą lekkością, która odbiera
rozum-uczucia-wrażenia-podrażnienia
gdyby nie to, że możesz przewrócic się ślizgajać się na duszy
straciłbyś (lub straciłabyś) całkiem wolę!

 

wola wcale nie jest prosta, tak, tak, panie Nietzsche!
jest twarda, bo jest gęsta
gęstsza od duszy
Gęsta, bo ma tak wiele części, a każda z nich mówi drugiej “nie!”
dusza to ta słodka maź, łykasz ją, ślizgając się
i zapominasz
uważaj!

 

czy dusza klei wolę? czy wola nie jest tylko śmiesznym kolażem sklejonym na prędce przez duszę?

 

ja chcę x
“Ja” i “chcę”, dwa śmieszne słowa w zdaniu
śmiej się! drżyj się ze śmiechu
pamiętaj!
pamiętaj, że te drgawki
to tak naprawdę strach
i śmiej się, właśnie tak!

 

rodzisz się i zazwyczaj płaczesz (tak, robiłeś to, lub robiłaś, już kilka razy), przerażony lub przerażona
i będziesz płakał jeszcze wiele razy. Lub płakała.
i kulił się, przyjmował pozycję płodu. Itd.
śmiech jest ciągiem dalszym tego
a przestaniesz się śmiać i kulić, jak umrzesz
i wszystko zacznie się od nowa

 

Bulina 26.2.2016

opowiadanie: Gospoda na dnie moża

Posted in Uncategorized on Luty 10, 2016 by Jaś Skoczowski

Dno Moża jest suche. No prawie. Inaczej – jest wilgotne, ale przecież nie zalane morzem, właśnie. Stoi tam, pośrodku samego dna, gospoda. Latają do okoła niej latające ryby, śpiewając – nauczyły się tego, ponieważ tylko wtedy ludzie mieszkający na Dnie rzucają im smakołyki, a z czego ma żyć ryba, gdy woda w jej morzu wyshnie, jesli nie z żebrania? Samotna czapla spaceruje po dachu. Sam dach porośnięty jest wysoką trawą.
Gospoda stoi wśród bagien, ale to nic nie szkodzi. Przychodzą do niej tłumy diabłów.
Przy stole w rogu usiadło dwóch. A w zasadzie trzech, ale jeden, choć siedzi po środku, to go nie widzą. Albo raczej: wcale nie chcą go ani widzieć, ani o nim pamiętać, tego by jeszcze brakowało!
Zbyt zajęci są swym narzekaniem. To zwyczajne diabły pociągowo-popychowe, ciągną (lub pchają) wóz Wielkiego Baala. To wielkie, metalowe pudło z kołami, wyższe od nich, a w nim i nad nim jest kupa gówna. A na tej siedzi Baal, a w okół niego tańczą jego wierne żony i córki zarazem, muchy. Baal, by obnosić swą chwałę potrzebuje się wozić, przecież cała chwała by uleciała (a smród by pozostał), gdyby zamiast tego Baal chodził na piechotę, obsmarowany swym bogactwem. Wyglądałby przecież wtedy jak imponujący, ale jednak tylko imponujący swoimi rozmiarami (jak wspomniałem, jest Wielki), rogaty koleś obsmarowany gównem, w okół którego latają muchy. Podziw mieszałby się z absurdem, w proporcjach, które dla Baala są niedopuszczalne. Dlatego wielki, żelazny wóz jest koniecznością. I stąd całe mnóstwo diabłów ma zajęcie.
Diabły o których piszę nie są z tych najlepszych diabłów. Jest wiele szeregów ciągaczy-popychaczy. Czym bliżej są wozu, tym bardziej mogą czuć się wyróżnieni. Ale oni są dopiero w dwudziestym trzecim szeregu, ci dwaj, razem z tym trzecim malutkim diabełkiem. Ale nie, nie uważają się za sobie równych – to znaczy, nie uważają, jeden i drugi, by ktokolwiek mu dorównywał, w tym jego rozmówca. Nie wspominam o tym, co myślą o maluchu, który się przyplątał z nimi i który siedzi, i słucha ich, z szeroko otworzonymi oczami, które są wielkie, czarne i wydają się zadziwiająco bystre, i wesołe. Nie wspominam, bo ich zdanie o nim jest milczące, bo ich pogarda dla tego cholernego mikrusa jest niewyrażalna. Nie potrafi nadążyć na jego krótkich nóżkach, więc od czasu do czasu potrzebuje kopa. I pomimo tego, zamiast przyjąć swój los, takim, jaki jest – beznadziejnym, ciężkim, smutnym, on robi to swoje lalalala. Oczywiście do czasu, gdy dostanie drugiego porządkowego kopa, wtedy cichnie.
Na co narzekają? Że za mało jest do ciągnięcia i za mało do podziału, że jak przyjdzie więcej, to też źle, bo będzie ciężej, że Ci za nimi to leniwe kurwy, że Ci przed nimi to nadambitni chujowie. Tu przystańmy: żeby awansować, czyli dostać się do tylnich szeregów musisz pchać się do przodu. Baal patrzy w przód, nie pod nogi czy koła swojego wozu, patrzy w dal, za horyzont, dostojnie i tylko jeśli jesteś w stanie pchać wóz w najprzedniejszym szeregu i jeśli robisz to dobrze (a dobrze znaczy, że Cię boli i mdlejesz, i robisz pod siebie – czego spodziewać się od króla much, które żerują na wszelkim odpadzie?), może Cię dostrzec i docenić.
Narzekają też na to, że czasu wolnego jest za mało, bo nie mogą wypocząć i że jest go za dużo, by nie “rozmięknąć”, by nie wylecieć z rytmu. Narzekają na każdego, kto ich dozoruje i na każdego, kogo muszą pilnować (oczywiście poza naszym trzecim, małym kolegą, o nim ciągle i solidarnie milczą). Boleją też nad fatalną pogodą – bo rzeczywiście, jest ona charakterystyczna, na Dnie rzadko widać słońce, nierzadko pada, wszystko więc jakby nieco szarawe.
Podejrzewają też, że góra gówna, tron Baala, który ciągną razem z Baalem, siedzącym na tronie, swój rozmiar zawdzięcza bardziej im, dzielnym diabłom pociągowo-popychowym, niż jego Świętej Dupie. To sprawia, że przez chwilę (krótką) odczuwają bladą sympatię do swoich kolegów z pracy.
Diabełek w tym czasie pije swoje małe piwko (nie podniósłby większego kufla, pije więc z małego kufelka. Dla dzieci) i nabija swoją fajeczkę. Rozkruszył najpierw co tam do fajeczki chce wbić, ale wtedy jeden z diabłów westchnął żałośnie i się rozwiało. Nakruszył znowu i wtedy drugi Diabeł machnął ogonem i znowu wszystko się rozwiało. To Diabełek na chwilę zeskoczył z ławy pod stół i tam nabił fajeczkę. Zadowolony siedzi, cieszy się, że zwyciężył. Gdy zapala jest pewny, że zawsze zwycięża.
Jego ogon, dość długi, zakończony jest drugim pyskiem. Pełnym zębów, nie widać go, bo jest też obrośnięty grubym włosem. Dwa duże diabły nie wiedzą kilku rzeczy o małym, ale z rzeczy ważnych nie wiedzą w zasadzie tylko dwóch: mały ciągnie wóz Baala, ale jest wyznawcą Molocha. Mięso istot jego własnego gatunku smakuje mu najlepiej i jest dla niego też najzdrowsze – a przynajmniej o n w to gorąco wierzy. W zasadzie jest jeszcze jedno, co diabły powinny wiedzieć: od co najmniej półtorej godziny podgryza łydki swoich współpracowników. Jest mu słodko od ich zasysanej krwi. Oni nic nie czują, są tak porobieni.
Słońce całkiem zajdzie, noc minie, rano zostaną tylko gadające kości i mały diabełek, syty i wzdęty.
Jego oczy, czarne, ogromne, błyszczeć będą z rozkoszy.

Bulina 10.1.2016