O wojnie między jednostką, a społeczeństwem

Między mną, a resztą świata toczy się walka. Narodziłem się zupełnie inny niż teraz jestem i to odbyło się tak, że ja byłem tylko czymś, na czym świat się odcisnął. Każdy impuls nie zgadzajacy się z tym światem został zduszony, chyba, że umiał się obronić. Świat więc mnie niszczył, gdy do niego nie pasowałem, lub nie miałem siły stawić oporu. To jest walka i nic innego.

Nie mam żalu do świata o to. Raz: nie chciał tego, w swojej całości, bo swiat w swojej całości, moim zdaniem, jest bezmyślny, bez uczuć, bez zamiarów i bez celu. Dwa: to co przetrwało dalej jest nie tylko kimś, ale czymś, podmiotem.

Istotnym elementem tego, co na mnie wpływało, byli ludzie, działający według różnych porządków. Uczynili mnie sobą, wzmacniajac to, co im było potrzebne i niszcząc to, co było dla nich śmieciem (śmieciem, czyli punkiem!). I dalej usiłują się to robić. Bardzo dobrze, teraz ja, w tym momencie, mogę przynajmniej sobie powiedzieć: od dziś to ja wzmacniam i niszczę, co chcę. Nie wszycy stali się tacy, ale ja taki jestem, bez rozgoryczenia więc zamierzam iść tam, gdzie chcę, mając to co mam, czyli siebie, czyli będąc sobą.
Wniosek jednak z tego doświadczenia jest taki: między mną, a całą rzeszą ludzi, którzy mnie ulepili i którzy mnie wciąż lepią, też toczy się wojna, ponieważ teraz to, co oni ulepili, chce być samodzielne – chce się od nich oddzielić. To znaczy: ja chcę móc w razie czego zaprzeczyć ich zamiarom i nawykom. I nie sądzę, bym był tutaj wyjątkowy. Ludzie tak mają. Nie wiem, czy psy i pszczoły, ale ludzie tak. Ten cholerny, dziwnie zmutowany narząd zwany ludzkim mózgiem tak właśnie nam robi.
I to jest właśnie źródło indywidualizmu, tego, z którym chcę mieć coś wspólnego.
Kolejnym wnioskiem z mojego doświadczenia jest ten, że indywidualista musi przyjąć, że świat, w tym to społeczeństwo, które go dotyczy, jest błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Wypada mu, tak na mój rozum, jednocześnie je chronić i walczyć z nim, dążyć do sytuacji, w któej walka nigdy go nie zniszczy. W filmie “Germinal” (opartym na książce o tym samym tytule, pana Zoli, której nie czytałem), o uciemiężonych górnikach z Francji, pojawia się “anarchista”, który chce wszystko zniszczyć. Zwłaszcza społeczeństwo. Otóż dla takiego anarchisty, którym jestem to bzdura – społeczeństwo właśnie dlatego trzeba pielęgnować, by móc z nim walczyć.
Bycie przeklętym od zawsze było złe, bycie wyrzutkiem, dziwakiem, nienormalnym, odstającym od zasad (pedałem, Żydem, czarnym, zboczeńcem itd). Bycie przeklętym natomiast jest powszechne, bo piszę o doświadczeniu powszechnym, przypominam. Stąd dla człowieka zakochanego w sobie i rozumiejącego swoje miejsce w świecie zadaniem podstawowym jest wyrobić sobie taka inność, która nie jest występkiem, ale cnotą, która to cnota dalej jest wroga społeczeństwu. Część z was, drogi czytelnicy pamiętacie może tą przenośnię Soktratesa, w której on się porównuje do owada kąsającego konia, owada, który pobudza konia do działania i zmiany. To jest własnie to, te rozumienie cnoty, które chodzi.

Bulina 9.8.2014

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s