O moralności i wyobraźni

Moralność nie jest odporna na nasze decyzje. To nie tak, że to co robimy można zestawić z niezmienną tablicą wartości i zasad. Nie ma takiej tablicy, są za to ludzie działający, w pojedynkę i zespołowo i to ich działalność określa ich moralność (oczywiście także to co czują i myślą). Kierują się swoimi przekonaniami, które albo nabyli do kogoś, albo sami sobie konstruują. Nie wiedzę powodu, by twierdzić, że człowiek nie może wymyślić niczego nowego, nie sądzę, że tylko wymyśla to, co jest nowe. Nie uważam tego problemu za istotny, wymieniam go dla porządku – tak, jestem świadomy tego, że nie potrafię określić, ile człowiek sam tworzy, a ile bierze od innych. Nie wierzę tylko w żadną jednostronną wizję. Zwłaszcza nie wierzę w to, że każdy człowiek nigdy nie wykracza poza moralność w której żyje – bo moralność jest otwarta i jednocześnie istnieją dla niej obszary zewnętrzne. Po prostu czasem nie wiemy, co robić. Nie wiemy nie tylko, co robić, ale – jaką drogą pójść, by wiedzieć. A czasem nie odpowiadają przyjęte rozwiązania. I wtedy ktoś musi tworzyć. I to tworzenie, które jest jak najbardziej tworzeniem wartości i norm, nie może być efektem dyskusji, w której ludzie wymieniają się argumentami, by kogoś przekonać. Dalej może być to społeczne, ale w grę wchodzi wyobraźnia, a nie logika i liczy się to, czy czyjaś wyobraźnia produkuje atrakcyjne historie/narracje/obrazy, a nie, czy one „zbijają” obrazy przeciwnika (rzecz jasna, jeśli ten przeciwnik jest) czy są spójne z poglądami współpracującego w tworzeniu nowej wizji świata, którego nie ma, a który być powinien. Oczywiście, logika takiej wymianie marzeń i wyobrażeń dotyczących tego, co dobre, musi jakaś być. Ale sytuacja o której piszę, a która moim zdaniem jest częsta, sprawia, że logika (rozumiana szeroko, jako pewne, przyjęte dla wspólnoty, sposoby wyrażania myśli) nie wystarczy, bo jest zbyt liberalna, by dać odpowiedź na pytanie, „co robić w danej sytuacji?”.

Wytwory wyobraźni nie są więc przyjmowane ze względu na ich poprawność. Mogą być albo niepoprawne logicznie albo poprawne, ale będące jedną z możliwych alternatyw. I niczego to nie zmienia, bo mogą zostać przyjęte tak czy siak. Błędy logiczne można uładzić później, a arbitralność nie ma znaczenia. Bo liczy się to, czy inni przyjmą nową wizję. Staje się ona wtedy czymś intersubiektywnym. A przez to nie tylko subiektywnym. Np. dopóki nie wypowiem się na temat tego, co słuszne jest i dobre, nikt inny nie może rozpatrywać tego, co mam na myśli. A po wyrażeniu tego może każdy, mający dostęp do mojego dzieła i potrafiący je zrozumieć.

Samo propagowanie pewnej wizji nie czyni z osoby przyjmującej ją osoby mi poddanej. Nie wymaga też autorytetu. Człowieka można po prostu uwieść swoją wyobraźnią i nie wykorzystać tego do zniewolenia go poprzez manipulację (że on będzie wierzył w to, co mu przedstawimy, my nie) lub poddanie swoim ocenom. Wystarczy zaszczepić mu wizję, która będzie żyła własnym życiem, niezależnie od aktywności wizjonera. Ani jego intencji.

Jednostkowa autonomia, ze względu na wyobrażanie sobie porządku moralnego, sprawia, że ludzie nią obdarzeni nie myślą tylko o swoich interesach i nie kierują się tylko o swoimi interesami – bo wyobraźnia pozwala je nam wpasować w pewien wyobrażony porządek. Oczywiście, możemy w nim sobie schlebiać i powtarzać, że tacy jak jesteśmy, jesteśmy doskonali i już nie musimy się zmieniać, ale znowu – nie ma to nic do rzeczy. Dopóki nie narzucamy komuś porządku, który sobie uroiliśmy, jesteśmy, sami w sobie, niegroźnymi marzycielami. Oczywiście, możemy być dla siebie sami groźni. Tak, to pewien koszt. Uważam go za koszt postępu. Tak, tego moralnego.

Autonomia broni jednocześnie jednostkę przed narzucaniem jej wizji z zewnątrz. Jest więc warunkiem realizowaniem wyobraźni. Autonomia jest więc konieczna dla rozwoju w wspólnotach, które nie są doskonałe, czyli wszystkich. A jest tym mniej szkodliwa, czym bardziej powszechna. Bo jeśli będziemy autonomiczni, to mało kto nam narzuci swoje rojenia. Ale jeśli nieliczni będą autonomiczni, to zrobią z nami, co chcą. A ludzie autonomiczni zawsze się znajdą. Nie wszyscy muszą być dobrzy dla nas.

Autonomia, o której tu piszę, jest czymś przeciwnym poddaniu się autorytetom. Stąd wizja życia wspólnotowego opartego na autorytaryzmie, np. moralnym, jest wroga wizji wspólnoty autonomicznych jednostek. A taka wizja jest też wizją ludzi żyjących wspólnie, by rozwiązywać problemy moralne. A nie tylko powtarzać puste formułki i przymykać oko na problemy.

No i dlatego jestem anarchoindywidualistą.

Jedna odpowiedź to “O moralności i wyobraźni”

  1. kot przechodzień Says:

    autonomia ?:) taka > ty i ja
    to paradoks z Kabały > żeby poznać siebie trzeba siebie zobaczyć z zewnątrz, kiedy ogląd nabiera samoistności powstaje potrzeba jego dalszego indywidualizowania, a potem jusz:) tylko ochrona takiej autonomii
    wszystko z niczego ot Takie Nic

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s