Archiwum dla Lipiec, 2012

Wyzysk, a wolność i jak się to ma do anarchizmu

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , on Lipiec 4, 2012 by Jaś Skoczowski

Gdy ktoś działa, bo myśli o czymś tak, a nie inaczej, lub gdy działa, bo jakoś się czuje, a to uczucie wyzwala coś, nie jesteśmy więc zniewoleni przez innych, tylko przez siebie. Dlatego wyzysk nie wymaga od wyzyskiwacza, by ten odbierał komuś wolność. Człowiek bojący się głodu, utraty pracy, tego, co powie żona czy mąż, gdy go wyrzucą, człowiek kierujący się troską o dzieci, pożądaniem seksualnym, które może zaspokoić pieniędzmi, a przynajmniej sobie ułatwić to itd itp. może być wolny, znajduje się tylko w warunkach, które mogą go zniewolić, lub nie. To zależy od niego, także od tego, jak wytrzymały jest psychicznie, czy wolność zachowa. Wyzyskiwacz, człowiek korzystający z jego wolności, korzysta z tego, że ten człowiek jest wolny i z tego, kim jest, a nie tylko ze zniewolenia. Ot ewolucja niewolnictwa w kapitalizm.
Taki wyzysk mi nie odpowiada, przynajmniej czasami.

Emocje i myśli pojawiają się także wtedy, gdy coś możemy zrobić, a tego nie robimy. Gdy mamy wybór, to staramy się podjąć decyzje. I jesteśmy wtedy wolni. Tylko, gdy nasze emocje można przedstawić, przekonująco, jako nieważne w procesie działania lub gdy nie mamy wyboru w ogóle (a nie tylko, że niektóre wybory nam nie odpowiadają), zgodzę się z osobą twierdzącą, że w takiej sytuacji ktoś nie jest wolny. Jeśli ktoś chce się sprzeciwiać wyzyskowi tylko z chęci wyzwolenia kogoś, to jego zamiar będzie ograniczał go jako przeciwnika wyzysku.

Jestem socjalistą w tym zakresie, w którym mogę się takiemu wykorzystywaniu ludzi sprzeciwiać wolnościowo. Jestem w końcu przede wszystkim egoistą i dlatego anarchistą. Chcę szanować cudzą wolność, po warunkiem, że mogę szanować moją własną wolność. Nie czuję tylko potrzeby szanowania cudzej i mojej wolności, czuję mnóstwo innych rzeczy. I tym też mogę się kierować. I nie będę tego unikał dla tego, by być dobrym anarchistą. Uniknę tego tylko po to, by być szczęśliwy. Tak, anarchizm, rozumiany jako pogląd w mojej głowie czyni mnie szczęśliwym czasem, dlatego go wyznaje.

Chcę więc działać wolnościowo i sprzeciwiać się, w ramach możliwości i chęci wyzyskowi. W czym problem? Że nawet, gdyby ktoś przystawił mi pistolet do głowy, mógłbym być wolny lub nie. I wielu innych ludzi ma tak samo. Kiedy odbieramy człowiekowi wolność? Wtedy, gdy stawiamy go w sytuacji, w której on nie potrafi być już wolny. To znaczy, że trzeba najpierw człowieka, jednostkę, zbadać, a potem dopiero mówić z przekonaniem, że ktoś traci wolność lub nie.

W takim badaniu koniecznym wydaje mi się liczenie się ze zdaniem osoby, dla której ma się wyznaczyć granice. Pierwszą granicę, którą, gdy ona przekroczy, to będzie komuś odbierała wolność. I drugą, czyli tą, którą jak ktoś przekroczy, to odbierze wolność osobie badanej.

To oznacza, że granice różnych jednostek nie musiałby się pokrywać. To oznacza konflikt. Jestem przeciwnikiem wyzysku i zwolennikiem wolności, ale wiem, że wyzyskiwacze granicę, za którą to ja im odbiorę wolność stawiają gdzie indziej, niż ja. A ja gdzie indziej stawiam granicę, po przekroczeniu której to oni mi odbiorą wolność.

Nie zamierzam postulować fałszywego pojednania na podstawie oderwanej od tej możliwości konfliktu zasady, takiej, która ignorowałaby to, że są ludzie nie godzący się na wyzysk siebie i innych, i są tacy, którzy się na niego godzą. Postuluję zasady walki fair, takie, które uniemożliwią fizyczną eliminacje przeciwnika przynajmniej. Postuluję więc demokracje bezpośrednią, jak najmniej większościową, jak się da (a są mniej i bardziej większościowe demokracje) i wiele innych rzeczy, które ułatwiałyby np. ludziom obronę przed przemocą innych ludzi (powszechne prawo do posiadania broni na przykład). Chcę, by to takie społeczeństwa były tłem, na którym jednostki między sobą będą ustalały granicę.

I teraz napiszę, na jakie dwa kontrargumenty mam odpowiedź. Pierwszy, zgodnie z którym te granicę są już znane – to nie ma znaczenia, czy są już znane. One są konwencjonalne. Mogę znać konwencje i ją odrzucić, czemu mam ją akceptować, jeśli mi nie opowiada? Bo nie jest tak na prawdę konwencją? A co ją nie czynie konwencją, skoro jeśli ją odrzucę i kilku innych, to przestanie obowiązywać jako zasada? Drugi kontrargument sugeruje, że już mamy taką demokracją, gdzie można walczyć fair. Nie, nie mamy, granice ustalają nam ludzie, na których mamy słaby wpływ. W tym, co ja opisałem, to my byśmy ustalali granice, każdy delegat musiałby je szanować i brać za punkt wyjścia, a dokładnie tego nie robi siew demokracji parlamentarnej.

Wyzysk jest jedną z wielu rzeczy, które mogą ludziom przeszkadzać, a więc nie jedyną. Nie musi opierać się na przymusie (choć trudno mi uwierzyć w wyzysk, gdzie przemocy w tle w ogóle nie ma). Ale nie zmienia to faktu, że sprzeciw wobec niego jest wolnościowy. I wymaga odrzucenia państwa. Socjalizm i anarchizm nie są synonimami. Ale jedno bez drugiego nie ma dla mnie wartości i nie jest to wyrazem mojego pomylenia. Sprzeciw wobec takiej postawy jest natomiast wyrazem nieumiejętności zaakceptowania faktów. Moja postawa jest faktyczną (po prostu istnieje, bo ja ją praktykuję) i logicznie poprawna. Kto jej zarzuca coś ponad to, że jemu nie odpowiada albo nie akceptuje anarchizmu albo go nie rozumie. To drugie jest jego błędem, nie błędnym sformułowaniem anarchizmu.

Jest jeszcze jedno pytanie: ale co robić, skoro nie istnieje społeczeństwo, o którym marzę, w którym każdy sobie wyznacza własnego granice? Codziennie próbować ustalić choć jego ociupinkę, zachowując się tak, jakby już istniało. I traktować to zadanie jako świetną frajdę. Rzecz jasna, to odpowiedź dla mnie, mnie na to stać.