Dziedzictwo cnót zamiast zgliszczy po nich. MacIntyre vs. Nietzsche vs. Stirner

Co do Alasdaira: główny zarzut jego wobec liberalizmu indywidualistycznego jest taki, że ostatecznie ten indywidualizm sprowadza się do społeczeństwa manipulatorów, ponieważ każdy w nim robi co chce. Po pierwsze: powinno być, że myśli, że robi co chce. MacIntyre zdaje się postrzegać autonomię jako coś, co spada z nieba. Albo ze skończeniem 18lat. Kiedy, jeśli przyjąć, moim zdaniem realistyczną i użyteczną w myśleniu o człowieku, wizję jednostki, to jest ona istotą pierwotnie zależną, która się dopiero może się wyzwolić. I przynajmniej pierwsza część poprzedniego zdania powinna przypaść MacIntyre’owi do gustu. Druga – może mniej. Rzecz w tym, że jeśli nie ma mowy o niezależności, to nie ma mowy o manipulacji kogoś przez kogoś. Manipulant musi być wystarczająco autonomiczny, by przynajmniej samodzielnie móc określić, czego chce. A przeciętny człowiek, starający się manipulować nie jest wystarczająco autonomiczny, chyba, że najpierw uświadomi sobie swoje ograniczenia i zacznie je przezwyciężać. Czyli jest to projekt niedokonany. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek dokonuje się całkiem. Wydaje mi się natomiast wysoce prawdopodobnym, że w celu wyzwalania się unikać trzeba technik manipulacyjnych, tak samo jak władzy. Poza nieistotnymi wyjątkami wymagają one biegłości w poruszaniu się między innymi ludźmi, dużej socjalizacji (większej niż osób odmawiających sobie władzy i manipulacji), która wiąże się z poddaniem swojej woli intencjom nie własnym, ale kolektywnym. Bez działania kolektywnych intencji nie istniałyby instytucje niezbędne do manipulacji i władzy, chyba, że ktoś chciałby po prostu fizycznie eliminować wrogów i ewentualnie liczyć na to, że są tchórzami. Moim zdaniem to o wiele za mało. Czyli zarzut MacIntyre’a wobec indywidualizmu jest nietrafiony, gdyby indywidualiści chcieliby pojąć z łaski swojej, ze wolność nie jest im dana i że wolności nie dostaną w całości od nikogo – istotną jej część muszą zdobyć sami, okiełznując siebie. To nie wiele, do tego wystarczy odrobina realizmu, na który stać nawet liberałów. Zarzut jest słaby, bo nie oddaje istoty liberalizmu, zwłaszcza, jeśli jego istotą ma być indywidualizm

Co ciekawe, to, co chce zarzucić liberałom MacIntyre, świetnie trafia w niego. On proponuje społeczeństwo, które po prostu odrzuca zasadę dobrowolności uczestnictwa. Jego analiza praktyki podkreśla jedną rzecz – że jednostka musi poddać się czyjemuś autorytetowi i nie jest to autorytet fachowy, tylko deontologiczny, on nie przepisuje tego, co ktoś ma zrobić, by osiągnąć wyznaczone już sobie cele. On mówi komuś, jakie to są cele i ustala wszelkie inne zasady. Cóż z tego, że można dokonywać krytyki tych celów i zasad? Czy może je wyrażać człowiek będący kompletnym profanem? Otóż nie sądzę. Jednak każde dziecko będzie profanem wobec każdej tradycji i krytykować będzie ją mogło dopiero, gdy ją przyjmie. Tak to rozumie. Co w tym nie tak? Otóż praktyki, tak jak je rozumie MAcIntyre, nie tylko pozwalają pielęgnować cnoty i lepiej je rozumieć. Praktyki dają też ludziom moc wpływania na kształt swoje i cudzego życia. Dają im po prostu władzę – dlatego, że ktoś w nich uczestniczy. A część w nich uczestniczy przymusowo. Projekt MacIntyre’a to projekt władzy, która się replikuje kosztem tych, którzy mają jej się poddać, bez względu na to, czy się godzą, czy nie. Jest projektem tyranii i wyzysku dlatego. Wyzysk oznacza traktowanie kogoś jak przedmiot, środek do celu, narzędzie w takim celu, by zdobyć dzięki temu moc czy tam władzę i jest tym, co razi w stosunkach manipulacyjnych, które przypisuje MacIntyre społeczeństwu indywidualistycznemu. W ten sposób cała pisanina Alasdaira może być doskonała ideologiczną przykrywką dla woli mocy autorytetów moralnych. MacIntyre nie robi tego, co twierdzi, że zrobił – nie wykracza poza Nietzschego, nie może więc tez dowieść wyższości św. Tomasza nad biednym Fryderykiem.

Wyżej stoi jednak nasz niesforny Maxio. Niechcący chyba. Otóż, żeby byś swoim, być swoim mistrzem, nie można szukać władzy i nie można manipulować, przynajmniej dopóki nie osiągnie się doskonałej i pełnej autonomii – która jest najpewniej niemożliwa, z powodów biologicznych i kulturowych. Nawet autonomia jest czymś, co trzeba komuś wpoić, choć nie przymusowo, to na najbardziej prymitywnym poziomie za pomocą przemocy symbolicznej. Bunt przeciwko temu to po prostu kolejna zmora, kolejne kółko w głowie, pozbawiające człowieka sobości, autonomii, wolności czy jak to nazwiecie.

Jeśli więc kierowaniem sobą w swoim własnym życiu ma być celem branym na serio, ma być na poważnie uznane tym, co czyni życie dobrym, samorząd czyli autonomia musi wiązać zarówno z unikaniem władzy, jak i manipulacji, a także musi polegać na afirmacji tego, ograniczającego nas świata, bo jego negacja to obsesja, próba kompletnego wyrwania się z niego której gdyby się poświęcić, podporządkowałaby sobie życie obłąkanego nią. Czyli do przewrotu nanotechnologicznego jesteśmy grzeczni, my (hyhy), indywidualiści. A nawet po nim nie wiem, czy byłoby tak miło, ja nam się marzy. :)

Jedna odpowiedź to “Dziedzictwo cnót zamiast zgliszczy po nich. MacIntyre vs. Nietzsche vs. Stirner”

  1. dziwie się, że nie trafiłem tu wcześniej. Z chęcią będę zaglądał. Zapraszam też do mnie na Slowikozofia.pl – piszę na (czasem) podobne tematy. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s