Przewrotnie, wywrotnie, chwalę, pochwalam, by potępienia umarły tym bardziej gdy już upadnę

Jest noc i nie wiem kiedy pójdę spać, i nie wiem, co powinienem. Sny jakoby są po to, by być w nocy, a w dzień trzeba wstać, zagasić, zasikać może, sen i iść dalej. Ale ja nie zawsze chce pamiętać, że się obudziłem, nie zawsze chce myśleć, że nie śnie, wolałbym jednak odwrócić się znowu, jak dawno dawno temu, do siebie plecami w tym świecie ludzi przytulających się swoimi plecami do swoich pleców, z głowami oplecionymi koronami pajęczych oczu. Dlatego wolę nie wiedzieć. Dlatego nie zamierzam jeszcze spać, jeszcze nie tarez. Ta, przestawiłem litery, bo nie ma żadnego teraz poza tym teraz, które teraz właśnie już minęło. Wiem, że to dziecinne.

Co ja sobie myślę? Otóż jak zwykle myślę głównie o śmierci, od piątego roku życia, gdy w śnie, tak, znowu w śnie (co myśleć o człowieku, który nic nie robi tylko śni, ale doskonale wie, co sen, co jawa?) błagałem o niebo potężniejsze ode mnie głosy (tak, teraz pamiętam wyraźnie – głosy, nie żadnych tam bogów), by mnie ocaliły. Myślę o śmierci i przychodzi to samo do mnie, co wtedy, gdy zrozumiałem, że umrę i zacząłem płakać, przy mojej babci, a ona zaczęła mnie zapewniać, że śmieci jednak nie ma. Myślę o śmierci i zaraz pojawia się sprawa prawdy, równie stara i żywsza od babci. Acz, co prawda, to prawda, dziś już nie płaczę.

Boję się lub brzydzę, nie umiem zdecydować. Boję się lub brzydzę więc pisać, że świat jest niezmierzonym i niezmierzalnym bogactwem, bo brzydzę się tego słowa, „świat”, którego samo użycie pogrąża mnie i nie pozostawia żadnych wątpliwości, że sam sobie jestem winien. Winien jestem sobie, że za każdym spojrzeniem, z każdym wyłapanym dźwiękiem, zapachem czy dotknięciem i każdym słowem płosze coś, co bez nich jest tak oczywiście obok mnie i we mnie.

Jestem pijany, jestem naćpany, jestem spierdolony, zepsuty, nie do naprawy, jestem działającym złomem, meteorytem-zabójcą na emeryturze, nienaruszonym, choć miał zmieszać swój pył z pyłem swojego celu, niszcząc żywe i martwe.

Mówię więc po cichu, w głowie, a potem piszę – piękno. Piękno, czyli kapitulacja. Sen czy nie sen, śmierć czy nie śmierć i do diabła ze światem. Każda nazwa jest niezdarną próbą przybicia pojęcia do pustki w głowie, ponieważ nie da się przybijać pojęć do tej pustki za pomocą ich desygnatów. Dlatego czy śnimy, czy umieramy, czy zdążyliśmy przed tym zaglądnąć pod spódnice wszechświatowi i tak nie możemy się zbyt pochwalić, i zostaje nam wcale nie mądra i wcale nie przydatna cisza.

Postanowiłem się zakochać, zamieszkać, zadomowić i być. A potem już nie. Amen.

Komentarzy 5 to “Przewrotnie, wywrotnie, chwalę, pochwalam, by potępienia umarły tym bardziej gdy już upadnę”

  1. Podobno mężczyzna zmiennym jest ….

  2. No ale chodziło, że po tym zzz i b już nie będe robił zzz i b, ani niczego innego na nowo, ani niczego przeciwnego temu. Bo potem będzie śmierć. Diablico Czeremchowa. :*

  3. ajaj, nie zrozumialam Jasiowego kontekstu :)

  4. przechodzień Says:

    Jasieńku, tesz Cię kocham:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s