Archiwum dla Grudzień, 2011

Dziedzictwo cnót zamiast zgliszczy po nich. MacIntyre vs. Nietzsche vs. Stirner

Posted in Uncategorized with tags , , , , , on Grudzień 27, 2011 by Jaś Skoczowski

Co do Alasdaira: główny zarzut jego wobec liberalizmu indywidualistycznego jest taki, że ostatecznie ten indywidualizm sprowadza się do społeczeństwa manipulatorów, ponieważ każdy w nim robi co chce. Po pierwsze: powinno być, że myśli, że robi co chce. MacIntyre zdaje się postrzegać autonomię jako coś, co spada z nieba. Albo ze skończeniem 18lat. Kiedy, jeśli przyjąć, moim zdaniem realistyczną i użyteczną w myśleniu o człowieku, wizję jednostki, to jest ona istotą pierwotnie zależną, która się dopiero może się wyzwolić. I przynajmniej pierwsza część poprzedniego zdania powinna przypaść MacIntyre’owi do gustu. Druga – może mniej. Rzecz w tym, że jeśli nie ma mowy o niezależności, to nie ma mowy o manipulacji kogoś przez kogoś. Manipulant musi być wystarczająco autonomiczny, by przynajmniej samodzielnie móc określić, czego chce. A przeciętny człowiek, starający się manipulować nie jest wystarczająco autonomiczny, chyba, że najpierw uświadomi sobie swoje ograniczenia i zacznie je przezwyciężać. Czyli jest to projekt niedokonany. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek dokonuje się całkiem. Wydaje mi się natomiast wysoce prawdopodobnym, że w celu wyzwalania się unikać trzeba technik manipulacyjnych, tak samo jak władzy. Poza nieistotnymi wyjątkami wymagają one biegłości w poruszaniu się między innymi ludźmi, dużej socjalizacji (większej niż osób odmawiających sobie władzy i manipulacji), która wiąże się z poddaniem swojej woli intencjom nie własnym, ale kolektywnym. Bez działania kolektywnych intencji nie istniałyby instytucje niezbędne do manipulacji i władzy, chyba, że ktoś chciałby po prostu fizycznie eliminować wrogów i ewentualnie liczyć na to, że są tchórzami. Moim zdaniem to o wiele za mało. Czyli zarzut MacIntyre’a wobec indywidualizmu jest nietrafiony, gdyby indywidualiści chcieliby pojąć z łaski swojej, ze wolność nie jest im dana i że wolności nie dostaną w całości od nikogo – istotną jej część muszą zdobyć sami, okiełznując siebie. To nie wiele, do tego wystarczy odrobina realizmu, na który stać nawet liberałów. Zarzut jest słaby, bo nie oddaje istoty liberalizmu, zwłaszcza, jeśli jego istotą ma być indywidualizm

Co ciekawe, to, co chce zarzucić liberałom MacIntyre, świetnie trafia w niego. On proponuje społeczeństwo, które po prostu odrzuca zasadę dobrowolności uczestnictwa. Jego analiza praktyki podkreśla jedną rzecz – że jednostka musi poddać się czyjemuś autorytetowi i nie jest to autorytet fachowy, tylko deontologiczny, on nie przepisuje tego, co ktoś ma zrobić, by osiągnąć wyznaczone już sobie cele. On mówi komuś, jakie to są cele i ustala wszelkie inne zasady. Cóż z tego, że można dokonywać krytyki tych celów i zasad? Czy może je wyrażać człowiek będący kompletnym profanem? Otóż nie sądzę. Jednak każde dziecko będzie profanem wobec każdej tradycji i krytykować będzie ją mogło dopiero, gdy ją przyjmie. Tak to rozumie. Co w tym nie tak? Otóż praktyki, tak jak je rozumie MAcIntyre, nie tylko pozwalają pielęgnować cnoty i lepiej je rozumieć. Praktyki dają też ludziom moc wpływania na kształt swoje i cudzego życia. Dają im po prostu władzę – dlatego, że ktoś w nich uczestniczy. A część w nich uczestniczy przymusowo. Projekt MacIntyre’a to projekt władzy, która się replikuje kosztem tych, którzy mają jej się poddać, bez względu na to, czy się godzą, czy nie. Jest projektem tyranii i wyzysku dlatego. Wyzysk oznacza traktowanie kogoś jak przedmiot, środek do celu, narzędzie w takim celu, by zdobyć dzięki temu moc czy tam władzę i jest tym, co razi w stosunkach manipulacyjnych, które przypisuje MacIntyre społeczeństwu indywidualistycznemu. W ten sposób cała pisanina Alasdaira może być doskonała ideologiczną przykrywką dla woli mocy autorytetów moralnych. MacIntyre nie robi tego, co twierdzi, że zrobił – nie wykracza poza Nietzschego, nie może więc tez dowieść wyższości św. Tomasza nad biednym Fryderykiem.

Wyżej stoi jednak nasz niesforny Maxio. Niechcący chyba. Otóż, żeby byś swoim, być swoim mistrzem, nie można szukać władzy i nie można manipulować, przynajmniej dopóki nie osiągnie się doskonałej i pełnej autonomii – która jest najpewniej niemożliwa, z powodów biologicznych i kulturowych. Nawet autonomia jest czymś, co trzeba komuś wpoić, choć nie przymusowo, to na najbardziej prymitywnym poziomie za pomocą przemocy symbolicznej. Bunt przeciwko temu to po prostu kolejna zmora, kolejne kółko w głowie, pozbawiające człowieka sobości, autonomii, wolności czy jak to nazwiecie.

Jeśli więc kierowaniem sobą w swoim własnym życiu ma być celem branym na serio, ma być na poważnie uznane tym, co czyni życie dobrym, samorząd czyli autonomia musi wiązać zarówno z unikaniem władzy, jak i manipulacji, a także musi polegać na afirmacji tego, ograniczającego nas świata, bo jego negacja to obsesja, próba kompletnego wyrwania się z niego której gdyby się poświęcić, podporządkowałaby sobie życie obłąkanego nią. Czyli do przewrotu nanotechnologicznego jesteśmy grzeczni, my (hyhy), indywidualiści. A nawet po nim nie wiem, czy byłoby tak miło, ja nam się marzy. :)

Pisząc tylko za siebie

Posted in Uncategorized with tags , , on Grudzień 26, 2011 by Jaś Skoczowski

Z mojej skromnej wiedzy wynika że: nasze zmysły pomijają pewne szczegóły, nasz mózg selekcjonuje te informacje, a my tworząc wyjaśnienia (my w sensie – nasze mózgi gdy są świadome) dokonujemy dalszej selekcji. Potem to wszystko zostaje to wbite w język, który zniekształca nasze myśli i świadectwo zmysłów.

Stąd wnioskuje, że świat jest bogatszy, niż to widzimy, myślimy i wyrażamy. I ja ten świat kocham. W tym siebie w nim i innych ludzi. Skoro kocham, to jestem przeciwny temu, co ogranicza różnorodność świata, choćby przez tworzenie iluzji jednolitości i prostoty. Stąd jestem przeciwny władzy, jestem anarchistą – władza to jedna z takich tendencji do ujednolicania i upraszczania. Z racji też tych moich ciepłych uczuć do rzeczywistości jestem indywidualistą – kocham też siebie, chcę być i się rozrastać w najbardziej nieskrępowany sposób.

Tak, tej postawy nie można absolutyzować, bo obróciłaby się przeciw samej sobie. Będę rządził w życiu, będę szukał władzy, będę też prosto czuł i prosto myślał, i prosto mówił.

A chłopcy z yrizony wiedzą lepiej, dlatego im zostawiam kropki.

Polityka

Posted in Uncategorized with tags on Grudzień 19, 2011 by Jaś Skoczowski

Nie da się pomyśleć polityki bez decydowania o innych ludziach niezależnie od ich własnej woli. To sprawia, że zdrowo nienawidzę polityki. To postawa idioty – bo nie zniknie być może nigdy i najprawdopodobniej nigdy polityka. I dobrze, wybieram głupotę anarchisty. Nie, żeby nie było mądrych anarchistów, ale ja chcę być głupim anarchistą. Taki, który chce niemożliwego, chce, żeby można było dorysowywać gwiazdy na niebie i zmazywać horyzont gąbką. Anarchizm kusi mnie, bo obiecuje przewartościowanie i przesunięcie semantycznych suwaków, takie, które pozwoliłoby mi być bardziej sobą. Wymaga ono jednak nie tylko zmiany zewnętrznej, musiałbym widzieć inaczej świat, tak, by moje czyny, które wiem, że są decydowaniem o innych, nie mogłyby być w moich oczach decydowaniem o nich i vice versa. Mój problem jest wiec problemem tego, jak nie działać i działać zarazem. Mój autobus staje na przystanku taoizmu, jak zwykle nie dającym większej nadziei na cokolwiek.

To tak naprawdę i tak zawsze wymaga zaakceptowania czegoś zupełnie przeciwnego – to bycie jeszcze bardziej sobą, bo jestem czymś w stylu kwiatka na kamieniu, bo wyrastam z tego, co jest ewidentnie nie mną. I w dodatku to co nie jest mną jak najbardziej determinuje mnie. Jeśli chcę więc wyrażać siebie, najpierw muszę nie ukrywać kim jestem. A więc najpierw muszę to przyjąć z pełną szczerością, przyznać się do tego przed sobą samym.

Dlatego muszę czuć ciągle ten kompletny brak dającej się wyznaczyć ostatecznie granicy między mną, a osobami kompletnie przeciwnie ode mnie żyjącymi. Tak, żeby te wszystkie codzienne i niecodzienne konfliktu były jeszcze bardziej absurdalne dla mnie, jako mnie.

Wola, wolna wola, opór

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , on Grudzień 17, 2011 by Jaś Skoczowski

Największą szkodą o myśleniu o ludzkiej woli i wolności woli jest wyobrażanie sobie, że wola jest wtedy czysta, jeśli nie spotyka się z oporem. Wtedy oczywiście wszystkie, inaczej bzdurne, zarzuty wobec wolności woli wydają się takie sensowne, gdy wyobrazimy sobie, ze warunkiem wolności woli jest to, by nie spotykała ona żadnego oporu, w tym zwłaszcza – oporu w nas. Bo taka wola czym miałaby być i czym różniłaby się od dowolnego impulsu do działania? Rzecz w tym, że wolna wola może być przedstawiona inaczej i to wtedy twierdzenia, że jej nie ma są bezsensu. Otóż chcemy różne rzeczy i dążymy do różnych rzeczy ze względu na to że chcemy, ale to wcale nie znaczy, że nie robimy rzeczy wbrew nam. Jest to równie powszechne doświadczenie, jak to, że robimy co chcemy. Raz – zawodzimy, czyli chcemy coś zrobić i nie robimy nic, pomimo, że chcemy. Dwa – robimy mnóstwo rzeczy nieświadomie. Trzy – robimy świadomie rzeczy, nad którymi nie panujemy. I te stany są różne w stosunku do sytuacji, gdy robimy, co chcemy. Inną kwestią jest pytanie, dlaczego są różne.

Otóż są różne, ponieważ możemy czasem zrezygnować i Ci, którzy to opanowali mistrzowsko, mają najbardziej niezwiązaną wole, na ile się ją wyzwolić z jakiś determinacji. Ludzie natomiast, którzy nie potrafią sobie powiedzieć nie, zatrzymać samego siebie wolnej woli są pozbawieni. Nie wiem czy istnieją, ale jeśli istnieją, są pozbawieni. Dlaczego tak? Bo decyzje dotyczące tego, co robić są podejmowane nieświadomie po części. Żeby zrezygnować trzeba dokonać świadomego wysiłku. Stąd joga, najstarsza sztuka odmawiania samemu sobie, jest przydatna do wyhodowania sobie wolnej woli. Stąd też to istnienie oporu, wewnętrznego, jest najlepszym dowodem istnienia wolnej woli. Bo my ten opór przezwyciężamy.

Na koniec istotna uwaga – wolna wola to nie wolność, choć jest ona jej warunkiem koniecznym. Możesz być obdarzony wolną wolą, ale nie mieć niczego poza sobą i chcieć mieć coś poza sobą. Najprawdopodobniej będziesz chciał. I bez tego na nic Ci twoja wolna wola, jeśli jeszcze nie potrafisz zdobyć tego, czego chcesz. Rzecz w tym, że do zdobywania tego, co się chce, trzeba poddać się światu na różne sposoby, oddać władzę nad samym sobą czemuś, co nie znosi naszego sprzeciwu. Oto paradoksik który skłania libertarianina do szukania równowagi miedzy sobą, a światem. Całe szczęście, technik równoważenia jest mnóstwo – oczywiście najpierw trzeba wyjąć głowę z propertariańskiej (co znaczy dla przeciętnego Polaka niestety i może nie tylko Polaka, że też libertariańskiej) dupy.

Jeśli to nie moja rewolucja, nie tańczę

Posted in Uncategorized with tags , , , , , on Grudzień 14, 2011 by Jaś Skoczowski

Te słowa, które nie są słowami Goldman, są dla mnie ważniejsze, niż te o pracy i chlebie. Choć w zasadzie mówią o tym samym. Ludzie mają potrzeby, niezależnie na ich hierarchię. Tak, ta hierarchia określa kim jesteśmy. Ale nie tym, czym możemy być. Tak, bo hierarchię wartościowania można zmienić. Hierarrrrrrarchie wartości zmieniały się i zmieniają. Może podlega to jakiś prawom rozumianym jako prawa natury. Rzecz w tym, że gdybym chciał pogadać z fizykiem o prawach natury rozmawialibyśmy prawie kompletnie różnymi językami ze sobą, choć słowa tam byłyby w nich podobne – przynajmniej na ten temat. Czy miałbym gadać o tym z psychologiem? A na ile znają psychologowie psychikę ludzi sprzed 5000 lat? Odczytane teksty, z trudem odczytane, często z bardzo rzadkich materiałów odczytane – jak w nich wyrazić motywacje moralną? To, co ludzie chcą robić, bo to dobre i to co po prostu należy, bo należy. Itd?

Stąd nie, ja nie wiem, jaka jest do końca moja hierarchia wartości, bo mma kiepski materiał porównawczy. Wiem, że kocham i jestem zakochany, ale to nie wiele wyjaśnia. Jestem i już. Ludzie, którzy wiedzą, dlaczego taki jestem (czyli dlaczego mam tą hierarchię wartości) nie mają mi wiele do powiedzenia o mnie. Bardziej odpowiada mi obraz mnie jako np. paczłorka (mrugam do Ciebie, Diablątko). Bardziej interesuje mnie możliwość badania siebie i świata choćby przez badanie siebie i badanie innych. Nie wiem do końca, co to jest ten paczłork, ale chyba można przynajmniej do niego przyszyć łątkę do łatki. A może nawet można przerobić. Ludzie patrzący na mnie mają dla mnie więcej ciekawych informacji, choć tak, te informacje są często przez to sprzeczne.

Dlaczego nie miałbym tak postrzegać innych? I teraz, prosto (a nie wiem do końca, czy to jest dobre uproszczenie) mówiąc – jak chce dla nich dobrze, to wymagałoby to ode mnie tez potraktowania ich jak poczłorków, bo się podrą. To nie tyle jest dla mnie oczywiste, ale to jedyne zdanie, którym potrafię odpowiedzieć. Co znaczy, że cenie tę jakość (to jest dobre słowo?), które jest paczłorkowatością. Acz owszem, nie do końca go ogarniam. Nie mogę być tak sprawni, jak inni, za dużo szczegółów. A i tak je przegapiam.

Podejrzewam nawet, że są ludzie zdecydowanie bardziej zbudowani – wiem, że po prostu robię w życiu coś innego, a oni coś innego. To najważniejsze. Nie to, że coś myślą, nie to, że się ruszają. Robią. To, że dostrzegam (nie potrafię zrobić z tego czasu przyszłego, jezu, nie potrafię po polsku) w nich nieco nieładu. Nie cały nie ład. Jest porządek. Który można wywrócić i przewrócić i dalej będzie porządkiem. Nawet wiec uporządkowani przypominają coś, co czego można coś dodać.

Nie wiele, w porównaniu do tego, co sobie potrafię wyobrazić, mogę. Haha. Jednak mogę ćwiczyć jogę i zrozumieć, po co jest w kolejności asanów powtórzenie pierwszej figury – w ten sposób poznaje siebie i nie tylko, o czym już pisałem. Bo to jest taniec.

Moja bezradność to nie jest to, czemu pozwoliłbym sprawić, że przestanę być sobą. No chyba, że obiecywałoby to kogoś ciekawszego. :)

Przewrotnie, wywrotnie, chwalę, pochwalam, by potępienia umarły tym bardziej gdy już upadnę

Posted in Uncategorized with tags , on Grudzień 6, 2011 by Jaś Skoczowski

Jest noc i nie wiem kiedy pójdę spać, i nie wiem, co powinienem. Sny jakoby są po to, by być w nocy, a w dzień trzeba wstać, zagasić, zasikać może, sen i iść dalej. Ale ja nie zawsze chce pamiętać, że się obudziłem, nie zawsze chce myśleć, że nie śnie, wolałbym jednak odwrócić się znowu, jak dawno dawno temu, do siebie plecami w tym świecie ludzi przytulających się swoimi plecami do swoich pleców, z głowami oplecionymi koronami pajęczych oczu. Dlatego wolę nie wiedzieć. Dlatego nie zamierzam jeszcze spać, jeszcze nie tarez. Ta, przestawiłem litery, bo nie ma żadnego teraz poza tym teraz, które teraz właśnie już minęło. Wiem, że to dziecinne.

Co ja sobie myślę? Otóż jak zwykle myślę głównie o śmierci, od piątego roku życia, gdy w śnie, tak, znowu w śnie (co myśleć o człowieku, który nic nie robi tylko śni, ale doskonale wie, co sen, co jawa?) błagałem o niebo potężniejsze ode mnie głosy (tak, teraz pamiętam wyraźnie – głosy, nie żadnych tam bogów), by mnie ocaliły. Myślę o śmierci i przychodzi to samo do mnie, co wtedy, gdy zrozumiałem, że umrę i zacząłem płakać, przy mojej babci, a ona zaczęła mnie zapewniać, że śmieci jednak nie ma. Myślę o śmierci i zaraz pojawia się sprawa prawdy, równie stara i żywsza od babci. Acz, co prawda, to prawda, dziś już nie płaczę.

Boję się lub brzydzę, nie umiem zdecydować. Boję się lub brzydzę więc pisać, że świat jest niezmierzonym i niezmierzalnym bogactwem, bo brzydzę się tego słowa, „świat”, którego samo użycie pogrąża mnie i nie pozostawia żadnych wątpliwości, że sam sobie jestem winien. Winien jestem sobie, że za każdym spojrzeniem, z każdym wyłapanym dźwiękiem, zapachem czy dotknięciem i każdym słowem płosze coś, co bez nich jest tak oczywiście obok mnie i we mnie.

Jestem pijany, jestem naćpany, jestem spierdolony, zepsuty, nie do naprawy, jestem działającym złomem, meteorytem-zabójcą na emeryturze, nienaruszonym, choć miał zmieszać swój pył z pyłem swojego celu, niszcząc żywe i martwe.

Mówię więc po cichu, w głowie, a potem piszę – piękno. Piękno, czyli kapitulacja. Sen czy nie sen, śmierć czy nie śmierć i do diabła ze światem. Każda nazwa jest niezdarną próbą przybicia pojęcia do pustki w głowie, ponieważ nie da się przybijać pojęć do tej pustki za pomocą ich desygnatów. Dlatego czy śnimy, czy umieramy, czy zdążyliśmy przed tym zaglądnąć pod spódnice wszechświatowi i tak nie możemy się zbyt pochwalić, i zostaje nam wcale nie mądra i wcale nie przydatna cisza.

Postanowiłem się zakochać, zamieszkać, zadomowić i być. A potem już nie. Amen.

Przymus i jego stopnie

Posted in Uncategorized with tags , , on Grudzień 5, 2011 by Jaś Skoczowski

Argument, z którym się spotkałem jest taki: jako anarchista chcesz narzucić ludziom anarchizm. Są ludzie, którzy chcą żyć w państwie. Jasne, oni chcą Ciebie do tego zmusić, ale Ty chcesz ich przymusem pozbawić państwa. Odpowiadam tak: za pewne do czegoś chce ich zmusić w pewnych okolicznościach, ale nie do nieposiadania państwa. Bo do tego nie da się nikogo zmusić. Przymus to relacja, w której ktoś komuś coś robi – zmusza dokładnie. Żeby nie być w twoim państwie nie muszę nic Ci robić, wystarczy, że Ci czegoś nie robię – nie słucham twoich poleceń. Natomiast, żebym ja był w twoim państwie pod przymusem, to Ty musisz lub ktoś w twoim imieniu musi (to też różnica, nikt nie może w moim imieniu usunąć mnie z państwa!) coś mi zrobić – sprawić, bym działał wbrew sobie, czyli zmusić. Stąd nie, na pewno nie chce nikogo zmusić do nie posiadania państwa, ale fakt, chciałbym zmuszać ludzi lub uczestniczyć pośredniczyć w zmuszaniu ludzi do tego, by nie zrzeszali przymusowo nikogo w jakieś organizacje.

I teraz o stopniowaniu: ktoś potrafi w takiej sytuacji powiedzieć – ha, ale to dalej przymus! Jesteś taki sam! Przymus jest stopniowalny i nie jest stopniowalny całkiem subiektywnie właśnie dlatego, że jest relacją między co najmniej dwojgiem ludzi, a nie np. cechą. Jeśli nic Ci nie robię, nie zmuszam Cię. Mogę Ci robić więcej i mniej. Więcej robię Ci tym bardziej, czym mniej masz na to wpływ, czy Ci robię. Fizyczna przemoc, nawet odparta, robi coś więcej nawet niż krzyk, słowa, sugestia. Fizyczna przemoc wobec wystarczająco słabego człowieka sama w sobie pozwala go np. przenieść z miejsca na miejsce. Pozbawić zdrowia. Albo życia.

I dlatego np. uważam, że trzeba unikać fizycznej przemocy i stosować ją głównie w samoobronie. Nie lubię tez ludzi oceniać – z tego samego powodu, ale w mniejszym stopniu. I tak dalej – wszystko w zależności od tego, na ile kogoś do czegoś zmuszam.
Wszystko to potrafię ładnie wyjaśnić anarchizmem, który jest pewną teorią praktyki życia z innymi ludźmi. Jeśli teraz ktoś twierdzi dalej, że anarchizm to po prostu nic innego jak etatyzm, to niech mi wskaże, że etatyzm polega na tak skrupulatnym unikaniu przymusu. Jeśli nie, to jednak jest różnica i to właśnie ta, która pozwala niehipokrytycznie krytykować anarchistom etatystów.

Ps. Wpis zainspirowany rozmową Daggera z yrizony i oczywiście pierdylionem rozmów z Diablątkiem. Dziękuje, że mnie zapładniacie. Inseminatory. Hyhy.