– 0

Tak się złożyło, że jestem bardzo przywiązany do samego siebie. Nie chodzi o to, że bronię swojej tożsamości, czy staram się jasno przynajmniej ja określić. Takie próby kończyły się zmęczeniem i wcale nie czuję się z nimi swojsko – czyli tym bardziej to mnie nie przywiązuje do mnie samego. Raczej – jedyne co pozostaje mi, to być spontanicznym, bo wszelkie intencjonalne działanie mi nie wystarcza. Gdybym miał trzymać się działań, które mają swój przedmiot i ich istnienie zależne jest od tego, czy mogę sobie je uświadomić (tak można scharakteryzować działanie z intencją, za wikipedią i Searlem). Jednak nawet działanie spontaniczne, pozbawione intencji, nie pozbawia mnie poczucia siebie. To poczucie to nie jest już nazywanie siebie, twierdzenie, że się jest, nie jest też wskazywaniem siebie itd. (wszystko to jest intencjonalne). To poczucie jest po prostu czuciem samego siebie, bez pośrednictwa jakichkolwiek znaków – jeśli nigdy tego nie czułeś, to zwyczajnie jesteś tego pozbawiony i nie da Ci się tego wytłumaczyć. Nie mogę wytłumaczyć, ale wskazuję na wnioski Anscombe dotyczące słowa „ja” – że nie jest ono nazwą, moim zdaniem to dobry drogowskaz dotyczący tego, co to znaczy, że ktoś siebie czuje. Nie umiem się go pozbyć, tego poczucia, kocham go. To moje egoistyczne przywiązanie, nie będę zbawiony.

No ale przecież nie szukam zbawienia. Już nie. Jestem przekonany, że po prostu czucie siebie to czucie tego, co we mnie jest puste, pełne i nijakie. Przez to nie można tego wskazać, bo przedmiotów nijakich i pustych nie da się wskazać. Mogę za to po prostu to czuć. Milcząco.

Ale to ma znaczenie polityczne. Fundamentalnie polityczne. To znaczy, że żadne moje określenie nie wystarczy mnie, bo kocham siebie i jestem do siebie przywiązany. To znaczy, że żadna wspólnota mi nie wystarczy do szczęścia, To znaczy, że muszę mieć szanse przemilczenia czegoś i bycia pozostawionym samym. I unikania innych. A zwłaszcza – nie wchodzenia w ich życie. Żeby to, co we mnie pozytywne nie brało góry nad resztą. Przez to jestem antypolityczny i przez to jestem anarchistą, zwłaszcza – indywidualistycznym anarchistą. Bo to indywidualizm nadaje się do wyrażenia pustki i nieokreśloności. I dlatego wielką szkodę wyrządziły mu te koncepcje, które podkreślały tylko pozytywne aspekty jednostek.

Choć oczywiście, szkodę indywidualiście robi sobie on sam, bo to co w nim pozytywne jest skazane na sukces. Język ma publiczny charakter i każdy jeżyk uprzywilejowuje to co pozytywne. Natomiast ludzie nie mogą ochronić się przed językiem zazwyczaj, wnika do nich bardzo wcześnie, a Ci, którzy zostali przed nim ochronieni, wcale nie muszą być szczęśliwsi.

Dlatego fajnie jeszcze kogoś kochać, znając to, co w nim da się opisać, lubiąc to, ale także starając się choć trochę uszanować w nim to, co musi przemilczeć, żeby czuć siebie.

Robertowi Antonowi Wilsonowi, Ludwigowi Wittgensteinowi, Gertrud Elisabeth Margaret Anscombe, Johnowi Rogersowi Searlemu, Lao Tsemu, Czuangowi Dze i wielu innym. Ale przede wszystkim i w pierwszej kolejności Diablątku.

EDTHŁ a sorry Max. Tak, Stirnerowi te sporo zawdzięczam, choć nic nie jestem dłużny, hyhy.

Komentarze 2 to “– 0”

  1. czytam i szukam drugiego dna. bo tak wprost to jeszcze nie rozumię. ale lubię Ciebie. Jak piszesz…

  2. Dziękuje Tato. Przy czym może po prostu nie ma drugiego dna i może najzwyczajniej w świecie piszę rzeczy bez sensu. Ja nie potrafię czasem tego sprawdzić, a potem mi się nie chce. W dodatku niechcący połykam słowa.

    Kocham Cię.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s