Archiwum dla Październik, 2011

Dwa brzegi alienacji

Posted in Uncategorized with tags , on Październik 24, 2011 by Jaś Skoczowski

Wyobcowania czyli alienacji, którą pozwole sobie tu rozumieć jako po prostu czucie się obcym lub/i bycie nim. Uważam, że są dwie drogi do czucia się obcym.

W jednym przypadku jest tak, że nagle cały świat jest przeciwko mnie. Coś takiego wizualizował sobie Stirner i coś takiego nas dotyka i wcale nie jest takie fajne, jak się Stirnerowi wydawało. Walka wymaga zaangażowania, a angażowanie się w walkę oznacza zajmowanie się tym, co nie jest nami i co się stać nami nie może, dopóki tego nie pokonamy, czyli albo zniewolimy, albo zabijemy. Wyobcowanie tutaj jest wyjątkowo bolesne – nie możemy zająć się sobą, bo musimy czujnie obserwować wroga, musimy tez zgadywać, co knuje. Redukujemy się do maszyny, która walczy, czyli czymś, a wróg staje się coraz bardziej kimś, choć pierwotnie można go ujmować tylko jako coś, jako cel. Podobnie jest zresztą z niewoleniem kogoś. Nie lubię tego wyobcowania. Jest też nie do pogodzenia z drugim, choć może drugie powodować – jeśli ktoś nie ma siły walczyć, bo nie godzi się na upraszczanie wroga w swoim obrazie. C ow sumie może się zdarzyć, gdy stanie się za bardzo podmiotem.

Ale jest inne wyobcowanie, również czasem bolesne, ale inne, bo ma inne źródło i inny przebieg. Wyłania się z doświadczenia świata jako nieskończenie złożonego i z samoświadomości. Jest to wyobcowanie głębsze w tym sensie, że nie czuje się tylko obco wobec rzeczywistości która nie jest mną, przez to, że zwyczajnie nie mogę jej tak po prostu zrozumieć, że wszelkie, służące mi do tego zrozumienia wyobrażenia okazują się blade, bo są tylko uproszczeniami. Czuję się wyobcowany również dlatego, w tym rodzaju wyobcowania, bo sam sobie jestem obcy, bo tak bogaty. Mam więc mnóstwo przedmiotów, punktów na mojej mapie, w tym jeden wyróżniony, ruchomy, który mówi mi „jesteś tutaj” i choć w działaniu nie muszę nic więcej rozważać (najwyżej widzę co pewien czas, że mapa jest niedokładna, ale nie ma w tym większej filozofii), to gdy zacznę, bez potrzeby, coraz bardziej wszystko, co na mapie wydaje mi się bezsensowne w zestawieniu z tym, co czuję, a czuję siebie i resztę świata (moja mapa jasia realisty). Pozostaje kontemplacja, chłonięcie wszystkiego jak leci, w ciszy, którego nie da się opisać, no bo odbywa się w ciszy. I ból, gdy nie możemy się wyciszyć jakoś, a zastanawiamy się zbytnio.

Pomimo tego, że to drugie wyobcowanie boli, to wole je od pierwszego. To drugie także może prowadzić do pierwszego, wcale nie musi skończyć się na kontemplacji, przecież jest całkiem sensownym zabić kogoś z inną mapą, to upraszcza sytuacje i dodaje odrobinę sensu do naszym ubożuchnych wyobrażeń. Można zapewne także całe życie spędzić na tępieniu innych, którzy wyobrażają sobie świat inaczej i w ten sposób uciekać. Dlatego to pierwsze wyobcowanie jest nie do pogodzenia z tym drugim. Musi być ucieczką przed tym drugim, choć to drugie może tę ucieczkę spowodować.

Powód dla którego lubię drugie, a nie lubię pierwsze jest taki sam: bo tylko dzięki drugiemu mogę wybrać kontemplację i tylko to doświadczenie czyni mnie kompletnie odrębnym mną, bo jest tylko moje i nie da się go upublicznić.

wyprzedaję złudzenia

Posted in Uncategorized with tags on Październik 19, 2011 by Jaś Skoczowski

Jeden z jakiś prekursorów taoizmu miał jakoby odpowiedzieć na pytanie, czy kiwnąłby palcem dla zbawienia świata, że nie. No to ja się dziś tak czuję – nie kiwnąłbym (no dobsz, kiwnąłbym, jakby Diabełek powiedziała, żebym tak zrobił, ale na jej punkcie jestem pojebany). Tak, to oznaczałoby mój koniec. Ale nie, nie zabiłbym się. Raz jedenjedyny myślałem o tym na poważnie. Dzień tej głupoty nauczył mnie, że siebie kocham. Bardzo.

Mam ogromną ochotę być czymś bliżej nieokreślonym i prawie nie będącym, i nie mieć dziurek, przez które by mi się wkradał świat, ten popierdolony, hałaśliwy, a przede wszystkim – nie lubiący mnie świat. Który, swoją drogą, przypomina i to bardzo duszną klasę z dwudziestoma ośmioma pokurwieńcami i mną na doczepkę. Jestem w nim zamknięty i z nimi. No dobrze, może niektórzy są całkiem sympatyczni, ale nie w tej trudnej do zniesienia sytuacji. Bo Tu jest po prostu duszno i nikt kurwa już na to nie zwraca uwagi, tylko ja, więc tu nie jest duszno, nie, mnie się tylko zdaje. W dodatku już wiem, że nie ma żadnego mądrego nauczyciela, jest tylko kolejny pokurwieniec który wymierza władzę za pomocą dziennika. Albo pałki, albo ustawy, albo forsy, która macha Ci przed nosem.

No i ja bym nie uciekał z mojego kochanego, rodzinnego wiezienia, nie. Nawet jakby płonęło, chciałbym to zobaczyć dokładnie.

xxx

Mój pokój jest pusty oprócz materaca. Mój pokój jest pusty oprócz materaca. Mój pokój jest pusty oprócz materaca. Mój pokój. Mój. Mój. Moje. Puste. Zamiatałem tu tylko raz i tylko po tym, jak wyrzuciłem wszystko inne niż materac. Nie potrzebuje niczego więcej. Zakleiłem szyby. Na czarno. Zrobiłem tylko jedną małą dziurkę. Może coś się zmieni. Daje mu szansę.
Nie piję, nie palę, nie jem, nie chodzę siku ani kupę, nie ruszam się z materaca, patrzę w górę, to znaczy na sufit. Chyba, w końcu jest ciemno. Oddycham. Jestem w domu, wróciłem do mojej najpierwszej, najprawdziwszej matki.
Alealeale przecież nie wygłuszyłem pokoju. Stąd przyjdzie mamusi umrzeć. A mnie zedrzeć czarny papier z okna. Tylko, że porąbałem meble. Wszystko nie tak. Wszystko w normie.

wiersz: mój apetyt

Posted in Uncategorized on Październik 18, 2011 by Jaś Skoczowski

właśnie połykam Europę
skrawek po Azji
który przyszedł po Amerykach
a zaczęło się od Australii

potem będą jeszcze okruchy wysp
i kilka słonych łyków
na deser lody

a potem Słońce, śliczne jabłuszko z niego
potem pączki, 9 pączków
potem zobaczy się

– 0

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Październik 12, 2011 by Jaś Skoczowski

Tak się złożyło, że jestem bardzo przywiązany do samego siebie. Nie chodzi o to, że bronię swojej tożsamości, czy staram się jasno przynajmniej ja określić. Takie próby kończyły się zmęczeniem i wcale nie czuję się z nimi swojsko – czyli tym bardziej to mnie nie przywiązuje do mnie samego. Raczej – jedyne co pozostaje mi, to być spontanicznym, bo wszelkie intencjonalne działanie mi nie wystarcza. Gdybym miał trzymać się działań, które mają swój przedmiot i ich istnienie zależne jest od tego, czy mogę sobie je uświadomić (tak można scharakteryzować działanie z intencją, za wikipedią i Searlem). Jednak nawet działanie spontaniczne, pozbawione intencji, nie pozbawia mnie poczucia siebie. To poczucie to nie jest już nazywanie siebie, twierdzenie, że się jest, nie jest też wskazywaniem siebie itd. (wszystko to jest intencjonalne). To poczucie jest po prostu czuciem samego siebie, bez pośrednictwa jakichkolwiek znaków – jeśli nigdy tego nie czułeś, to zwyczajnie jesteś tego pozbawiony i nie da Ci się tego wytłumaczyć. Nie mogę wytłumaczyć, ale wskazuję na wnioski Anscombe dotyczące słowa „ja” – że nie jest ono nazwą, moim zdaniem to dobry drogowskaz dotyczący tego, co to znaczy, że ktoś siebie czuje. Nie umiem się go pozbyć, tego poczucia, kocham go. To moje egoistyczne przywiązanie, nie będę zbawiony.

No ale przecież nie szukam zbawienia. Już nie. Jestem przekonany, że po prostu czucie siebie to czucie tego, co we mnie jest puste, pełne i nijakie. Przez to nie można tego wskazać, bo przedmiotów nijakich i pustych nie da się wskazać. Mogę za to po prostu to czuć. Milcząco.

Ale to ma znaczenie polityczne. Fundamentalnie polityczne. To znaczy, że żadne moje określenie nie wystarczy mnie, bo kocham siebie i jestem do siebie przywiązany. To znaczy, że żadna wspólnota mi nie wystarczy do szczęścia, To znaczy, że muszę mieć szanse przemilczenia czegoś i bycia pozostawionym samym. I unikania innych. A zwłaszcza – nie wchodzenia w ich życie. Żeby to, co we mnie pozytywne nie brało góry nad resztą. Przez to jestem antypolityczny i przez to jestem anarchistą, zwłaszcza – indywidualistycznym anarchistą. Bo to indywidualizm nadaje się do wyrażenia pustki i nieokreśloności. I dlatego wielką szkodę wyrządziły mu te koncepcje, które podkreślały tylko pozytywne aspekty jednostek.

Choć oczywiście, szkodę indywidualiście robi sobie on sam, bo to co w nim pozytywne jest skazane na sukces. Język ma publiczny charakter i każdy jeżyk uprzywilejowuje to co pozytywne. Natomiast ludzie nie mogą ochronić się przed językiem zazwyczaj, wnika do nich bardzo wcześnie, a Ci, którzy zostali przed nim ochronieni, wcale nie muszą być szczęśliwsi.

Dlatego fajnie jeszcze kogoś kochać, znając to, co w nim da się opisać, lubiąc to, ale także starając się choć trochę uszanować w nim to, co musi przemilczeć, żeby czuć siebie.

Robertowi Antonowi Wilsonowi, Ludwigowi Wittgensteinowi, Gertrud Elisabeth Margaret Anscombe, Johnowi Rogersowi Searlemu, Lao Tsemu, Czuangowi Dze i wielu innym. Ale przede wszystkim i w pierwszej kolejności Diablątku.

EDTHŁ a sorry Max. Tak, Stirnerowi te sporo zawdzięczam, choć nic nie jestem dłużny, hyhy.