Jak jasio chce, by było stanowione prawo

Tytuł jest żartobliwy. Hahahaha. A teraz będę poważniejszy – napisze rzeczywiście o pewnym, schematycznym, bardzo bardzo schematycznym ujęciu mojej wizji stanowienia prawa. Mojej, czyli takiej, o której marzę, żeby była (dlaczego gdy pisze, że o czymś marze, zawsze mam skojarzenia autoerotyczne? To proste, bardzo siebie kocham). Nie jest wyjątkowo nowa, to po prostu moja wersja czegoś, co jeśli nie było już, to jest czymś bardzo podobnym do pomysłów starszych.

Najpierw zacznę od tego, czego nie popieram. Nie popieram libertarianizmu rozumianego jako przekonanie, że każdy ma prawo do decydowania o sobie/autonomii/samoposiadania. Dlaczego? Bo uważam to za rozwiązanie za wąskie, to raz. Znaczy, za wąskie, jeśli ma cokolwiek znaczyć. Ja muszę gdzieś się kończyć, wy też i to zazwyczaj jest moje ciało, ewentualnie moje wytwory, ewentualnie moje pomysły, uczucia, odczucia itd. To jest za mało dla wielu ludzi. Ten pomysł już przerabiano i wąska grupa cwaniaków i tak potrafiła go tak przemielić, że jesteśmy, gdzie jesteśmy, i jest to raczej dupa, nie usta Pana Boga Naszego. Poza tym, to po prostu nie wystarcza. Nie wystarczy mi mieć kontroli nade mną, czyli moim ciałem i całą wymienioną resztą. Bo mnóstwo rzeczy które chce ze sobą robić po prostu wkraczają w drugiego człowieka.

No to co w zamian? Najpierw nazywałem to kontraktarianizmem anarchistycznym (czy odwrotnie), a teraz już nie i zmiana nazewnictwa nie jest kompletnie arbitralna – bo kiedyś to mi się wydawało prostsze i postrzegałem pewien element jako niedogodność, z którą nie da się nic zrobić. Były nimi konflikty, którzy rodziłyby się miedzy ludźmi, którzy jak dotąd co do niczego się ze sobą nie zgodzili oraz konflikty ludzi, którzy nagle przestali się zgadzać. Teraz konflikty takie uważam, że mogą nie być tylko jakimiś anomaliami systemu – że mogą być ich istotnym elementem, o ile istniałyby obyczaje pozwalające rozgrywać je tak, że nawet przegrany nie ulega kompletnej kasacji, czyli, że może się tez odbić od dna, na które spadł. Bo wtedy ktoś mógłby realizować swoje dobre, kosztem kogoś innego, ale nie do końca, nie do cna, a jednocześnie każdy by w końcu mógł być szczęśliwy. Obyczajów takich, o których właśnie napisałem może być naprawdę wiele, może nim być np. ponowne rozstrzyganie konfliktu po jakimś czasie, wymóg kompromisu do jakiegoś stopnia, odraczanie rozstrzygnięć, zakaz mordowania wroga, jeśli ten sam nie morduje nas itd. Całe mnóstwo rozwiązań. Nie znaczy to wcale, że możliwy jest świat bez konfliktów, w których ktoś tylko traci, bo inny zyskuje. Jednak minimalizowanie tej szkody jest ważne. Czemu? Jestem indywidualistą. Chcę żyć maksymalnie swoim życiem, czyli ani nie pozwolić innym zakłócać mojego życia, ani nie zajmować się na tyle cudzym życiem, żeby cudze życie stało się moim dlatego, że ja się od niego tak bardzo uzależnię. Wydaje mi się, że bez tych dwóch rzeczy nie ma mowy o indywidualizmie. W dodatku – jestem indywidualistą, który dobrze życzy ludziom. Te dwie sprawy sprawiają, że chce żyć w świecie, w którym ktoś rozwija się jak najswobodniej i jak najzdrowiej jednocześnie. A jeśli unikamy sytuacji, w której całkiem kogoś niszczymy, zawsze dajemy mu choć minimum szans na to. A myślę, że tych szans byłoby wiele więcej, bo ludzie potrafią wiele więcej niż unikać kompletnej eliminacji przeciwników. Czyli, gdyby przyciąć naszą drapieżność, spiłować nam pazurki, to już byłoby, no, wspaniale.

To nie wszystkie zmiany w anarchistycznym kontraktarianizmie (anarchizmie kontraktarianistycznym?) – jak sama nazwa wskazuje, prawa w zgodzie z tym poglądem powinny powstawać z umowy. Ja teraz wskazuje na dwa źródła i to hierarchicznie ułożone – najpierw jest wola jednostki dotycząca jej, potem dopiero kontrakt (stąd odrzucam kontrakty niewolnicze). Ma to tez oczywiście źródło w moim indywidualizmie, bo jak to tak mogłoby być, że prawo do czegoś ma ktoś tylko wtedy, jak ktoś z nim się zgodzi co o tego, że to prawo ma?

To nie tak, że chce, by człowiek miał prawo robić ze sobą co chce, tylko, by miał dowolne prawo, jakie sobie nada. Nawet do 3 darmowych posiłków dziennie. Z tym że ktoś może sobie zastrzec prawo do bycia wolnym od jakichkolwiek przymusowych świadczeń na rzecz kogokolwiek. I te dwa prawa musiałyby obowiązywać i być równie ważne. A że się kłócą? Konflikt praw niech będzie rozstrzygany przez konflikt uprawnionych podmiotów, przy czym patrzcie na uwagi z góry. Tak, domyślam się, że nie wszystko dałoby się doskonale uładzić dzięki takim rozwiązaniom. Ale uważam też, że np. powstrzymanie kogoś przed gwałtem zdecydowanie nie usuwa go całkiem, nawet jeśli staje się on naszym przeciwnikiem z tego powodu. Tak wiec najoczywistsze (przynajmniej dla mnie) rzeczy można byłoby robić i nie walczyć w praktyce z doktryną, którą się głosi.

Po co ja to piszę? Bo chce być mróweczką współtworzącą to, co nazywam anarchistycznym paradygmatem polityki, który zresztą politykę wywróciłby do góry nogami (osiągnięcie zera decyzji kolektywnych to zamiar, który zazwyczaj przylepia się tak czy inaczej do anarchisty, a to wywróciłoby politykę w dzisiejszym rozumieniu). A ostatnio, nomen omen, w „Polityce” przebąkneli o staruteńkim pomyśle gwarantowanego dochodu (rocznego czy jakiegoś tam) – przy okazji omawiania strasznej sytuacji, jaka nas trapi teraz, kryzysu i nowych bidaków w europie, co nie tyle maja kijowo w pracy, co w ogóle nikt ich do pracy nie chce, a jednocześnie są przemądrzali i że mogą być zarzewiem Nowej Lewicy. Pisze nas, bo się zaliczam do tej klasy społecznej, tych bidaków, hyhy, jak fajnie być w klasie rewolucyjnej, hyhy, w dodatku, ta lewica mogłaby się nie spodobać red. Orlińskiemu, znaczy przez chwilę nie spodobać, potem zaraz pojąłby, że w sumie to, hyhy, że on zawsze taką lewicą był!

No więc: to jest bardzo pomysł w tym duchu, o którym pisze, taki gwarantowany dochód gwarantowałby, że nikt nie może mnie sterroryzować ekonomicznie tak zupełnie, stąd walka np. na linii „pracodawca” (który jest po prawdzie pracobiorcą)/”pracownik” (czyli po prawdzie pracodawca) nabrałaby kształtów pożądanych. Przeze mnie, rzecz jasna. Nadziejka. Malutka. Nadzieżna. W spódnicy do kolana. Jasnozielonej. W koszulce na ramiączkach (alternatywnie ramionczkach). Ciemnozielonej. I w lapkach. Opalona na złoto. Szatynka…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s