Z tym się rodzisz (i umierasz, choćby bolało)

Człowiek kiedyś mi tak odpowiedział: tak, urodziłem się anarchistą. Coś podobnego dotyczy mnie.

Nie napisze, że się urodziłem taki. Ale szybko się tego nauczyłem. Odrębności. Najpóźniej w 3 klasie podstawówki choćbym chciał, to się odklejałem od towarzystwa i dalej było bardziej. I już tak zostało.

Kiedyś wydawało mi się, że odstawanie nie jest istotne. Że nie decyduje o indywidualizmie. Nie rozumiałem kolektywów, wydawało mi się, że są głównie dobrowolne, że ich istotą jest dobrowolność. Że w większości przypadków po prostu przyjmujemy je i tworzymy swoją zgodą. Na wiele sposobów to nieprawda. Raz: pierwsze wspólnoty do których wpadamy takie nie są – rodzina to absolutny przymus i pierwotny. Przynależysz do niej, zanim w ogóle potrafisz wyrażać wolę, a co dopiero – realizować ją. Dwa – te wspólnoty nie mają wyraźnych władców, ich władcami jest ich sama struktura i struktury na nie się składające. Trzy – te struktury są zorganizowane według pewnych zasad działania. Za panem, którego czytam, fapając na potęgę, Gerorgem Palante, pokuszę się o stwierdzenie – jedną z podstawowych zasad działania kolektywów jest dominacja jednostek do nich należących, kolektywna „wola mocy” tkwi w kolektywach. I inne zasady są podporządkowane temu pierwotnemu impulsowi (ha i tego chyba MacIntyre chyba nie bardzo się spodziewał?).

Odstawanie jest ważne więc, cholernie, bo to, czy występuje i w jakim stopniu fundamentalnie określa kim jesteś. Jesteśmy społeczni, uspołecznienie na maksa i to, czy chcemy się dystansować, czy nie, to podstawa naszej tożsamości (a nie ciągłość narracyjna, ba, podstawą niektórych tożsamości jest zerwany brak ciągłości). Bo albo mamy ładnie zharmonizowany z społecznościami, którymi jesteśmy członkami, charakter albo nie (to oczywiście spektrum, nie dwie kropki rozdzielone nieskończenie wielką przepaścią). W pierwszym da się nas najlepiej definiować w terminach opisujących kolektyw, jako jego część, w drugim liczą się cechy które dotyczą głównie lub tylko nas.

Bunt przeciwko porządkowi innych, porządkowi wspólnoty, jest podstawą indywidualizmu, czyli afirmacji siebie i musi taki być. Nie bunt przeciwko autorytetom, jak wydawało mi się bardzo długo. Bo, że odkryję Amerykę jeszcze raz, struktury władzy to nie wszystko, no. Istnieją inne elementy budulcowe ludzkiego życia ludzi z ludźmi, które upierdalają Cię równie mocno. O hai MWCz i o chuj Ci w dupę, ale tak, przyznaję Ci chyba jakoś rację. Co znaczy, że musiałem zrobić to sam, bo z tobą nei da się razem myśleć, ale za to się da grzecznie słuchać Wielkiego Wujka Komunistę.

Bunt ten, jeśli ma mieć sens (tu się chyba z Palante nie bardzo zgadzam) musi uwzględniać to, co da się zrobić. Nie da się znieść społeczeństwa, nie do momentu, w którym pełna autonomia każdej jednostki będzie dostępna, a nie jest. Może być – nanotechnologia czy jak tam jest obiecująca jako bajka. Ale niedostępna. Do tego czasu bicie głową w mur jest debilizmem ale: uznanie społeczeństwa za coś innego jak zło konieczne oznacza pozbycie się postawy indywidualistycznej. Społeczeństwa wiec się nie pielęgnuje, jak się jest jasiem. Ale społeczeństwo się znosi, społeczeństwo się opanowywuje i zmienia, na ile jest się w stanie. Tak, by móc siebie wyrazić. I tu uwaga, jasiu robi znów wycofkę z poprzednich poglądów – „nie można być wolnym, jak wszyscy nie są wolni”. No, to trochę przesadzone. Można być. Nawet całkiem, pod warunkiem, że będziesz doskonale ustrukturalizowanym panem niewolników, a to znaczy tyle, że będziesz należał do kolektywnej struktury będącej społeczeństwem niewolniczym. Ta wolność nie będzie inaczej mówiąc – twoją wolnością. Nie, nie będzie Ci to zwisało. Ty będziesz zwisany przez zasady tej społeczności. I przez nią tworzony. Podobnie, choć nie tak samo, jak gdybyś był niewolnikiem.

Jak widzicie, dalej wierzę w wolność człowieka, że jest możliwa. I zakładam, że można siebie tworzyć. Ale nie w społecznej próżni, bo jej nie ma. Tworzymy siebie z tego, co mamy pod ręką (dostajemy geny i wychowanie, i strukturę społeczną w spadku). I prawie na pewno poniesiemy klęskę, no chyba, że akurat ni z stąd, ni z owąd, pomimo ogromnego dystansu, który mamy do struktur społecznych, do autorytetów, do zwykłych ludzi zresztą też, będziemy doskonale się z nimi zgadzali. A przecież nawet ludzie, którzy nie odrzucają tego, co odrzuca indywidualista mają problemy z wykonywaniem norm.

Płakanie nad tym jest oczywiście głupie. I tu uwaga – nie czytałem prawie w ogóle Nietzschego, ale pierwszy raz naprawdę wydał mi się bliski. Dlaczego? Jego wizja nadczłowieka ma jeden piękny rys – nadczłowiek całkiem zaakceptuje swoje życie, nawet jakby miało się powtarzać w nieskończoność. Będę upadał w moim życiu – upadał, choć przecież nie mam ideałów mną rządzących, sprzeciwiam, się o ile mogę władzy ludzi, zlewam, o ile mogę, zasady pożycia między ludźmi, gdy mi stają na drodze i idę to właśnie swoją drogą. Ale i ta upadam, nie udaje mi się po prostu, przeliczam się. Dlatego właśnie się polubię z nim, bo nagle się okazało, że kurwa, nie Wagner, tylko

i to na loopie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s