Człowiek jako splot narracji, czyli bzdura

Jak państwo pewnie wiedzą, czytam teraz książkę pewnego pana. Dla tego pana jesteśmy, im jesteśmy, bo jesteśmy zrozumiali (inteligibilni). Jest tak zabawny, że gotów jest stwierdzić, że psychole cierpią dlatego, że nie potrafimy ich zrozumieć, a nie dlatego, że przez niezrozumienie wyrządzamy im krzywdę. Jesteśmy natomiast zrozumiali przez pewne intersubiektywne, właściwe dla społeczności do których należymy, sposoby rozumiana praktyk. Praktyki on oczywiście pojmuje jako coś, co musi mieć swoje właściwe cele, kształtujące praktykę, cele, bez których praktyka nie jest tą praktyką i cele, które nei są tymi celami, bez tej praktyki.

No i w sumie się zgadzam, ale co z tego? Mistrz zen spytał ucznia, według pewnego podania: „Co to jest?” i wskazał wachlarz. Uczeń się powachlował. Mistrz się ucieszył i spytał o to samo drugiego ucznia. A uczeń pokroił wachlarzem ciasto i podał je na wachlarzu. Nie rozumiecie co zrobił? Czy może po prostu wypełnił pewną narrację dotyczącą używania wachlarza? Jak bogaty jest skarbiec z narracjami? Bezgraniczny? Nie? To jaie są jego granice, wskażcie mi.

Dla mnie granice są proste – są to te praktyki, które mogą inni zrozumieć. I to jest bardzo płynne i może (nie musi, ale może) być tworzone przez jednego, jedynego twórcę. Umożliwiają to właśnie te praktyki, których narracje dopuszczają wolną twórczość, lub nawet je wymuszają (jak w przypadku tym, który opisałem, w wziąłem go od pana Wattsa). To są praktyki, które mogą posłużyć indywidualizmowi.

Co ważne – te praktyki nie prowadza do pokawałkowania historii, którą ludzie nimi tworzą. Wachlarz stał się czymś innym dzięki pomysłowi ucznia. Ale wcale nie przestał być zrozumiały, nie jest nie wiadomo jaki. Nabrał nowego znaczenia. I dawcą znaczenia był uczeń. W sposób jak najbardziej społeczny – choć uczeń był wolny.

Nie, nie dyskutuję nad tym, czy rzeczywiście buddyści zen są indywidualistami. To po prostu świetny przykład – bo mógł się wydarzyć. Innym może być ten MacIntyre’owski – facet jedzie w autobusie i nagle mówi mi, że pewne słowo łacińskie jest nazwa jakiegoś zwierzęcia. MacIntyre twierdzi, że to nie zrozumiałe, że nie można pojąć, bez odwoływania się do jakiś domysłów (vel narracji). Ale ja nie tylko zdziwiłbym się, ja byś się go spytał, czy to zwierze jest ładne i miłe.

Nie chodzi mi o to, że to co nazywa narracjami MacIntyre w ogóle nie ma miejsca. Chodzi mi o to, ze brak narracji nie skazuje nas na bezsens – nie na wieczność. Sensy sobie pleciemy, tworzymy narracje. Możemy robić to świadomie, czyli – istnieją narracje polegające na tym, że jesteśmy autonomicznymi jednostkami. Ale jeśli tak, jego zarzuty wobec autonomii jednostki są nietrafione. Co najwyżej okazuje się, że bez innych możemy być mniej wolni. Tak, do rządzenia sobą w pojedynkę potrzebujemy innych, jeśli żyjemy obok nich. Ale to nie jest powód, by twierdzić, że coś straciliśmy i nasze rozumienie naszego życia jest bezsensu – a to zdaje się twierdzić MacIntyre.

komentarzy 6 to “Człowiek jako splot narracji, czyli bzdura”

  1. ilovemycilo Says:

    każdy człowiek jest psycholem.

  2. ilovemycilo Says:

    ojej, dlaczego tak uważasz?

  3. ilovemycilo Says:

    ponieważ ‚być’ przekładam nad wszelką namiętność.

  4. ilovemycilo Says:

    tfu, solipsysta!

  5. ilovemycilo Says:

    ależ skąd, czytam ino rorty’ego.

  6. Tititit, tiutiutiut, kickici.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s