Indywidualistyczne banały

Zasady są zasadami, bo można je złamać. Działanie odbywające się według zasad to takie, którego można nie wykonać. Niezależnie od tego, czy jest słuszne, czy nie, bo nawet jeśli coś jest naprawdę słuszne (istnieją procedury pozwalające stwierdzić, czy tak jest), możemy to zrobić lub nie. Wszystkie bajania o braku wolnej woli, jeśli dotyczą życia ludzi z ludźmi, według jakiś zasad, rozbijają się o to. Dopóki wiesz, że możesz coś zrobić lub nie, dopóty świadomie możesz to wybierać, niezależnie od tego, jakie jest to zachowanie. Do tego momentu na pewno możesz to robić dlatego, bo chcesz lub nie, bo możesz sobie odpowiedzieć na proste pytanie: czy chcę? I na to pytanie odpowiedzią nie może być: powinienem. Nawet jeśli powinienem chcieć. Taka odpowiedź jest bezsensu. To, że coś jest powinnością nie sprawia, że zasada jakiegoś działania przestaje być zasadą. Dalej więc może być złamana. Po prostu popełnimy coś niesłusznego. Indywidualizm nie wymaga od nas zaangażowania się w jakakolwiek wizję etyczną. Dopuszcza też to, że zaangażowani w jakąś wizję będziemy jednak ją odrzucać, bo ostateczne wybierzemy coś niezgodne z nią. Indywidualizm wymaga natomiast, żebyśmy zawsze wybierali nasze zachowanie ostatecznie niezależnie od tego, co słuszne, a co nie. Inaczej nie da się być indywidualistą, bo jak?

Wszelkie „pragmatyczne” lub „rozsądne” propozycje ustalania zasad zachowania dla kogoś rozbijają się o coś podobnego. Rozsądne, nawet dla mnie rozsądne działanie, wcale nie musi zostać wykonane przeze mnie, bo jest rozsądne i ja o tym wiem, że takie jest. Można zredukować kogoś do jego pragnień czy do receptora bólu lub rozkoszy (i do wielu innych takich rzeczy, które choć nie wskazywałyby wam tego co słuszne, wskazywałyby wam, co jest dla was rozsądne), ale właśnie dlatego to jest redukcja, bo ktoś jest przynajmniej tym i tamtym, i jeszcze tym, który coś robi, bo wybiera jakiś sposób zachowania (nie, nie zawsze, ale to uwaga nie na temat).

Jesteśmy jednostkami. W związku z tym (choć wcale nie jest to istota jednostkowości, takiej nie ma) możemy wybierać. Ten wybór nie polega na wybieraniu tego, co rozsądne lub dobre, lub słuszne, lub miłe dla nas, tylko po prostu na wybieraniu, na kierowaniu naszą intencją, intencją naszego działania, czy jest nakierowane na coś, czy kontemplacyjne. Indywidualistyczna etyka, jeśli można ją tak nazwać w ogóle nie wskazuje takich rzeczy. Indywidualizm wyraża się poprzez działanie w oderwaniu od tych kwestii. Będąc w drugiej połowie MacIntyre’a, to jest chyba podstawowa uwaga do niego: on krytykuje autonomię moralną, możliwość wybierania dla siebie tego, co jest słuszne lub dobre. Krytykuje poprzez krytykę poglądów etycznych prowadzących do niej: emotywizmu i kantyzmu, i intuicjonizmu Moore’a, i nietzscheanizmu itd. I zaczynam zgadzać jak nigdy z ostatecznym zganieniem tej postawy, ale z zupełnie innych powodów. Po prostu moralna autonomia to żadna autonomia. Moralna autonomia jest nonsensem, bo ludzki wybór nie polega na wybieraniu wartości, ale na wybieraniu takiej, a nie innej aktywności w oderwaniu od tego, czy jest słuszna, czy nie (czy dobra, czy nie). Nie chodzi o to, że cokolwiek robisz lub myślisz, to jest słuszne, bo to robisz. Albo, że ponieważ możesz to wybrać, to słuszność lub nie jest kwestią subiektywną. Albo konwencjonalną. Albo, że w ogóle rozpatrywanie słuszności lub dobroci jakiegoś zachowania jest bezsensowne, bo nie ma czegoś takiego jak słuszność lub dobroć. Chodzi o to, że tak czy inaczej wybierasz, o ile nie jesteś automatem. I jeśli cenisz w sobie siebie, to będziesz wybierał, nigdy nie zbędziesz się tej wolności, o ile będzie ci tylko dostępna.

Dla wielu oznacza to tylko wybranie takiego czy innego systemu moralnego lub etycznego – konieczność tego wyboru. Wybranie w sensie – robienie tego, co wskazuje za słuszne lub dobre. Dla mnie nie, jestem ślepy na kwestie wartości czy sprawiedliwości (no może w tej drugiej kwestii trochę mniej). Rzecz jednak w tym, że żadna dysputa nie może zamazać tego wyboru czy unieważnić go, dokonujemy takich wyborów wszyscy, o ile w ogóle jesteśmy do nich zdolni, o ile obiektywnie możemy działać i o ile wtedy kierujemy się własnymi decyzjami – a to dosyć częste u dorosłych ludzi. Stad czy ja decyduje się na jakieś działanie, czy ktoś inny i potem działam, dalej ta decyzja jest wyrazem autonomii. Żadne straszenie nieracjonalnością lub złem, chyba, że paraliżuje czyjąś wolę, nie jest w stanie tego zmienić. Ale jeśli tak robi, to nigdy dlatego, że wskazuje się po prostu zło czy dobro.

Stąd MacIntyre nie może się też bardziej mylić. Tak, autonomia moralna to mrzonka, bo autonomia nie jest moralna, w sensie – nie polega na wybieraniu tego co jest dla mnie dobre. Polega na wybieraniu, co zrobię. Wybieraniu wyrażanemu nie przez wartościowania, tylko przez to, że świadomie decyduje się coś zrobić i to robię, niezależnie od tego, czy to dobre, czy złe. Domniemany upadek ludzkości, który przeżywamy, jest w zasięgu reki, choćbyśmy wrócili do arystotelizmu, z tego samego powodu, z którego jest dostępny dzisiaj – bo jest dostępny wbrew dowolnym koncepcjom uprawiania etyki, dostępnym koncepcjom ustalania zasad dla ludzi. A nie za sprawą jakiegokolwiek sposobu jej uprawiania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s