Archiwum dla Luty, 2011

Zestawienie

Posted in Uncategorized with tags , , on Luty 22, 2011 by Jaś Skoczowski

Są libertarianie, którzy uważają, że można od tak odstrzelić człowieka, bo jest na czyimś terenie. Że co kogoś, to kogoś, kropka przed kropką. I można zabić złodzieja. Ba, można mieć niewolników i ich zabijać, jakby się buntowali.

I ja to wiem, i potem czytam o takim panu. Drodzy libertarianie, wiecie co? Śmierdzi wam z ryja. :)

Co to znaczy rządzić kimś?

Posted in Uncategorized with tags , on Luty 22, 2011 by Jaś Skoczowski

Rządzić to sprawiać, że inni robią to, co my chcemy, niezależnie do tego, co oni chcą. Rządzenie wymaga techniki – ludzie nie przestaną chcieć, ich wole trzeba albo nakierować, albo przełamać. Za każdym razem oznacza to, że musisz sobie przyswoić szereg zdolności i z nich korzystać tak, że rządzenie stanie się częścią Ciebie. Będzie więc Tobie to, co pozwala Ci przystosować się do czyjejś woli tak, żeby uzyskać to, czego chcesz. Stworzysz z tym kimś ustrukturalizowaną wspólnotę, związek, który będzie kierował i Tobą, i nim. Jeśli wycofasz się z tego, przestaniesz rządzić i nie uzyskasz od niego, czego chcesz. Związek rządzącego z rządzonym podaje więc nie tylko rządzonego czyjejś woli, rządzony też musi poddać się woli rządzonego, tylko inaczej. Ale musi.

Nie da się tego pogodzić z byciem panem siebie. Rządząc pozbywasz się władzy and sobą.

Prostytucja

Posted in Uncategorized with tags , on Luty 20, 2011 by Jaś Skoczowski

Są panie, którym się wydaje, że jak utrudnią komuś się kurwienie, to to będzie feminizm. Tylko jest problem – niektóre prostytutki po prostu chcą robić ze swoimi ciałami, co im się podoba. I to jest problem dla każdego feministy, chyba, żę w feminizmie nie chodzi o to, żeby kobiety mogły o sobie decydować. Ze zczególnym pozdrowieniem do przepełniającego wszechświat smutkiem kol. Fronensisa, który wie lepiej.

Kapusta? Verboten.

Posted in Uncategorized with tags on Luty 17, 2011 by Jaś Skoczowski

Nothaha. Ten Pan handlował kapustą. Teraz libertarianie, których znam z netu, piszą coś w stylu „szkoda, że im nie sprzedał serii z półautomatu” i potępiają, że się stawiał otwarcie, zamiast podejść ich od tyłu (bosze, bosze, libertarianizm). Ci dziwni ludzie, których nie umiem nazwać (słowo „etatysta” ma za wąski zakres) nie wiem, co napisali, ale domyślam się i ich usprawiedliwienie tego, co robią ludzie ubrani w niebieski mundury, byłoby takie, że to prawo jest dobre, bo jak to tak robić syf na ulicach. Ja natomiast doskonale rozumiem tego pana (wybrał sobie sposób na zarabianie i nawet jeśli komuś przeszkadzał, to nikogo nie krzywdził), policjantów (taka ich praca, do policji tacy idą – i nie, nie nienawidzę ich za to. Policjant to zawód dość oczywisty, jeśli żyje się w świecie nie dających się ze sobą pogodzić interesów) też rozumiem i nawet pana z miotłą (wewnętrznie wszczepione posłuszeństwo – to obrzydliwe, ale nie wzbudza nienawiści, tylko współczucie. Zmieniłbym go, ale nie zabił) i widzę dlatego, że gdyby oni nie mogli używać przemocy wobec siebie, to byłoby dużo, dużo lepiej. Mogliby np. wtedy się z musu zrozumieć, tak jak ja ich rozumiem. No, może „poczuć” jest lepszym słowem?

I to jest to, co nazywam libertarianizmem. Moja postawa nim jest. To ta postawa, która, gdy nie ma zagrożenia życia lub zdrowia prowadzi człowieka do odrzucania przemocy. Bo taka postawa pozwala wyznaczyć granice, na które każdy zamieszany się zgodzi. Nie zawsze pozwala, ale w ogóle dopuszcza taką możliwość. A rozwiązania opisanych wyżej grup – nienienienie.

EDITH: okłamałem was, sprzedawał grzyby według opisu. Oraz: facet z miotła się chyba wkurwił, bo jemu pan od grzybów zrzucił kapustę czy coś takiego. Amazing.

Człowiek jako splot narracji, czyli bzdura

Posted in Uncategorized with tags , , on Luty 12, 2011 by Jaś Skoczowski

Jak państwo pewnie wiedzą, czytam teraz książkę pewnego pana. Dla tego pana jesteśmy, im jesteśmy, bo jesteśmy zrozumiali (inteligibilni). Jest tak zabawny, że gotów jest stwierdzić, że psychole cierpią dlatego, że nie potrafimy ich zrozumieć, a nie dlatego, że przez niezrozumienie wyrządzamy im krzywdę. Jesteśmy natomiast zrozumiali przez pewne intersubiektywne, właściwe dla społeczności do których należymy, sposoby rozumiana praktyk. Praktyki on oczywiście pojmuje jako coś, co musi mieć swoje właściwe cele, kształtujące praktykę, cele, bez których praktyka nie jest tą praktyką i cele, które nei są tymi celami, bez tej praktyki.

No i w sumie się zgadzam, ale co z tego? Mistrz zen spytał ucznia, według pewnego podania: „Co to jest?” i wskazał wachlarz. Uczeń się powachlował. Mistrz się ucieszył i spytał o to samo drugiego ucznia. A uczeń pokroił wachlarzem ciasto i podał je na wachlarzu. Nie rozumiecie co zrobił? Czy może po prostu wypełnił pewną narrację dotyczącą używania wachlarza? Jak bogaty jest skarbiec z narracjami? Bezgraniczny? Nie? To jaie są jego granice, wskażcie mi.

Dla mnie granice są proste – są to te praktyki, które mogą inni zrozumieć. I to jest bardzo płynne i może (nie musi, ale może) być tworzone przez jednego, jedynego twórcę. Umożliwiają to właśnie te praktyki, których narracje dopuszczają wolną twórczość, lub nawet je wymuszają (jak w przypadku tym, który opisałem, w wziąłem go od pana Wattsa). To są praktyki, które mogą posłużyć indywidualizmowi.

Co ważne – te praktyki nie prowadza do pokawałkowania historii, którą ludzie nimi tworzą. Wachlarz stał się czymś innym dzięki pomysłowi ucznia. Ale wcale nie przestał być zrozumiały, nie jest nie wiadomo jaki. Nabrał nowego znaczenia. I dawcą znaczenia był uczeń. W sposób jak najbardziej społeczny – choć uczeń był wolny.

Nie, nie dyskutuję nad tym, czy rzeczywiście buddyści zen są indywidualistami. To po prostu świetny przykład – bo mógł się wydarzyć. Innym może być ten MacIntyre’owski – facet jedzie w autobusie i nagle mówi mi, że pewne słowo łacińskie jest nazwa jakiegoś zwierzęcia. MacIntyre twierdzi, że to nie zrozumiałe, że nie można pojąć, bez odwoływania się do jakiś domysłów (vel narracji). Ale ja nie tylko zdziwiłbym się, ja byś się go spytał, czy to zwierze jest ładne i miłe.

Nie chodzi mi o to, że to co nazywa narracjami MacIntyre w ogóle nie ma miejsca. Chodzi mi o to, ze brak narracji nie skazuje nas na bezsens – nie na wieczność. Sensy sobie pleciemy, tworzymy narracje. Możemy robić to świadomie, czyli – istnieją narracje polegające na tym, że jesteśmy autonomicznymi jednostkami. Ale jeśli tak, jego zarzuty wobec autonomii jednostki są nietrafione. Co najwyżej okazuje się, że bez innych możemy być mniej wolni. Tak, do rządzenia sobą w pojedynkę potrzebujemy innych, jeśli żyjemy obok nich. Ale to nie jest powód, by twierdzić, że coś straciliśmy i nasze rozumienie naszego życia jest bezsensu – a to zdaje się twierdzić MacIntyre.

Szatańska inspiracja

Posted in Uncategorized with tags , on Luty 8, 2011 by Jaś Skoczowski

Na skutek tego, że Diablątko wzięło mnie za rękę i poprowadziło, gdzie chciało i zrobiło ze mną zamki z piasku i całe miasta, i one dalej się trzymają, chciałem napisać, że moje poglądy dotyczące ontologii muszą ulec zmianie i zdecydowanie uważam, że poza ja i Ty, jest jeszcze jakieś my.

Ba, dowiedziałem się też, że wolność i miłość się rymują, i że my nie musi w ogóle przeszkadzać ja, wręcz przeciwnie. Taka wiecie, gruba wolność mnie się zdarza teraz, jak chyba nigdy z nikim, wolność mi puchnie i rośnie zamiast maleć. Taka, że aż czasem dezorientuje, nie wiadomo aż, co robić, tak bardzo to niezwyczajne, ja pierdole, nigdy nie byłem tak wolny, jak przy moim Diabełku. Jestem wciąż tym wstrętnym kocurem, który gryzie, jak mu źle i gryzie, jak mu dobrze (i drapie), ale spasłem się i czuję się o niebo lepiej, niż się czułem. Luźniej. Swobodniej. Inaczej: jestem gorszy niż byłem, mam bardziej wyjebane na to, na co miałem mniej, a co już ludzi wkurwiało. Inaczej: teraz zabijam ptaszki dla zabawy, wtedy bywałem jeszcze głodny, ale teraz Moja Pani karmi mnie lepszym mięskiem, które w dodatku nie ucieka. Teraz mogę nienawidzić z ogromną łatwością, bo jestem kochany. Teraz gardzenie jest rozrywką. A oprócz tego potrafię być pełen dobra, miłości, czułości, słodkości i piękności. Wszystko potrafi być dla mnie piękne, bo coś mi napisze, coś mi powie i gdzieś mnie dotknie. Yay.

Dziękuję. Małe słowo, ale dziękuję bardzo.

Spowiedź w formie listu

Posted in Uncategorized with tags , , on Luty 8, 2011 by Jaś Skoczowski

Chce nie wchodzić Ci w drogę i chcę iść po swojej, i wiem, że to nie zawsze możliwe, obojętny, obcy mi człowieku. Nie zależy mi na sprawiedliwości, słuszności i dobru, ale jeśli Tobie zależy ja po prostu chcę, żeby te twoje sprawy jakoś tak nie zahaczały o mnie. Od wielu lat wydaje mi się, od czasu do czasu, że mogę przed tym, co napisałem, uciec w bardziej abstrakcyjne sposoby wyrażania się o moich relacjach z innymi, ale tak się nie da. Chciałem uciec od osobistego tonu. Albo uciec od możliwości, że ktoś trafnie oceni moje wynurzenia jako durne. To były źródła mojego oderwania się od samego siebie. Ale ja taki jestem, nawet jeśli znaczy to, że jestem błądzącym głupcem (głupcem, bo błądzę uparcie i niepoprawnie, i wciąż nie rozumiem błędu).

Chcę żyć po swojemu, będę drapał, jeśli ktoś zechce mi to uniemożliwić, ale naprawdę nie chcę nikomu przeszkadzać. Nie zamierzam się po prostu zapaść pod ziemie ani zniknąć i nie widzi mi się życie jako czyjś pupecik, czyli marionetka. I to wystarczy, żebym musiał przemilczać to co czuje niezwykle często. Żebym musiał się kryć z tym co robię, żeby nie zostać ukaranym. W dodatku, w sposób wkurwiający jestem wplątany w takie sposoby wchodzenia ludziom w drogę, w jakie wplątany być nie chcę i z których sam nie mogę się odplątać. To naprawdę przykre żyć w świecie który nie opiera się na niewpierdalaniu się w ludzie życie, ale czymś raczej odwrotnym. Mój sprzeciw wobec tego, jak wyglądają części tego świata nie wypływa z tego, że na nic nie potrafię się zgodzić i mam gówniarzetski bunt wciąż w krwi. Już nie. Wynika z tego, że choć staram się nie robić komuś kłopotu, choć nie widzę, w jaki sposób miałbym go robić, to akurat Ci ludzie, którym kłopotu nie robię, starają się mnie ograniczać lub wrabiać mnie w ograniczanie innych, którzy tylko chcą robić swoje. Bez mojej zgody. Nie widzę np. możliwości ograniczenia ewikcji skłotów, nie mam takiej, nie umiem też sprawić, by policja do czasu do czasu nie wpadała tam, nie wiadomo po co. Nie wiem, jak sprawić, by Kochani Pracodawcy Polscy byli łaskawi zaakceptować istnienie w związków zawodowych w miejscach pracy, które są ich świętą i nienaruszalną własnością – o stosowaniu się ich skromnych wymagań już nie wspomnę. Nie wiem, jak miałby odwrócić rozwój prawa narkotykowego. Nie mam pojęcia, jak sprawić, by jednak wolno było pić w miejscu publicznym. Nie mam pojęcia, jak sprawić, żeby kobiety nie tratowały mężczyzn jak zabawki, a faceci kobiet. Najlepiej wychodzi mi sprzeciwianie się pierdolonemu moralizatorstwu, moralność to jebana hipnoza, zmieniająca nas w nieczułe roboty, dokonywana na nas bez żadnych skrupułów i potem powielana na naszych podopiecznych – ale hahaha, jestem w tym na tyle samotny, że czasem sam muszę powoływać się na argumenty moralne, rozmawiając z bliskimi, bo inaczej nie zaakceptują mojej motywacji. Drobnostki? Jak zauważył kochany Crispin Sartwell, czasem państwo wsadza Cię do gułagu, ale zazwyczaj jest po prostu kurewsko upierdliwe, bo może. Dobra, nie stwierdził, że kurewsko i że może. Ale to ważne wtręty – państwo i inne struktury władzy objawiają się małymi kuksańcami. Nie chodzi o kompletne zgnojenie lub wkurwienia zabawki, chodzi o pokazanie jej miejsca. A ja albo dostaje te kuksańce (rzadziej, jestem szczęściarzem) albo muszę patrzeć, jak inni dostają, ba, gdybym chciał całkiem odciąć się od takich zachowań, musiałbym żyć w pierdolonej norze w ziemi i wpierdalać korzonki.

Strasznie przeszkadza mi, że to co napisałem jest niejasne, ale nie może być inne. Nie da się opisać jasia za pomocą tych paru słów, nie potrafię opisać go, choćbym użył mnóstwa słów więcej. Nie potrafię tym bardziej opisać porządnie nieznanych mi osób. Stąd pozostają mi zwroty typu: „iść po swojej drodze”, „nie wchodzić komuś w drogę”, „nie przeszkadzać”, choć wiem, że ich sens może zawierać się w szeleszczeniu, które człowiek wydaje, gdy je wypowiada i niczym ponad to. Jeśli więc nie rozumiesz tego, co napisałem, mam pecha.

Niezmiernie mierzi mnie natomiast to, nieznajomy, że mógłbyś należeć do tej bandy ciulów i buców, którzy uważają, że mój głos nie jest ważny, w sytuacji, gdy dla mnie jest, a Ty potrafisz go zrozumieć. Jest takich wielu i prawda, sam próbowałem być jak oni, całe szczęście, nie zabiłem sobie, w serduszku, całkiem, niebieskiego ptaszka i wypuszczam go nawet częściej, niż inni. Oczywiście, nie mogę zapobiec temu, co już się stało: jeśli jesteś marną kutasiną, która z samej swojej zasady bycia musi wpierdalać siew moje, mam nadzieję, że będę mógł Cię albo odsunąć od siebie, albo usunąć, albo znieść, jak nagły i nieunikniony deszcz gówna.

Twój jaś.