Bardzo chętnie, proszę bardzo

Chętnie napisałbym, że jedynym źródłem niejasności i niejednoznaczności jest/są rzeczy czy rzeczywistość. Ale dlaczego ktoś mógłby widzieć rzeczy jasno i jednoznacznie wtedy? Na czym miałby niby polegać błąd? Czy obraz rzeczywistości stałby się bardziej jednoznaczny, rzeczy bardziej jasne i odwrotnie, gdyby ktoś je tak odbierał, tak je czuł i tak  je myślał? Może byłby dla niego? Ale czy wtedy taki człowiek mówiłby jasno i jednoznacznie? Czy nie moglibyśmy uznać, jeślibyśmy mu uwierzyli, nie rozumiejąc do końca, że to opatrzność, sprzyjanie losu (a ten los sprzyjałby i jemu i nam) sprawiło, że on jednak doznaje tak świata.

komentarzy 13 to “Bardzo chętnie, proszę bardzo”

  1. Nie mógłby i pewnie nie widzi, tylko upiera się, że jest inaczej. Nawet najbardziej wyraźny, jednoznaczny obraz rzeczywistości jest podejrzany i niejasny, przez swą egzystencję. Ona jest już pierwszym źródłem niejasności. To, że coś się w ogóle komuś jawi, nieważne czy widzi to jednoznacznie czy też nie, jasno albo ciemno.

    I nawet gdyby ktoś ci wyjawił jak naprawdę rzeczy się mają, byłyby one tak samo wredne i podejrzane, jak w obrazie błędnego mniemania o nich. A może nawet i bardziej.

  2. A co jeśli świetnie rozumiem jasny i wyraźny opis rzeczywistości, który sporządza ktoś inny? Czemu niby miałbym podejrzewać ten opis i o co miałbym? I dalej: czy wątpienie w taki opis nie jest wybitnie nieuzasadnione czyli dogmatyczne?

    A charakter rzeczy nie ma tu nic do rzeczy, ważne, że on byłby do określenia.

  3. Oraz, jaki błąd możesz popełnić w zaledwie postrzeganiu? Iluzję? Jak iluzorycznie możesz postrzegać coś, co jest wszystkim co jest?

  4. No ja na przykład świetnie rozumiem (albo się tylko tak łudzę) jasny i wyraźny opis rzeczywistości, który sporządzili Plotyn i Hegel czy kategorie Arystotelesa dajmy na to, ale traktuję to wszystko nieufnie, podobnie jak całą rzeczywistość. Bo dlaczego miałoby być akurat tak? Wszystkie te opisy nie mają dla mnie, subiektywnie, dostatecznie solidnej racji bytu, a często i rzeczywistość jej nie ma, więc tym bardziej, o czym my mówimy…

    To co nie istnieje albo lepiej – nie może w ogóle zaistnieć nie jest problematyczne, z wiadomych względów. A byt już nie jest pod tym względem taki ‚niewinny’, bo jest. Bo dowolnie można się do niego odnieść. Do przyczyn, celów, skutków, można stawiać wobec niego jakieś swoje roszczenia, coś o nim orzekać, itd.

    Może i jest to nieuzasadnione i dogmatyczne, ale takie odnoszę czasem wrażenie; że temu co istnieje czy pretenduje do istnienia nie można ufać. Że byt to jakieś straszne gówno i pułapka, z której ostatecznie nie ma możliwości ucieczki (bo za Parmenidesem, niebytu nie ma ;)), zastawiona na samą siebie, nie wiadomo w jakim celu, perfidia w formie jakiejś jebanej wstęgi Moebiusa. Ontologiczne więzienie dla niezłego masochisty, (Bóg?) który swój problem egzystencjalny przekazuje do rozwiązania kolejnym istotom.

    Istnienie czegokolwiek jest absurdalne, zbędne i niepotrzebne, a mimo tego, coś jest. Jak więc nie podchodzić do tego krytycznie, jakkolwiek wyraźnie czy niewyraźnie by się to jawiło?

  5. No ja na przykład świetnie rozumiem (albo się tylko tak łudzę) jasny i wyraźny opis rzeczywistości, który sporządzili Plotyn i Hegel czy kategorie Arystotelesa dajmy na to, ale traktuję to wszystko nieufnie, podobnie jak całą rzeczywistość.

    Ale czemu nie ufasz? W co wątpisz konkretnie?

    Wszystkie te opisy nie mają dla mnie, subiektywnie, dostatecznie solidnej racji bytu, a często i rzeczywistość jej nie ma, więc tym bardziej, o czym my mówimy…

    Nie rozumiem co znaczy, że dla Ciebie rzeczywistość nie ma „dostatecznej racji bytu”, ale wydaje mi sie, że coś zupełnie innego, niż gdy piszesz, że poglądy dotyczące tego, jaki jest byt czy byty według wymienionych, jej nie mają. Rzeczywistość przecież nie musi być przez Ciebie jakkolwiek wyobrażona, by być. Dlatego np. można powiedzieć o człowieku, który twierdzi, że idee są obiektywne, że po prostu wierzy, że idee są rzeczywiste, czyli po prostu są. Nie ufać rzeczywistości nie można tak samo, jak nie ufa się hipotezie czy fikcji (to nie to samo, ale są sobie bliższe).

    To co nie istnieje albo lepiej – nie może w ogóle zaistnieć nie jest problematyczne, z wiadomych względów. A byt już nie jest pod tym względem taki ‘niewinny’, bo jest. Bo dowolnie można się do niego odnieść. Do przyczyn, celów, skutków, można stawiać wobec niego jakieś swoje roszczenia, coś o nim orzekać, itd.

    Nie rozumiem co Tu napisałeś, poza jednym fragmentem i z nim się nie zgadzam: mieć roszczenia wobec czegoś lub kogoś (a w zasadzie roszczenia można mieć tylko wobec kogoś) to nie to samo, co coś o tym kimś orzekać.

    Może i jest to nieuzasadnione i dogmatyczne, ale takie odnoszę czasem wrażenie; że temu co istnieje czy pretenduje do istnienia nie można ufać.

    Ale, że w sensie, co może nam zrobić złęgo, jak zaufamy temu, co istnieje?

    Że byt to jakieś straszne gówno i pułapka, z której ostatecznie nie ma możliwości ucieczki (bo za Parmenidesem, niebytu nie ma ;)), zastawiona na samą siebie, nie wiadomo w jakim celu, perfidia w formie jakiejś jebanej wstęgi Moebiusa. Ontologiczne więzienie dla niezłego masochisty, (Bóg?) który swój problem egzystencjalny przekazuje do rozwiązania kolejnym istotom.

    Nie rozumiem.

    Istnienie czegokolwiek jest absurdalne, zbędne i niepotrzebne, a mimo tego, coś jest. Jak więc nie podchodzić do tego krytycznie, jakkolwiek wyraźnie czy niewyraźnie by się to jawiło?

    jw.

  6. „Ale czemu nie ufasz? W co wątpisz konkretnie?”

    Nie ufam im, bo są częścią tej samej rzeczywistości, którą mają wyjaśniać, są bytem. Z tego (chyba) powodu nie potrafią dobrze odpowiedzieć na leibnizowskie pytanie o to, dlaczego raczej jest coś, niż nic.

    Nie mają mocy by zrobić to rzetelnie. Jedyne co mogą, to postawić ostatni, nieprzewracalny klocek, według którego zorganizowane jest to, co jest i przy okazji zaproponować w jaki sposób jest to zorganizowane. Mamy więc samomyślącą się myśl w różnych wariantach, która najprawdopodobniej też sama nie wie, po co właściwie jest, i efektem jej poszukiwań, jest to wszystko czego doświadczamy. Niesamowicie odkrywcze posunięcie: przeniesienie własnych problemów egzystencjalnych na jakąś pierwszą przyczynę.

    „Nie rozumiem co znaczy, że dla Ciebie rzeczywistość nie ma „dostatecznej racji bytu”, ale wydaje mi sie, że coś zupełnie innego, niż gdy piszesz, że poglądy dotyczące tego, jaki jest byt czy byty według wymienionych, jej nie mają.”

    No tak, w zasadzie dostateczną rację bytu mają, skoro istnieją, ktoś je wymyślił. Nie są przydatne w wyjaśnianiu istnienia bytu, skoro zatrzymują się gdzieś na jakimś absolucie, który też w zasadzie jest temu podporządkowany i nie robią z tym nic dalej, tylko zaczynają budować jakieś systemy.

    „Nie ufać rzeczywistości nie można tak samo, jak nie ufa się hipotezie czy fikcji (to nie to samo, ale są sobie bliższe).”

    Dlaczego? Można. Jeśli uzna się, że są jakościowo podobne, mają część wspólną i to właśnie do tej części wspólnej będzie się podchodzić sceptycznie. Jak najbardziej.

    „Nie rozumiem co Tu napisałeś, poza jednym fragmentem i z nim się nie zgadzam: mieć roszczenia wobec czegoś lub kogoś (a w zasadzie roszczenia można mieć tylko wobec kogoś) to nie to samo, co coś o tym kimś orzekać.”

    Hmm, gdybym chciał napisać, że to jest tożsame, to użyłbym raczej myślnika, a zastosowałem przecinek. A odnośnie tego czego nie rozumiesz – to naprawdę proste. Można być mizoginem, nie? Można też być mizoandrem. Ale można wznieść się na ciut wyższy poziom i zostać mizantropem. A potem niechęć swą skierować na wszystko co organiczne. A potem dołączyć do tego to co nieorganiczne. I tak, po drzewku Porfiriusza stwierdzić, że nie lubi się bytu w ogóle. Mizonia to mogłoby się chyba nazywać.

    „Ale, że w sensie, co może nam zrobić złęgo, jak zaufamy temu, co istnieje?”

    Uwięzić, przywiązać nas do siebie, uzależnić.

    „Nie rozumiem.”

    Skoro byt jest, a niebytu nie ma, trudno mówić o wolności, ontologicznej przynajmniej. Jest bowiem tylko jedno „miejsce”, z którego nie można się wydostać, bo nie ma gdzie.

    „jw.”

    Bycie więźniem budzi mój sprzeciw, zwłaszcza, jeśli zostałem osadzony, nim cokolwiek zrobiłem.

  7. Nie ufam im, bo są częścią tej samej rzeczywistości, którą mają wyjaśniać, są bytem. Z tego (chyba) powodu nie potrafią dobrze odpowiedzieć na leibnizowskie pytanie o to, dlaczego raczej jest coś, niż nic.

    A skąd wiesz, że to pytanie ma sens? Że cokolwiek znaczy? Bo dla mnie pytanie dlaczego coś w ogóle jest jest pytaniem dlatego takim trudnym, że nie jest pytaniem o to, dlaczego coś jest konkretnie, tylko dlaczego wszystko jest. To jest pytanie o pojedynczą przyczynę wszystkiego. Albo pojedyncze usprawiedliwienie wszystkiego.
    Przyczyna wszelkiej rzeczy nie jest przyczyną w takim sensie, w jakim przyczyną sińca jest to, że upadłem na coś. Np. jest niekonieczne, żeby mój siniec miał wspólną dla czegoś innego przyczynę, natomiast przyczyna sińca jest konieczna, koniecznie musiała być, dlatego, że siniec pojawił mi się na nodze dlatego, że się poślizgnąłem, nie było inaczej (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Siniec, który pojawiłby się inaczej byłby czymś innym, a tak jest sińcem z tego, że się uderzyłem.
    Ale sam fakt bycia nie potrzebuje takiego wyjaśnienia. Bo to, że coś jest nie pociąga za sobą jeszcze, że jest jakieś. Gdyby coś tylko było, to równie dobrze mogło by być nijakie. Sam fakt istnienia czegoś nie wymaga wyjaśnień przyczynowych ani usprawiedliwień – wniosek, pytanie dlaczego coś jest jest pytaniem bez sensu. Rzeczy po prostu są, nothing interesting here, move along. Dopiero gdybyś podał ogólne wyjaśnienie, dlaczego każda rzecz jest, o to byłoby ciekawe i kontrowersyjne.
    No i oczywiście z tego wynika, że istnienie jednych rzeczy tłumaczy istnienie drugich.

    Nie mają mocy by zrobić to rzetelnie. Jedyne co mogą, to postawić ostatni, nieprzewracalny klocek, według którego zorganizowane jest to, co jest i przy okazji zaproponować w jaki sposób jest to zorganizowane.

    Dlaczego wydaje Ci się, że powiedzenie czegoś więcej, że zrobienie czegoś więcej niż wskazanie tego klocka, jest odpowiedzią na pytanie „dlaczego?” w tym przypadku?

    Mamy więc samomyślącą się myśl w różnych wariantach, która najprawdopodobniej też sama nie wie, po co właściwie jest, i efektem jej poszukiwań, jest to wszystko czego doświadczamy. Niesamowicie odkrywcze posunięcie: przeniesienie własnych problemów egzystencjalnych na jakąś pierwszą przyczynę.

    Nie rozumiem w większości, ale oczywiście nie zgadzam się, że wskazanie np. pierwszej przyczyny w łańcuchu przyczyn przesuwa gdziekolwiek moje problemy egzystencjalne. Może czyjeś, nie moje. Ale to znaczy, że czyjeś może, a moje nie i to mówi nam coś o problemach egzystencjalnych i właśnie to, że samo podanie przyczyny nie musi ich czasem rozwiązać. Dokładnie w tym przypadku, w którym Ty twierdzisz, że właśnie to robi, bo przecież to mnie pytasz o to, jaka jest przyczyna wszystkich rzeczy, a mnie odpowiedź na to pytanie nie rozwiązuje osobistych problemów. Już taki jestem.

    No tak, w zasadzie dostateczną rację bytu mają, skoro istnieją, ktoś je wymyślił.

    Tylko jeśli są wymysłami.

    Nie są przydatne w wyjaśnianiu istnienia bytu, skoro zatrzymują się gdzieś na jakimś absolucie, który też w zasadzie jest temu podporządkowany i nie robią z tym nic dalej, tylko zaczynają budować jakieś systemy.

    Chyba nie rozumiem, wyjaśnij mi o czym piszesz, bo wolę nie odpowiadać na coś, czego nie rozumiem. Wstępnie zauważę, że chyba mieszasz dwie sprawy: wyjaśnienie bytowości wszystkiego wcale nie musi wyjaśniać każdej rzeczy po kolei.

    Można być mizoginem, nie? Można też być mizoandrem. Ale można wznieść się na ciut wyższy poziom i zostać mizantropem. A potem niechęć swą skierować na wszystko co organiczne. A potem dołączyć do tego to co nieorganiczne. I tak, po drzewku Porfiriusza stwierdzić, że nie lubi się bytu w ogóle. Mizonia to mogłoby się chyba nazywać.

    Nie można być mizantropem tak samo jak mizoginem i mizoandrem, bo jeśli nienawidzisz tylko kobiety lub tylko mężczyzn, to nie możesz nienawidzić wszystkich ludzi. Stąd mizantropia to nie jest wyższy stopień mizoandri, a nienawidzenie kobiet za coś, a meżcyzzn za co innego to nie mizantropia.

    Uwięzić, przywiązać nas do siebie, uzależnić.

    Poza bytem jest tylko to, czego nie ma. Nie jesteś tam wolny, tylko Cię nie ma.

    Skoro byt jest, a niebytu nie ma, trudno mówić o wolności, ontologicznej przynajmniej. Jest bowiem tylko jedno „miejsce”, z którego nie można się wydostać, bo nie ma gdzie.

    Nie, trudno mówić o wolności, gdy Cię nie ma, czyli np. jak jesteś martwy. Bo wolnośc to może cecha tego, jak żyjesz.

    Bycie więźniem budzi mój sprzeciw, zwłaszcza, jeśli zostałem osadzony, nim cokolwiek zrobiłem.

    Rzeczywistość to nie pojemnik na rzeczy. Na jawie czy w śnie przedmioty, które spotykasz lub które ci sie śnią nie umieszczone w śnie czy w rzeczywistości. Żadna rzecz nie może wypaść z rzeczywistości czy ze snu i być dalej.

    Skoro byt jest, a niebytu nie ma, trudno mówić o wolności, ontologicznej przynajmniej. Jest bowiem tylko jedno „miejsce”, z którego nie można się wydostać, bo nie ma gdzie.

    Właśnie dlatego, że nie ma gdzie się wydostać, dlatego rzeczywistość nie jest więzieniem.

    Bycie więźniem budzi mój sprzeciw, zwłaszcza, jeśli zostałem osadzony, nim cokolwiek zrobiłem.

    Nie jesteś więźniem rzeczywistości, ale możesz być więźniem błędnego przekonania, że rzeczywistość może być więzieniem.

  8. „A skąd wiesz, że to pytanie ma sens? Że cokolwiek znaczy?”

    No może z tego powodu, że rozumiem ewentualne odpowiedzi jakich można udzielić, gdy ktoś o to zapyta i widzę jakiś ich związek z pytaniem. Co nie znaczy, że jakąkolwiek z tych odpowiedzi uznałbym za wystarczająco satysfakcjonującą mnie poznawczo.

    „Sam fakt istnienia czegoś nie wymaga wyjaśnień przyczynowych ani usprawiedliwień – wniosek, pytanie dlaczego coś jest jest pytaniem bez sensu. Rzeczy po prostu są, nothing interesting here, move along.”

    No pewnie, że sam fakt istnienia czegoś dalej już nie wymaga niczego, ale wymagam ja i pomijanie tej kwestii jest dla mnie jeszcze gorszym rozwiązaniem, niż niesatysfakcjonujące potykanie się z nią.

    „Dopiero gdybyś podał ogólne wyjaśnienie, dlaczego każda rzecz jest, o to byłoby ciekawe i kontrowersyjne.”

    To raczej subiektywna sprawa, co kto uważa za ciekawe.

    „Dlaczego wydaje Ci się, że powiedzenie czegoś więcej, że zrobienie czegoś więcej niż wskazanie tego klocka, jest odpowiedzią na pytanie „dlaczego?” w tym przypadku?”

    Dlatego, że ten klocek podlega i jest zależny od czegoś pierwotniejszego i prostszego od siebie samego, musi być przed nim jakaś możliwość, skoro on jest. Nie kupuję produktów będących ‚causa sui’, najwyraźniej.

    „Nie rozumiem w większości, ale oczywiście nie zgadzam się, że wskazanie np. pierwszej przyczyny w łańcuchu przyczyn przesuwa gdziekolwiek moje problemy egzystencjalne. Może czyjeś, nie moje. Ale to znaczy, że czyjeś może, a moje nie i to mówi nam coś o problemach egzystencjalnych i właśnie to, że samo podanie przyczyny nie musi ich czasem rozwiązać. Dokładnie w tym przypadku, w którym Ty twierdzisz, że właśnie to robi, bo przecież to mnie pytasz o to, jaka jest przyczyna wszystkich rzeczy, a mnie odpowiedź na to pytanie nie rozwiązuje osobistych problemów. Już taki jestem.”

    Nie miałem na myśli przesunięcia na zasadzie pozbycia się i przekazania, ale raczej projekcji i to obśmiałem. Mamy do czynienia z prostą transpozycją: ludzie nie wiedzą za bardzo po co są, więc ich pierwsza przyczyna bardzo często też nie wie – ludzie próbują się dowiedzieć, pierwsza przyczyna też, tylko na wyższym poziomie ogólności, ludzie zastanawiają się nad sobą, mamy samomyślącą się myśl. A bóg Arystotelesa? No Rozum, przecież. Wspaniały absolut dla filozofa, czyli kogoś kto myśli, posługuje się rozumem, tym razem przez małe „r”. Gdyby Pudzian miał stworzyć taką koncepcję, bogiem, pierwszym poruszycielem byłby Biceps; logiczne nawet. Ostatecznie więc pierwszy klocek jest Wielkim Człowiekiem, u którego można byłoby znaleźć podobne motywacje jak u nas. Dlatego nie jest ciekawy i temat trzeba drążyć dalej.

    Niechby i tak było nawet i jakaś taka istota boska, wyemanowałaby to wszystko co jest, a ludzie byliby jej świadomymi, odrębnymi punktami widzenia na samą siebie. No i co nam daje taka wiedza? Nic, bo główny problem nadal pozostaje, nawet jeśli wiemy po co istnieje świat i my sami. Ale nie wiemy po co istnieje bóg którego jesteśmy pochodną i istnienie w ogóle (także możliwość istnienia takiego boga).

    „Nie można być mizantropem tak samo jak mizoginem i mizoandrem, bo jeśli nienawidzisz tylko kobiety lub tylko mężczyzn, to nie możesz nienawidzić wszystkich ludzi. Stąd mizantropia to nie jest wyższy stopień mizoandri, a nienawidzenie kobiet za coś, a meżcyzzn za co innego to nie mizantropia.”

    Ale ja pisałem o procesie znielubiania wszystkiego. Można dojść do wniosku, że cechy, za które nie lubi się kobiet, mężczyźni też w jakimś stopniu posiadają, tylko z racji tego, że samemu się jest jednym z nich, nie dostrzegało się tego tak wyraźnie. A potem uznać, że nie lubi się całego swojego gatunku, itd, itd. Zresztą w drugą stronę mizantrop też może szczególnie nie lubić jakiejś płci, tak jak ja mogę nie lubić jakiegoś wykonawcy, ale szczególnie nie znosić specyficznego albumu, a rzygać przy konkretnej piosence z niego, której fragmentem jest coś co można uznać za synonim gównianości.

    „Poza bytem jest tylko to, czego nie ma. Nie jesteś tam wolny, tylko Cię nie ma.”

    No i o to chodzi. Wolność od istnienia w najczystszym stopniu.

    „Nie, trudno mówić o wolności, gdy Cię nie ma, czyli np. jak jesteś martwy. Bo wolnośc to może cecha tego, jak żyjesz.”

    Jak jestem martwy, to jestem wolny od życia. Jak mnie nie ma, jestem wolny od egzystencji. Ontologiczny libertarianizm, hehe. I dla mnie byłoby fajne, gdybym wiedział, że to jest osiągalne. Ale nie jest. I to jest właśnie chujowe. Bo jest tylko byt. Więc muszę się liczyć z tym, że nawet jak wykituję, to mogę mieć zafundowaną jakąś egzystencję pozagrobową, a nawet jeśli nie, to po jakimś czasie znowu z mojej energii/materii, a zresztą nie tylko z mojej, dam se spokój z propertariańskością już po zgonie, może zaistnieć ktoś czy coś z identycznym nastawieniem, kogo byt będzie dalej upierdliwie nękał. Ach, nie piszę już dalej, bo mi tu zaraz jakimś Patandżalim zaleci, albo innym buddyzmem.

    „Rzeczywistość to nie pojemnik na rzeczy. Na jawie czy w śnie przedmioty, które spotykasz lub które ci sie śnią nie umieszczone w śnie czy w rzeczywistości. Żadna rzecz nie może wypaść z rzeczywistości czy ze snu i być dalej.”

    Teraz ja nie rozumiem. Nie pretenduję przecież do dalszego istnienia w niebycie.

    „Właśnie dlatego, że nie ma gdzie się wydostać, dlatego rzeczywistość nie jest więzieniem.”

    Albo jest więzieniem perfekcyjnym.

    „Nie jesteś więźniem rzeczywistości, ale możesz być więźniem błędnego przekonania, że rzeczywistość może być więzieniem.”

    Bo?

  9. „No może z tego powodu, że rozumiem ewentualne odpowiedzi jakich można udzielić, gdy ktoś o to zapyta i widzę jakiś ich związek z pytaniem. Co nie znaczy, że jakąkolwiek z tych odpowiedzi uznałbym za wystarczająco satysfakcjonującą mnie poznawczo.”

    Ale uznajesz je za niesatysfakcjonujące, bo są po prostu fałszywe w takim razie, czy dlaczego? Bo dla mnie na przykład są niesatysfakcjonujące poznawczo, bo prowadzą, zgodnie z tym co napisałeś, do poczucia zrozumienia czegoś, ale akurat nie wiadomo, czy jest co w nich rozumieć. Puste gesty i słowa mogą zdawać się bardzo ważne i mądre.

    No pewnie, że sam fakt istnienia czegoś dalej już nie wymaga niczego, ale wymagam ja i pomijanie tej kwestii jest dla mnie jeszcze gorszym rozwiązaniem, niż niesatysfakcjonujące potykanie się z nią.

    Ale nie ma niczego do pominięcia, najwyżej Ty dalej czujesz się nieugłaskany. Twoja rzecz.

    To raczej subiektywna sprawa, co kto uważa za ciekawe.

    Ujmę to inaczej: dopiero twierdzenie, że coś jest przyczyną wszystkich rzeczy mogłoby być sensowne.

    Dlatego, że ten klocek podlega i jest zależny od czegoś pierwotniejszego i prostszego od siebie samego, musi być przed nim jakaś możliwość, skoro on jest. Nie kupuję produktów będących ‘causa sui’, najwyraźniej.

    Wcale nie wydaje mi się, że musi, a dlaczego nie może być początkiem łańcucha przyczyn?

    Nie miałem na myśli przesunięcia na zasadzie pozbycia się i przekazania, ale raczej projekcji i to obśmiałem.

    To, że Tobie się wydaje, że mnie rozumiesz, to ja wiem i nie bez powodu zignorowałem twoje sugestie, że mnie rozumiesz, bo mamy w tej sprawie bardzo odrębne zdanie. Nie dlatego, że nie możesz mnie zrozumieć, po prostu raz: nie starasz się, dwa: nie masz o mnie zielonego pojęcia.

    Mamy do czynienia z prostą transpozycją: ludzie nie wiedzą za bardzo po co są, więc ich pierwsza przyczyna bardzo często też nie wie – ludzie próbują się dowiedzieć, pierwsza przyczyna też, tylko na wyższym poziomie ogólności, ludzie zastanawiają się nad sobą, mamy samomyślącą się myśl.

    Ale ja znam całe mnóstwo moich zastosowań, ba wiem coś więcej: wiem od czego mogę być, od czego obecnie jestem też wiem i wiem, że to wybieram w jakimś stopniu, a w jakimś nie. I to nie usuwa moich problemów egzystencjalnych, choć problem „do czego jestem” to ja mam na wszystkie strony rozpracowany. Bo problem bycia nie sprowadza się do tego, że nie wiesz, do czego jesteś. Do niczego się zresztą nie sprowadza, ale ma łatwe wyjaśnienie psychiatryczne: skłonność do depresji.

    Ale ja pisałem o procesie znielubiania wszystkiego. Można dojść do wniosku, że cechy, za które nie lubi się kobiet, mężczyźni też w jakimś stopniu posiadają, tylko z racji tego, że samemu się jest jednym z nich, nie dostrzegało się tego tak wyraźnie. A potem uznać, że nie lubi się całego swojego gatunku, itd, itd.

    No i właśnie wskazałeś, jak przebiega proces pojmowania, że nie jest się mizocośtam, tylko smutnym skwaszeńcem tak generalnie. Czyli – z każdym etapem nie potęgujesz czegoś, tylko pojmujesz, że chodziło Ci o coś innego.

    Zresztą w drugą stronę mizantrop też może szczególnie nie lubić jakiejś płci, tak jak ja mogę nie lubić jakiegoś wykonawcy, ale szczególnie nie znosić specyficznego albumu, a rzygać przy konkretnej piosence z niego, której fragmentem jest coś co można uznać za synonim gównianości.

    Wtedy dalej jesteś mizantropem, tylko takim niezbyt konsekwentnym. Między nim, a mizoginem dalej jest jakościowa różnica.

    No i o to chodzi. Wolność od istnienia w najczystszym stopniu.

    No to mniej więcej tak, jakbyś chciał jeździć samochodem, ale tak, żeby on nie miał kół i miał pusty bak i dało się nim jeździć. Nie chodzi nawet o to, że nie da się, chodzi o to, że piszesz nonsensy. Brak bytu to coś innego niż wolność.

    Teraz ja nie rozumiem. Nie pretenduję przecież do dalszego istnienia w niebycie.

    To nie pretendujesz do tego, co nazywasz wolnością. Też.

    Jak jestem martwy, to jestem wolny od życia.

    Jeśli chcesz rozmawiać o takiej wolności, to chciałem Cię tylko poinformować, że oczywiście masz rację, ale to tak jakbyś chciał ze mną rozmawiać o kluczu ptaków, kiedy mnie chodziło o klucz do mieszkania.

    ntologiczny libertarianizm, hehe.

    W ogóle nie libertarianizm polityczny, nie hehe, bo nie na temat.

    Albo jest więzieniem perfekcyjnym.

    Więzienie to coś takiego, poza czym coś jest. Dlatego jest więzieniem. Bo czegoś Cię pozbawia dlatego, że jesteś w nim. Możesz mi wytłumaczyć, czego pozbawia Cię rzeczywistość?

    Bo?

    Bo przestajesz np. rozumieć, co to jest więzienie.

  10. No i właśnie wskazałeś, jak przebiega proces pojmowania, że nie jest się mizocośtam, tylko smutnym skwaszeńcem tak generalnie. Czyli – z każdym etapem nie potęgujesz czegoś, tylko pojmujesz, że chodziło Ci o coś innego.

    Dodam, bo mogłem wyrazić się niejasno: nie wykazałeś, jak można z nielubienia kobiet czy mężczyzn przejść na nienawiść do całego świata, tylko, jak sobie zdać sprawę, że tak naprawdę nienawidzi się całego świata, tylko dotąd się o tym nie wiedziało.

  11. Sorry za brak odpowiedzi przez kilka dni, ale ostatnio sporo przebywałem poza domem, w miejscu bez neta.

    „Ale uznajesz je za niesatysfakcjonujące, bo są po prostu fałszywe w takim razie, czy dlaczego? Bo dla mnie na przykład są niesatysfakcjonujące poznawczo, bo prowadzą, zgodnie z tym co napisałeś, do poczucia zrozumienia czegoś, ale akurat nie wiadomo, czy jest co w nich rozumieć. Puste gesty i słowa mogą zdawać się bardzo ważne i mądre.”

    Uznaję je za niesatysfakcjonujące, bo nie dają mi odpowiedzi zdolnej pokonać mojego sceptycyzmu wobec tejże. To czy coś jest fałszywe czy nie, czy w ogóle weryfikowalne, to zupełnie inna kwestia.

    „Ale nie ma niczego do pominięcia, najwyżej Ty dalej czujesz się nieugłaskany. Twoja rzecz.”

    A zdecydowanie moja. Ale dlaczego miałbym wierzyć, że nie ma niczego do pominięcia? A może właśnie jest, tylko polecasz mi to pominąć?

    „Wcale nie wydaje mi się, że musi, a dlaczego nie może być początkiem łańcucha przyczyn?”

    No i przyczyną możliwości istnienia byłaby możliwość istnienia?

    „To, że Tobie się wydaje, że mnie rozumiesz, to ja wiem i nie bez powodu zignorowałem twoje sugestie, że mnie rozumiesz, bo mamy w tej sprawie bardzo odrębne zdanie. Nie dlatego, że nie możesz mnie zrozumieć, po prostu raz: nie starasz się, dwa: nie masz o mnie zielonego pojęcia.”

    Więc – raz: przepraszam, dwa – Ty przeproś, że się nie dajesz poznawać. Jeśli coś ignorujesz, to ja uznaję, że się tam zgadzamy i nie warto poświęcać temu więcej miejsca. Przemilczając to, wprowadzasz mnie w błąd.

    „Ale ja znam całe mnóstwo moich zastosowań, ba wiem coś więcej: wiem od czego mogę być, od czego obecnie jestem też wiem i wiem, że to wybieram w jakimś stopniu, a w jakimś nie. I to nie usuwa moich problemów egzystencjalnych, choć problem „do czego jestem” to ja mam na wszystkie strony rozpracowany.”

    No to zajebiście, możesz stworzyć swój osobisty system filozofii pierwszej, w którym przeniesiesz na pierwszy klocek, to co odnosisz do siebie samego.

    „Bo problem bycia nie sprowadza się do tego, że nie wiesz, do czego jesteś. Do niczego się zresztą nie sprowadza, ale ma łatwe wyjaśnienie psychiatryczne: skłonność do depresji.”

    No jasne, w ogóle myślenie świadczy o tym, że coś jest z kimś nie tak. To już było. Ważne, że temat jest. A wyjaśnienie, że predyspozycje do jego podjęcia mają ludzie bardziej podatni na choroby, nie sprawi że zniknie.

    „No i właśnie wskazałeś, jak przebiega proces pojmowania, że nie jest się mizocośtam, tylko smutnym skwaszeńcem tak generalnie. Czyli – z każdym etapem nie potęgujesz czegoś, tylko pojmujesz, że chodziło Ci o coś innego.”

    No więc jeśli smutny skwaszeniec nie ma na tyle mocy obliczeniowej by przeprowadzić takie rozumowanie, może dochodzić do tego stopniowo, empirycznie, nie będąc uprzedzonym na starcie wobec tego, co go otacza. Ba, do pewnego momentu może odnosić się bardzo pozytywnie do poszczególnych rzeczy.

    Ale to nie zmienia za bardzo sprawy, bo też możesz powiedzieć, że nawet gdy był przyjaźnie nastawiony do wszystkiego, de facto był smutnym skwaszeńcem, tyle że ze złudzeniami i kiedy je stracił, dowiedział się kim jest. No ale jakaś zmiana zachodzi, w zachowaniu np.

    „Jeśli chcesz rozmawiać o takiej wolności, to chciałem Cię tylko poinformować, że oczywiście masz rację, ale to tak jakbyś chciał ze mną rozmawiać o kluczu ptaków, kiedy mnie chodziło o klucz do mieszkania.”

    Oczywiście, że chcę rozmawiać o takiej wolności i o takiej mówię: negatywnej. Od momentu, w którym zacząłem o niej mówić. Dlatego nie rozumiem czemu nagle usiłujesz ją rozumieć inaczej niż zaproponowałem w naszej rozmowie.

    „Więzienie to coś takiego, poza czym coś jest. Dlatego jest więzieniem. Bo czegoś Cię pozbawia dlatego, że jesteś w nim. Możesz mi wytłumaczyć, czego pozbawia Cię rzeczywistość?”

    No przecież to jasne czego, niebytu. Istniejąc jako przedmiot, jestem częścią bytu i nie mogę w żaden sposób odejść w niebyt. A ja nie lubię, gdy pozbawia się mnie możliwości osiągania moich celów, i jeśli kompletne unicestwienie stałoby się takowym, nie mógłbym go zrealizować.

    No i skoro nie mogę tego zrobić, to ciekawi mnie jaki jest tego powód i dlaczego struktura wszystkiego miałaby być tak totalitarna.

  12. Dobra, FB, rozmowa robi się długa i nie jestem pewien, czy na temat. Wytłumacz, oszczędzając słowa, dlaczego według Ciebie rzeczywistość może być wieloznaczna i jednocześnie bredziłby ktoś, kto by ją rozumiał tak, że używałby do jej opisu jednoznacznych pojęć?

  13. Ależ nie, rzeczywistość może być jak najbardziej jednoznaczna i można starać się używać jednoznacznych pojęć do jej opisu. Ja się czepiłem jedynie słowa „niejasność”. Bo skoro nie znamy, ani racji jej istnienia, ani przyczyny, nie możemy powiedzieć też nic o ostatnim skutku, nie mamy jasności tego czym jest.

    Taki Stonehenge… Możemy sporządzić precyzyjnie jego opis, określić z jakich kamieni się składa, podać ich pozycję w przestrzeni, dokładny skład chemiczny, masę, kruchość, etc. Będziemy wiedzieć o czym mówimy i nie popełnimy błędu podczas identyfikacji. Wskażemy ten sam zbiór kamieni koło Salisbury i będziemy dysponować mnóstwem kryteriów, dzięki którym będziemy wiedzieć, że się nie pomyliliśmy.

    Ale wszystko to nie przezwycięży niejasności jego przeznaczenia. Nie zyskamy absolutnej pewności czy dla tych, którzy go stawiali był kalendarzem/obserwatorium/świątynią/cmentarzem/centrum handlowym czy wszystkim po trochu. I kto wpadł na pomysł, by te kamulce tak postawić? I kto je stawiał? I co wpłynęło na nich, by to w ogóle zrobić? Jaki miał charakter główny inżynier? I czy w ogóle był ktoś taki, czy też to co wyszło, było dziełem działania grupy?

    Rzecz może być jednoznaczna (nie komplikuje komunikacji) i zarazem niejasna. Ale czy rzeczywistość jest jednoznaczna nawet w tym pierwszym sensie, skoro mamy tyle stanowisk w ontologii?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s