Archiwum dla Grudzień, 2010

Wolałbym nie, jeśli to nie kłopot

Posted in Uncategorized with tags , on Grudzień 26, 2010 by Jaś Skoczowski

Ten pan nie rozumie tej piosenki. Niech mu ktoś wytłumaczy, że wolność to nie jest coś do lubienia, tylko coś jak szczepionki? Szczepionka chroni Cię przed chorobą, wolność chroni Cię przed tym, żeby ktoś Ci nie przeszkadzał. Wiedzieli to najstarsi górale. I rozumieli to bardzo dobrze – wolność to relacja między ludźmi, która nie istnieje, jeśli ktoś Cię nie wyzwala.

To zresztą pokazuje, jak ważnym i zapomnianym elementem polityki jest libertarianizm i jak bardzo pojebani są, w swojej większości, libertarianie. Przecież większość libertarianizmu dziś, przez libertarian, polega na tym, że oni domagają się wprowadzenia pewnych zasad, abstrakcyjnych względem tej kwestii, czy ludzie dzięki tym zasadom będą sobie wzajemnie nie przeszkadzać w życiu. Kapitalizm to jest system, który wymagał istotnych zmian, by nie zmieniać społeczeństwa w domy niewolnicze lub fronty, na których toczy się bezpardonowa wojna, mylę się?

Mógłbyś powtórzyć, bo jakoś umknęło mi?

Posted in Uncategorized with tags , , , on Grudzień 25, 2010 by Jaś Skoczowski

Wyobraźcie sobie, że słyszycie głosy. Co by było, gdybyście nie znali żadnego języka? Co mogłyby wam zrobić głosy w głowie, skoro nie moglibyście rozpoznać w nich słów czy zdań? Nic jako głosy. Być może coś jako hałas

Moim zdaniem ta mała zabawa, którą wam proponuje bardzo ładnie ilustruje, czym jest język. Język jest jak coś żywego (czyli mogącego mieć swój własny cel, w takim sensie, w jakim swój własny cel ma choćby kwiatek podążający za słonkiem), co nas zmienia, co zmienia nas tak, bo jest w nas wbudowane, a zmienia nas tak, że wchodzimy w takie relacje ze światem (w tym ze sobą), w które nie moglibyśmy wejść bez tego. Ludzie piszący, że wszystko jest systemem znaków lub tekstem lub czym tam (czyli cały świat zawiera się w języku), misująpointa. Ludzie, którzy widza w języku tylko pudełko z narzędziami – także.
Język ma swoje otoczenie, jest przedmiotem, a nie ramką obrazka. Jest coś poza językiem i my wiemy doskonale co to, za każdym razem, gdy wiemy (i wiemy to oczywiście w języku, misiaczki. Bez języka możemy najwyżej czuć i tez wiemy to tylko dzięki językowi. I nie jestem pewien, czy możemy czuć to, czyli czy coś możemy). Dlatego rozumiemy, że nie można być opętanym, jeśli nie zna się języka, jeśli jest się poza językiem. Dlatego można zrozumieć, że na przykład oczekiwanie jest czymś, co dzieje się po części w języku. Nic nie łączy zniecierpliwienia i tego lub kogo, na co czekasz. A jednak czekasz i niecierpliwisz się ze względu na to. Czyli rzeczywistości nie da się sprowadzić do języka, tym bardziej do jednego aspektu języka.
Ale język, to nie, nie Louie, nie coś jakby skrzynka z narzędziami. Narzędzia mają zastosowanie, czyli można je wykorzystać do jakiegoś celu, ale nie mają swojego celu. A język ma cel. Jaki? Replikację.

Głupotka amoralizmu goni głupotkę moralizmu

Posted in Uncategorized with tags , , on Grudzień 24, 2010 by Jaś Skoczowski

Normy, wartości, cnoty itd. moralne mogą nie istnieć, mogą też komuś być niepotrzebne. Zupełnie jak jednostki miary czy byty geometryczne. Etyka jest wymiarem naszego życia, ktoś może nie być akurat tym wymiarem zainteresowany, a jednostki pomiaru nie muszą być inaczej, niż są np. metry, czyli jak najbardziej mogą być fikcjami, tak samo jak bryły czy figury płaskie. Dalej jednak można zmierzyć coś, bo jest np. jak prostopadłościan w wystarczającym stopniu. To, że jednostki miar mogą być fikcyjne i że kogoś nie interesują pomiary nie znaczy wcale, że pomiary zostały zdyskredytowane, jako praktyka.

Co więc mądrego może być w amoralizmie? No nic. Jest kiepskim sposobem na powiedzenie, że się nie daje faka. Skąd z nim tyle problemu? Bo robi zamieszanie, gdy tylko mówimy o etyce. Gdy robimy etykę, to co twierdzą amoraliści (w tym kiedyś to, co ja próbowałem twierdzić) nie ma znaczenia. To nie znaczy, że o razu znaczenie ma to, co mówią amoraliści. Amoralny opis działania to nie wyraz amoralizmu po prostu. Nie bardziej niż pominięcie tego, jaką kto ma fryzurę, w opisie tego jest manifestem antyfryzjeskim.

Moralizm więc też nie jest mądry zbyt. On przecież nie polega na tym, ze tylko opisuje się, jakie jest czyjeś działanie, etycznie jakie jest. Przecież w nim chodzi o podkreślanie ważności etyki nawet dla tych, którym ona zwisa. A etyka nie jest ważna dla kogoś, dla kogo nie jest ważna. Moraliści, jeśli kiedykolwiek kogoś przekonają do swoich racji, to tak samo jak amoraliści – bo biedaczek się pogubi i zostanie uwiedziony ich pierdoleniem. Czyli oni go w sumie nie przekonają, tylko wytrącą mu jego język z rąk. Jakkolwiek by człowiek z językiem w dłoni debilnie nie wyglądał, tak właśnie będzie.

To jest ważne dla postawy, którą można nazwać indywidualizmem – jeśli takie nazywanie jej ma mieć jakąś wartość, to indywidualizm nie może być ani amoralizmem, ani moralizmem, bo powinien być afirmacją jednostki, działaniem mającym na celu maksymalnie nieograniczony niczym zewnętrznym rozwój każdego z nas. Czyli też – naszych gustów, każdego z osobna.

Puk-puk, jestem tu?

Posted in Uncategorized with tags , , , on Grudzień 24, 2010 by Jaś Skoczowski

Czy mogę być czyimś wymysłem? Gdybym był czyimś wymysłem, to czułbym wymyślone przez kogoś uczucia i myślał wymyślone przez kogoś myśli. Czy on by czuł je też? Mógłby się nade mną użalać czy współczuć. Jednak nie mógłby poczuć tego co czuję, choć mógłby pomyśleć myśli, które ja tez bym myślał.
Mój stwórca mógłby napisać cokolwiek, co czuję ta samo, jak ja mogę napisać to, dokładnie w tej samej postaci, w pierwszej osobie. Jeśli pisze teraz: jestem trochę śpiący, to równie dobrze on mógłby napisać, jestem teraz śpiący. Nic by tych zdań nie różniło, choć on nie mógłby poczuć. Stąd to, że czuję, nie pozwala mi odróżnić siebie od fikcji. Nie mogę na podstawie tego, że myślę, czy, że czuję stwierdzić, że jestem czymś ponad wymysł.

Ale ja nie mógłbym jemu powiedzieć, że jestem śpiący, gdybym był jego wymysłem. On mógłby napisac, że to powiedziałem, ale to nie to samo. Zanim cokolwiek powiem, on może zgadywać, co powiem. Gdybym był wymysłem, on nie mógłby zgadywać akurat tego. Mógłby np. nie wiedzieć, co napisze. Ale nie mógłby zgadywać, co powiem. Bo gdyby zgadywał, to każda próba kończyłaby się sukcesem, bo to on też decydowałby, co powiem. Natomiast jeśli stwierdzasz, że ktoś powie to, albo tamto, to dalej nie wiesz, że zgadłeś, bo może okazać się, że źle przypuszczałeś. Zgadujesz i wiesz, czy zgadłeś dopiero jak Ci się potwierdzi.

Jeśli komunikacja jest niemożliwa, to nie ma żadnego ja.

Myślę, że nie mam pojęcia

Posted in Uncategorized with tags , , on Grudzień 23, 2010 by Jaś Skoczowski

Czy jeśli teraz myślę np. o moim kocie, to koniecznie robię to za pomocą pojęcia kota? Dlaczego? Co sprawia, że to konieczne? Myślę np. że trzeba go nakarmić. Czy muszę mieć jakieś pojęcie karmienia, pojęcie kota i sobie to zestawić, żeby to zrobić? A jeśli na pytanie, co mam na myśli, potrafię odpowiedzieć tylko to samo: że myślę, że chcę nakarmić kota i nie ma co Tu wyjaśniać, mogę Ci najwyżej pokazać? W jaki sposób można doszukać się takiej wypowiedzi, odwołującej słuchacza czy rozmówcę do jakiś tam moich procesów podczaszkowych, dowołania do jakichkolwiek pojęć? Przecież ostatecznie osoba chcąca coś zrobić, która tak mówi odwołuje nas ewentualnie do jakiegoś faktu. A nie do żadnego pojęcia. Do kurwy nędzy.

Moim zdaniem to pokazuje możliwość, to jak można, myśleć bez odwoływania się do pojęć. W dodatku moje myśli mają sens, taki, jak i moja wypowiedź, czyli to zdanie, które wypowiadam: myślę, żeby nakarmić kota. Dlaczego niby we wszystko, co pomyślę, musiałyby być uwikłane w pojęcia?

Tak wam prywatnie powiem

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Grudzień 23, 2010 by Jaś Skoczowski

Kiedyś napisałem taki wierszyk i nie wiedziałem w sumie o czym to jest:

nazywają to krzesłem
a przecież wszyscy wiedzą,
że nie ma jak na tym siedzieć
i że ucieka, gdy się próbuje

każą jednak cieszyć się, że jest krzesło,
że mamy trochę wygody w trudnym świecie
i drżą im głosy, gdy zaczynają na głos myśleć
co by było, gdyby krzesła nie było

piszą książki o krześle
i wiersze
prawie się do niego modlą
a na pewno
klęczą przed nim

A teraz poznałem bliżej kol. Trikstera i już wiem, o czym jest. O tu i tu go poznałem. I dedykuje mu ten wierszyk, ciasny ale własny. On jest o tym, że: nie, nie da się ustalić prywatnie znaczenia słowa, tylko trzeba to zrobić z kilkoma osobami, bo jak to robisz sam, to nie ma żadnego znaczenia, bo nie da się tego zrozumieć, co zrobiłeś. I nie uratuje Cię twierdzenie, że przecież jak ktoś się zachowuje niezrozumiale, to wtedy możesz go zignorować na podstawie jakiś tam zasad interpretowania zachowania i brać pod uwagę tylko jego zrozumiałe zachowania: te zasady nie ukryją tego, że on w pewnym momencie wyszedł poza schemacik i urwał się z choinki, i robił, co mu się żywnie podobało, i dlatego był kompletnie niezrozumiały. A druga rzecz, której dotyka ten wierszyk: język to nie tekst, system znaków i nic podobnego. Bo znaki potrafią nas wyprowadzić do tego, co znakiem nie jest, tekstem nie jest itd. Mogą nam np. nakazać ciszę i bezmyślność. I wtedy wiemy, bo widzimy, bez dodawania niczego od siebie, że krzesło to krzesło, a to kurwa chujwico jest, nie krzesło, stąd jeśli mówisz na to krzesło, to równie dobrze mógłbyś słowem krzesło np. podeprzeć krótszą nogę szafy i twierdzić, że to jest nowe, wspaniałe znaczenie słowa krzesło, bo Ty je teraz sobie tak ustaliłeś. Bo na jedno by wyszło: słowo krzesło nie ma za swoje znaczenie ani podpierania nogi od szafy, ani tego czegoś. I nikt tego w pojedynkę zmienić nie może.

I z tego powodu wierszyk kol. Triksterowi serdecznie dedykuję, czyli: jasiu zrobił brzydkie i paaaaaachnące, ale swoje, ładnie zapakował, przyniósł swemu panu, i zadowolony.

Jestem moja monotematycznością

Posted in Uncategorized with tags , , , , on Grudzień 19, 2010 by Jaś Skoczowski

Poza nienawiścią do władzy liczy się dla mnie też to, co anglosasi nazywają „minding your own business”, dbaniem o swój interes, egotyzmem. Pociąga ona za sobą unikanie rządzenia innymi. Dlaczego, to już tłumaczę.

Żeby nauczyć się rządzić kimś musisz nauczyć się na tego kogoś wpływać. Wszelkie swoje nawyki, które Ci to uniemożliwiają, musisz wyrugować. Rządzący żyją w określony sposób i on polega na tym, że niszczy tę część siebie, dla której rządzenie nie jest ważne. Jeśli chcesz o siebie dbać, nie możesz ignorować tego, co jest dla ciebie ważne w ten sposób. Musisz umieć pogodzić swoje chęci, jakoś.

Oczywiście, nie dla każdego MYOB oznacza porzucenie władzy. Ludzie, którzy cenią tylko władzę i rzeczy z nią niesprzeczne, dalej mogą dbać o siebie i dążyć do władzy. Do bycia anarchistą jednak dalej musisz nienawidzieć władzy, rzecz w tym, że możesz być anarchistą i skrajnym egoistą, ba, czym bardziej jesteś skupiony wtedy na sobie, tym bardziej nim jesteś. Egoizm jest wiec bardzo dobrym dopełnieniem anarchizmu, jest anarchistyczną cnotą.

Co to znaczy, bo to znaczy, to co napisałem, coś wiecej, niż to, że egoizm to cnota? To znaczy, że własność jest instytucją nie do pogodzenia z egoizmem anarchisty w takim stopniu, w jakim wymaga kontroli innych – manipulacji, presji psychicznej, groźby przemocy, przemocy, na przykład. Jest też niezgodna z nim w takim stopniu, w jakim trzeba zdobywać środki, które służą potem do kontroli. Jeśli do zachowania kontroli nad rzeczą potrzebujesz kontroli nad drugim człowiekiem, już jest coś nie tak z twoim egoizmem, anarchisto. I obawiam się, że niestety musi być coś nie tak.

Czasem kontrola nad innymi pozwala nam realizować nasze interesy, związane z rzeczami. Chodzi o te przypadki, gdy chcemy kogoś kontrolować w jakimś innym celu, a celem jest to, co ma się stać z rzeczą. Np. ludzie chcą mieć kontrolę nad złodziejami, bo to pozwala uniknać strat lub je zminimalizować.

Co to znowu znaczy? Że chciwość może sprawić, że nie będziesz anarchistą, choćby miała usprawiedliwienie w egoizmie. Stąd mylą się w znacznej mierze anarchokapitaliści, gdy uzasadniają stworzenie anarchokapitalistycznych instytucji egoizmem, ale mylą się też komuniści powołujący się na chciwość – na to, że komunizm świetnie zaspokoi czyjeś interesy.

To tyle takich tam luźnych refleksji politycznych. Na koniec jedna sprawa, żebym nie zapomniał, bo teraz ją widzę, a potem mogę zapomnieć: nie jest powiedziane, że nawet jak nie jesteśmy chciwi, nawet jeśli nie chcemy zrealizować naszych interesów za wszelką cenę, dotyczących rzeczy, to nie bedziemy chcieli kogoś kontrolować. Dalej to możliwe. To jest problem anarchizmu, że nasze interesy mogą być dalej niezgodne. U mnie zwycięża egoizm: gdy nie widzę, że jestem chciwy, trwam przy swoim. Usprawiedliwiam się przed sobą tym, że nie dążę do pełnego sparaliżowania kogos, z kim się spieram. Ale kiedy nie mogę, to i tak robię swoje. Ostatecznie wszystkie moje poglądy mają sens tylko dla mnie takiego, jakim jestem, gdybym nie umiał tego znieść, to bym to odrzucił. Hm.