Ja i Ja

Czy komunikacja jest niemożliwa, jeśli nie możemy spotkać się twarzą w twarz? To nie jest niejasne pytanie, tylko niejednoznaczne. Jeśli użyłem słowa się w takim znaczeniu, które zwraca mnie ku sobie (nie jestem gramatykiem proszę państwo, więc nie będzie o gramatyce), to jest niemożliwa. Dlaczego?
Czyżbym nie miał nic ciekawego do dodania?
Czy nie mogę się od siebie czegoś nauczyć?
Jaki status miałaby wiedza, gdyby to była prawda?
A jeśli użyłem się w taki znaczeniu (nie, to nie semantyka chłopcy, to to nie semantyka, tylko brzmi podobnie, hyhy), które zwraca mnie na kogoś, to też niemożliwe. Dlaczego?
Bo nie wiem, jak do niego dojść?
Bo mi się nie chce?*
A jaki by status wtedy by miała prawda?

No dobrze, zmieńmy trochę temat. Może nie da się tylko dogadać z kimś, kogo tu nie ma. Czy tu to może być godzina? W końcu jakoś mierzy to, o czym mówię, więc też wskazuje. W tym domu w którym mieszkam mój dziadek robił bardzo dokładne notatki (mnie się tak wydaje. I nie tylko mnie). Z życia, z wydatków, z rzeczy jakie miał w domu. Czy mogę się z nim teraz dogadać, przecież nie żyje? Ostatni raz widziałem go, jak miał raka. Miałem może 7-8 lat? 6?

Czyli jeśliby pozbawić rzecz takiego wymiaru, jak umiejscowienie w czasie, rzecz byłaby nierozpoznawalna? No nie każda. Dąb Bartek, świętej pamięci, był stary. Czy to jest już podstawa, żeby twierdzić, że nie był kiedyś sadzonką? No nie, Dąb Bartek był całkiem odporny na czas (czas?).
Czy to istotne, że to czas, czy może po prostu tak mi się zdaje, że był tak silny i wytrwały, bo nie napisałem, że Dąb Bartek była? Nie, to nie dlatego. Raczej po prostu wolałbym napisać Dębina Bartnica**.

Ale co by było, gdybym nie zobaczył choć zdjęcia? Mój wzrok odegrał tu większą rolę niż dowolny tekst. Widziałem mojego dziadka, dotykałem, ale fakt, nie pamiętam, jak pachniał. Nie pamiętam dokładnie też nawet jego mimiki. Czy ktoś jednak chce mi powiedzieć, że nigdy go nie spotkałem? Czy zdjęcie Dębu czy Dębiny jest tak różne od moich wspomnień? Przecież wiemy, nie jestem chyba samotny, wiemy, że nasze wspomnienia bywają mniej dokładne niż zdjęcia i to wszystko. Co wskazywałoby na fałszerstwo w tym wypadku? Można go zignorować? Przecież mojego dziadka widziało kilku innych ludzi, może niektórzy z nich mają dokładniejszą, bliższą fotografii, proszę państwo, pamięć***. Jak widzicie nie da się tego porównania tak sobie usunąć, bo odwołuje się do obrazu, prawda? Bo jeśli nie to dlaczego w ogóle używamy fotografii? Czemu malowaliśmy i nie przestaliśmy (w dodatu nie przestaliśmy sobie coś w ten sposób nie tylko pokazywać, ale także skierowywać myśli)? To były też tylko teksty? Jeśli nawet tak, to dosyć specyficzne. Teraz piszę kilka rozkazów. Jesteście w stanie je zrozumieć. Ale czy jesteście w stanie je wykonać?

Namalujcie mi Daliego. A potem, jak już to zrobicie, wstukajcie za mnie moje słowa.

Uważacie, że w takim razie wierne skopiowanie jest możliwe, gdy tworzymy obrazy? A jest możliwe w przypadku tekstu. Nie każdego. Przyznaję. Ale jest różnica między czymś, a niczym. Nawet osoba doskonale kopiująca Daliego nie będzie Dalim. I ktokolwiek inny wstuka to, co wpisałem, to nie będzie mną i tak. Ja nie jestem kimś innym, tylko sobą. I nie jestem zdolny się pomylić w tym przypadku. Potrafię?
Dlatego już na tym poziomie wykluczam gramatykę jako tylko gramatykę. Nie wiem, co zmienia drzewo, ale nie wierzę, że czas coś zmienił. Czy jest coś w tym niezwykłego? A dlaczego czas nie jest po prostu gramatyczną fikcją, która bez pragmatyki nie ma sensu? Czemu oznaczenia czasu nie miałyby być tylko oznaczeniami, których sens nadje pragmatyka, choć nie wskazują niczego? Skoro raczej o czasie mówimy i myślimy, żeby nam było łatwiej uporządkować to, co było? Np. życie i śmierć człowieka lub drzewa? Czy Dąb Bartek nie jest zmarłym drzewem, bo ja nie wiem, kiedy umarł?

Zarys osobowości pojawił się u mnie już jak miałem około 3-5 lat. Nie wiem, czy wtedy umiałem posługiwać się dźwiękiem „się” (wiecie, którym, nie, hyhy?). Ale czy to znaczy, że się wpełzło w te ramy, zupełnie nie zmienione? To jak to jest, że jednak „się” trzyma „się” mojej „gramatyce” ciała? Nie chodzi mi o żaden „biologizm”, chodzi mi o to, że jednak moje ciało i mojego dziadka miało „gramatyki” wbudowane w siebie, które nam nie przeszkadzały się dogadywać. I nie było w tym nic fikcyjnego. I stykając się z dziadkiem przecież uczyłem się używać „się” tak samo jak oznaczeń czasu. Czyli bez nas (dziadka i mnie, i innych ludzi, których wtedy znałem) „się” byłoby gramatyczną fikcją. Chyba, że jest nam wrodzone? W jakim sensie? Czy ja naprawdę mogę nauczyć się jakiegoś odpowiednika „się”, nie znając wcześniej „się”? A może chodzi mi o ton czy wysokość dźwięów, jakei wydawał mój dziadek? Przecież nawet tego dobrze nie pamiętam.

Jak widzicie to bardzo niekoniecznie jest biologizm. Ale to wyklucza bezpośrednie oddziaływanie języka, Ta perspektywa. Jak miałby jeszcze oddziaływać i dlaczego by nas to interesowało? Co mówiłoby nam ciekawego o przedmiotach, które będziemy chcieli badać? Ale czy nie mogłoby by po prostu być? No mnie urzeka taka myśl, to niezwykłe. Wizja ponad indywidualnego języka jest fascynująca, bo niezwykła. Nie mogę was zapewnić, że w dzieciństwie zastanawiałem się nad „się” i byłem świadomy tego, co tu napisałem, nie umiem wam powiedzieć, jak to do mnie trafiło czym jest „się” i jak je używać. Ale czy to na pewno rodzi pytania, na które istnienie nieindywidualnego języka odpowiada? Czy gdyby tak nie było, to nie można byłoby wątpić, że istnieli tacy ludzie, co do których pewny jestem, że istnieli, w tym sami my? A co z zaimkami osobowymi? „Ja” na pewno to słowo, które bardzo łatwo poprawnie użyć, a jakby się nad tym zastanowić i oderwać od użytkownika (w liczbie jak najbardziej pojedynczej), to nie wiadomo jak. Wiem, kim jestem. Wy to potwierdzacie, nie zawsze, ale za to gdy potwierdzacie, to tak, jakby w zasadzie ja siebie określił – gdy chodzi o takie cechy, które naprawdę można użyć do odróżnienia mnie od kogoś. Trudno jest mi wykazać błąd, choć wy potraficie go dostrzec. A o ile łatwiej jest wykazać, że Ty to Ty? Łatwiej, choć to nie jest jeszcze stwierdzenie tożsamości. Tak jak w przypadku charakterystyki mnie zresztą. Nie mówimy tylko, że ja to ja, ani, że Ty to Ty. Zawsze wiemy, że „ja” i „ty” to słowa odnoszące się do czegoś innego, że gdyby miały się odnosić tylko do jakiegoś Ty czy Ja, to w ogóle nie wiadomo do czego by się odnosiły. Bo jak to może wyglądać „Ty” i „Ja”, które nie jest Tobą lub Mną? Przy czym jednak Ty łatwiej scharakteryzować, Ty to może być ktoś, kto przede mną stoi. Ja natomiast nigdy nie mogę przed sobą stanąć, choć zniekształcenie, które daje lustro wydaje się być mało ważne.
O nim i o nich najłatwiej mówić w sposób sprawdzalny – nie trzeba nawet wskazywać podmiotu, który ich postrzega, a to może spowodować kłopoty. On i oni są. Że ten ktoś jest Jasiem Skoczowski można potwierdzić najłatwiej, wystarczy, że się uzna, że on się tak nazywa (choćby konwencjonalnie, wystarczy fakt, ze ktoś się na to zgadza), że Jaś Skoczowski nie jest lub jest Tobą jest trochę trudniej, bo trzeba wskazać tego, dla kogo Ty jesteś Tym, że ja jestem Jasiem – to bardzo poważny problem uzasadnić, bo trzeba wskazać, według mnie, kto jest Jasiem, w sposób uzasadniony, a powołujący się na to, że uważam, ten ktoś to ja.
Najłatwiej uwierzyć, że jest test, najtrudniej, że sami w ogóle jesteśmy (czym dowolniejsze sposoby wskazywania czegoś lub kogoś, tym bardziej ten ktoś wydaje się być zbędny). Jednak inni mają sens tylko jako Ci, którzy w ogóle mogą się jakoś zamanifestować. I to tak, żebym mógł ich podejrzewać o to, żę czują czy myślą, czyli musze wierzyć też, że mają jakiś język. Choćby to był niepowtarzalny idiolekt. Człowiek, którego nikt nie rozumie dalej wygląda jak człowiek – znacyz, mozę tak wyglądać. Małpa zresztą też.
Gdybym więc ja sam nie wiedział, kim jestem, to nic by raczej nie było w stanie wskazać mnie. I nikt. Ale przecież mogę uznawać się za kogo mi się podoba. Ludzie mogą mi zaprzeczyć, ale czemu to akurat oni są w tym wypadku autorytetami epistemicznymi i czy mogą nimi być? A może po prostu nie dość, że tylko czasem są, czasem nie (i to zarówno mogą być wtedy być autorytetami moralnymi lub w ogóle nie być autorytetami), to w pewnych wypadach mogą przestać nimi być, bo stracą moje zaufanie? I że jednak zależy to czasem od mojego nastawienia do nich, o którym decyduje, a mój zakres decyzji poszerza się wraz gdy coś o nim się dowiaduję? A może moje relacje z innymi są ode mnie niezależne? To czy byłyby moimi relacjami? To czy nie są moimi? Bo jeśli są nieodróżnialne, to co czynie je moimi i jak odróżniam to, co mnie łączy z kimś od tego, co łączy innych ludzi?
Czy fakt, że jestem członem jakiejś relacji, ja i nikt inny, nie nadaje żadnego charakteru tej relacji, lub, jest to zawsze charakter nieistotny? Dlaczego więc jestem gotowy np. Moich bliskich traktować inaczje, niż obcych mi ludzi?
I czy można na to udzielić jednoznacznie indywidualistcyznych lub nie, odpowiedzi?
Na koniec udzielę jednej odpowiedzi (chyba udzieliłem ich dzisiaj więcej?) – nawet jeśli nie mogę się spotkać ze sobą twarzą w twarz, mogę ze sobą rozmawiać. I tym bardziej mogę rozmawiać z innymi.

No, a teraz idę myć podłogę, kąpać się i spać. :-)

EDITH: hyhy, jeszcze telewizor i się wszystko przesunęło.

*moja paranoja wzrasta: czy piszemy mi się nie chce lub mnie zamiast chcę czy dlatego, że tu następuje jeszcze jakiś hm, obrót? się pozwala na pozbawienie wypowiedzi pozorów wypowiedzi osobistej? W każdym razie wiem, dlaczego to nie gramatyka. Bo to jest gramatyka i nie tylko. I gramatyka jest mnie ważna. Bo potraficie czytać między literkami. Umie(raj)cie więc
** Byłoby mi głupio, bo dąb brzmi bardziej osobiście, a dębina – bardziej przedmiotowo. Ale dawałoby to jeden plus – wiedziałbym, że jak samica, to nie będzie zapylać. Albo, że znajdę żołędzie? W każdym razie cóż, dalej nazwałbym ją Debiną Bartnicą. I może nawet troszkę myślał jak o osobie. Tylko dalej nie przeszkadzałoby mi wiedzieć, że daje żołędzie. Co w tym jest dziwnego? Ktoś proponuje, jak udowodnić, że ludzie tak nie robią? Że nie olewają (o przepraszam, ignorują ojej) gramatyki do tego stopnia, który akurat jest im wygodny? Czy to znaczy, że nie tyle są kukiełkami gramatyki, lecz raczej są jak inżynierowie, którzy nie znają maszynerii, którą dostali? Czy to jest już holizm? Tak wygląda, ale gramatyka jest w nas wbudowana. Oczywiście, może na nas wpływać, ale nie dlatego, że jest gramatyką, tylko, ze jest akurat wbudowana w nas. Ja mogę powiedzieć ja i odnieść to do tego, do czego chcę ("czego" jest tu z namysłem wstawione) i inni mnie zrozumieją, choć nie mają żadnych dowodów, że to ja, oprócz zaufania do mnie – czegoś nie mieszczącego się raczej w gramatyce, prawda? "Ja" ma taką konstrukcję (bo nie jest proste, choćby gramatyka podpowiadała co innego), że bez odwołania się do czegoś spoza tego języka, którym teraz się posługuję, nie wiedziałbym kto to ten ja. Hyh. jak mówiłem, nie pisze o gramatyce. Tylko o sobie, którego możecie zrozumieć, co zabawne – czytając mnie, a nie widząc jak mówię, choć to co pisze jest już czymś wtórnym – zapisem rozmowy, którą odbyłem ze sobą).
*** A przynajmniej ktoś może stworzyć dość wierny rysopis? czy aby to już nie wskazuje, że analogia jest fałszywa? No dobrze, to czy ktoś może malować z pamięci? A czy ktoś może malować to, na co patrzy? Tu chyba też tekst nie uczestniczy? Czym różni się malowanie z pamięci i malowanie tego, na co lub kogo patrzymy? Drugie może być łatwiejsze, jeśli nie chcemy bardzo zniekształcić kształtów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s