Archiwum dla Listopad, 2010

Pani Bogna

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on Listopad 28, 2010 by Jaś Skoczowski

Jeden dziennikarz, któremu się zdaje (np. że ma blisko do anarchizmu – nie ma) raczył obśmiać żonę innego dziennikarza. Tak to trzeba zacząć, żeby zwrócić uwagę, że mówimy o czymś prawie rodzinnym. Żona zachowała się jak idiotka (nie powiem, że jest Nią, bo jej nie znam). Na to, co redOrliński napisał (nat sou red, zdecydowanie, a tym bardziej nie red&black, sorry, ale to moja obsesja i muszę podkreślić, on, tak samo jak Chomsky, mają bardzo mało z anarchizmem wspólnego, choć znają anarchizm) zareagował mąż, jak kogucik. Na to odpowiedział skolei (ssssssssssssskoooooooleiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii, pierdolę, Cię, korektorze, będę wierny sobie, nie kolei) znowu redOrliński tak

Ja męża lubię, ma coś takiego gówniarzowatomłodzieńczego w twarzy, a ja jeszcze jestem dosyć młody i łatwo mi się zsolidaryzować. Łysego natomiast nie lubię, bo choć jest uroczy, to potrafił mnie tylko upokorzyć, ale niczego jak dotąd nie nauczył – jest na to za bardzo napompowany gazem, tym, który jak masz w sobie, to Ci się wydaje, że już nie musi Cię zrozumieć ktoś, z kim ty akurat się nie liczysz. Tyle prywaty, mojej i cudzej, która jest niezbędna, bo pokazuje, że jest coś ponad nią.

Obie strony zarzucają sobie, że się mylą. I obie strony się mylą, ale nie tak, jak się im zdaje. Pan Janke nie pojmuje jednego: tak, winny jest pan z komitetu wyborczego, ale wina to nie wszystko. Wina wyznacza tylko odpowiedzialność, pokazuje, kto swojego obowiązku nie wykonał, a odpowiedzialność nie wystarczy, by opisać to, kim kto jest, a czasem jest zbędna. W tym wypadku jest. Żona zachowała się co najmniej bardzo nieuważnie. Bardzo niedbale. A ona chce być politykiem. Nie ważne, że samorządowym, polityka to zawsze polityka, to walka. Ludzie mają sprzeczne interesy i żadne czary-mary słowne nie zmienią tego (typu, że, jakoby, „nie róbcie polityki, tylko x”). Jeśli ktoś może komuś dać tylko wtedy, jak komuś nie da lub komuś dać, jak komuś odbierze, to uczestniczy w walce o zasoby, niezależnie od tego, jak bardzo by ta walka fair czy nie fair była.
A w takim razie, żeby być dobrym politykiem nie wystarczy być cnotliwym, czyli też: bez winy. Trzeba jeszcze być uważnym. Dużo bardziej uważnym, niż żona Pana Jankego. Czyli tak, Żona popełniła błąd i to taki, który nawet jeśli można wybaczyć, to nie trzeba.
Czy jednak należało to ujawniać? O to dopiero zależy. Na pewno było co ujawniać.
Gdzie myli się wannabeanarchista? No tam, gdzie jemu się wydaje, że Janke nie ma racji i żona jest coś sobie sama winna, nie powinna więc tak reagować (lub: że śmiech z niej wynika z tego, że ona zachowała się niewłaściwie). Nie jest. Ona dopełniła wszystkie swoje obowiązki. Oczywiście, zachowała się oprócz tego po prostu śmiesznie. Ale nie jest śmieszna z tego powodu, który uroił sobie Orliński.
Problemem Orlińskiego jest to, że on nie rozumie, co to znaczy, że ktoś jest do czegoś zobowiązany lub nie jest – to jasne, bo popełnia takie dziecinne błędy pisząc na temat obowiązków lub pomija w ogóle poziom normatywny. Oczywiście, można się wstydzić nieporadnością, ale nieporadność to nie to, o czym pisze Janke. On pisze o tym, że ona nie miała obowiązku być sprawna, nie zaprzecza, że nie była. Znam jedną odpowiedź, którą mógłby udzielić redOr.: że to co robię, to „tanie moralizatorstwo” (zwrot debilny, nie moralizuje się w zamian za coś, więc moralizatorstwo nie może być tanie). To tylko potwierdziłoby jego ignorancję. Nie chodzi tylko o to, że jest jakiś obyczaj czy norma, nie chodzi też o brak obyczaju czy normy, ale o wymiar praktyczny (czy pragmatyczny) tego obyczaju czy normy, o którym mowa. W Polsce wybieralne demokratycznie władze nie mają zobowiązań takich zobowiązań, za które mogą stracić stanowisko. Przedstawiciele władzy mogą nie zostać ponownie wybrani do pełnienia stanowiska – ale nie ma to zupełnie w związku z tym, jak sprawowali mandat. Nikt ich nie pozbawia władzy dlatego, że się nie sprawdzili, tylko, że ma prawo do pozbawienia ich władzy, nawet gdyby się sprawdzili. Dlatego ludzie starający się o reelekcję, którym się nie uda, nie mogą powiedzieć „hola, hola, spełniłem obietnice wyborcze, a wy mnie władzy pozbawiacie, tak nie wolno”. Jest to ruch nieważny w grze polegającej na wybieraniu. Ale tak samo nie można zaprotestować temu, że ktoś zdobywa władzę w wyborach, choć nie spełnił obietnic. Tak się w to gra, o czym redOr. nie wie, bo nie rozumiem, na czym polega demokracja.

Co z tego? Jeszcze nie widzicie? To ja, w odróżnieniu od niektórych, wam pokażę co i zrozumiem, czemu nie rozumiecie, bo ja nie tylko rozumiem, ja przecież czują jak wy (^^J). Spójcie jeszcze raz na odpowiedź Orlińskiego. O czym on pisze? O tym, że wybrany na stanowisko władzy ktoś może zawieść, więc dobrze, jak nie wybiera się ludzi, którzy mogą zawieść. O czym napisał Janke? Że to nie jest wina jego żony, że nie wiedziała, jakie jest jej okręg wyborczy. Obydwaj panowie mają oczywiście racje. I obydwaj nie pojmują, że mówią o dwóch zupełnie innych sprawach. Reakcje Jankego nie jest odpowiedzią na tekst Orlińskiego: Orliński napisał, że Pani Bogna będzie kiepskim politykiem jeśli zrobiła x, więc to dobrze, że x pozbawił ją szans na władzę. A Janke napisał, że Pani Bogna do x nie była zobowiązana. Dwie różne sprawy, świetnie pokazujące mnóstwo rzeczy – np. jak bardzo obowiązki mogę rozbiegać się z wartościami, bo przecież to dobre, żeby politycy, których wybieracie, mogli skutecznie zrealizować wasze cele, ale to nie znaczy jeszcze, że jest to ich obowiązkiem być dla was pożytecznymi.

No dobra, czas na podsumowanie, dodajmy 2 + 2. Wyjdzie nam 5 dzisiaj, Trikster, ale odpowiedzią na pytanie „dlczaego?” nie jest „bo się jasiowi tak podoba”. Jasiowi oczywiście się podoba, ale to nie wszystko. Dlaczego? Otóż Orliński i Janke partycypują w jednym etosie – w tym, w którym upublicznienie wiedzy o błędzie czyimś szkodzi temu komuś. To jest etos prywatności. I to jest etos, pszepaństwa, to nie są postawy oderwanych od siebie jednostek, jednostki chcą go wypełniać, bo mają go zadany przez wspólnotę. Telosem jest prywatnośc tutaj, pszepaństwa. Telos jest znany i według McIntyre’a powinna być możliwa (tego z IEP, niekoniecznie tego, który przebija się w książkach McIntyre’a, bo ja książek nie znam). A jest odwrotnie – ten ponaindywidualny etos prowadzi do kompletnego braku racjonalnego porozumienia. Panowie musieliby indywidualnie odczuwać, żeby się dogadać, a nie dogadywać sobie. To jest odpowiedź na twoje wątpliwości, Triskter, chcesz podstaw? To jednak sam przeczytaj artykuł z IEP. Może źle czytam. Albo pokaż mi, jak odbiegam od książki, czegoś się dowiem.

No dobra, to teraz jest czas na słuchanie świątecznych piosenek w radio, palenie fajek i picie kawy, no i zbawienie świata. Radio właśnie gra o tym, jak zajebiście jest w święta. Wypiłem kawę. Fajek nie mam.

Ohaiheloł dzieciny, moje sumienie wypełzło ze skorupki i nakazuje mi przeprosić Trisktera za to, jak się zachowywałem na tym blogasku wobec niego – pod tym wpisem i wpisem pt. „My opinion […]”. Nie chodzi o to, że byłem zarozumiały, byłem, ale nie wstydzę się zarozumialstwa. Ale w zupełnie niezasłużony sposób chłopaka chciałem zjebać.

wiersz: moja piosenka dla martwych ptaków

Posted in Uncategorized with tags on Listopad 27, 2010 by Jaś Skoczowski

rozciągam struny między wierzchołkami drzew
żeby nie tracić czasu po prostu skaczę z wierzchołka na wierzchołek
potem stroję

ptaki w swoich gniazdach chcą już spać
dlatego wylecą z nich, gdy zacznę hałasować, przerażone i zdezorientowane
i wpadną w struny, jesli zechcą uciec ode mnie wysoko

jeśli uda się zachować przy tym rytm, i wydobyć melodię
to zagram to pięknie
i najem się ptakami, które wpadną na struny
i spadną potem w dół martwe

My opinion is that it is only your opinion, dude

Posted in Uncategorized with tags , , on Listopad 23, 2010 by Jaś Skoczowski

Jeśli jesteśmy tworami wspólnot, do których należymy, to przekonanie, że o nas powinna decydować ta wspólnota, a nie my sami, ma wady, których nie ma polityczny indywidualizm.

Jeśli jesteśmy tworami wspólnot i w tym ich etosu, to znaczy, że musimy podejmować decyzje o sobie i innych. Etosy wspólnot nie są narzędziami do podejmowania decyzji w każdej sytuacji – z tej prostej przyczyny, że nie dostarczają odpowiedzi na praktyczne pytanie „co robić?” w taki sposób, by te pytania mogły usatysfakcjonować każdego członka wspólnoty. Dlatego wspólnoty zmieniają swoje etosy. To trzeba podkreślić – to nie tak, że oto mamy pewien ład etyczny wspólnoty i w zgodzie z nim dokonujemy zmian – ład etyczny jest dziurawy. Nie dostarcza tylko odpowiedzi, dostarcza pytań, których nie byłoby, gdyby człowiek mógł być wyspą (nie samotną wyspą, wyspy są kurwa samotne z definicji). I na te pytania nie udziela odpowiedzi wspólnota, tylko jednostka – wspólnota produkuje te pytania, ponieważ jest taką, a nie inną wspólnotą, gdy zostanie udzielona odpowiedź, wspólnota zmienia swój charakter.

Stąd polityczny komunitarianizm jest nierealistyczny, indywidualizm – ma rację bytu. Polityczny komunitarianizm proponuje, by rozstrzygać to, co jest do rozstrzygnięcia w sposób niemożliwy, indywidualizm – nie.

Brzydkie, białe nacieki na twardej i mięsistej, czarnej materii

Posted in Uncategorized with tags , , , on Listopad 20, 2010 by Jaś Skoczowski

Bob Black bywa genijalny. Np. w tekście „The Libertarian As Conservative„. Bardzo trafnie tłumaczy, dlaczego antyetatyzm jest groźny i dlaczego libertarianizm ograniczający się do niego jest bardzo kiepską propozycją. Ale nawet geniusz popełnia błędy. Oto jeden z nich:

Imagine that you are a Martian anthropologist specializing in Terran studies and equipped with the finest in telescopes and video equipment. You have not yet deciphered any Terran language and so you can only record what Earthlings do, not their shared misconceptions as to what they’re doing and why. However, you can gauge roughly when they’re doing what they want and when they’re doing something else. Your first important discovery is that Earthlings devote nearly all their time to unwelcome activities. The only important exception is a dwindling set of hunter-gatherer groups unperturbed by governments, churches and schools who devote some four hours a day to subsistence activities which so closely resemble the leisure activities of the privileged classes in industrial capitalist countries that you are uncertain whether to describe what they do as work or play. But the state and the market are eradicating these holdouts and you very properly concentrate on the almost all-inclusive world-system which, for all its evident internal antagonisms as epitomized in war, is much the same everywhere. The Terran young, you further observe, are almost wholly subject to the impositions of the family and the school, sometimes seconded by the church and occasionally the state. The adults often assemble in families too, but the place where they pass the most time and submit to the closest control is at work. Thus, without even entering into the question of the world economy’s ultimate dictation within narrow limits of everybody’s productive activity, it’s apparent that the source of the greatest direct duress experienced by the ordinary adult is not the state but rather the business that employs him. Your foreman or supervisor gives you more or-else orders in a week than the police do in a decade.

Teza, jakoby marsjanin mógł zobaczyć coś więcej w kapitalizmie jest absurdalna. Tak kompletnie. Problemem libertarian nie jest to, że o to oni nie patrzą w sposób wystarczająco nie uprzedzony – problemem jest to, że oni odrzucają te przesądy, bez których libertarianizm traci sens. To właśnie nasz sposób mówienia o kapitalizmie (co co innego krytykuje Black, jak nie prokapitalizm libertarian) ujawnia jego największe potworności.
Co zobaczyłby marsjanin? Ludzi robiących to, co opisał Black, ale nie widziałby symboliki tego, co robią. Znaczenie tego, co się mówi oczywiście przejawia się w działaniu, okej. Ale jeśli nie znasz języka, to np. nie widzisz, jak bardzo bezsensownie stworzenia mówią o tym, co robią, jak bardzo okłamują sami siebie i innych, lub jak stosują przemoc symboliczną w ochronie systemu. A kapitalizm trwa między innymi dlatego, że ludzie używają w pewien sposób języka. Ba – przecież o tym jest artykuł Blacka, nie?
Stąd badacz nie znający języka miałby bardzo poważny problem w zrozumieniu tego, co się dzieje. Może nawet sytuacja nie wydałaby mu się tak nieznośna. Zwłaszcza, jeśliby nie pojmował ludzkiego języka. Bo wtedy nie mógłby uprawiać antropologi uczestniczącej, a kapitalizm trzeba poczuć, żeby dobrze go zrozumieć. Prawda?

Swędzi mnie, a nie wiem gdzie, ale swędzi, naprawdę

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , , , on Listopad 20, 2010 by Jaś Skoczowski

Coś kiedyś mnie tak wykoleiło, że nie dbam o to, czy coś jest słuszne, czy nie i czy jest dobre, czy złe. Dbam o to, by nie krzywdzić pewnych tam sierotek-istotek, nie chcę krzywdzić też osób kochanych i lubianych, ba, im to chcę dobrze robić. Ale nienawidzę każdej myśli o tym, że mógłbym kierować się na dobro, czy słuszność. Nie ufam słuszności i dobru, bo są mi obojętne. Gdybym miał działać, bo jakiś czyn jest taki, że powinien być, czułbym się tak, jakbym miał nosić markowe ciuchy, bo są markowe – pytanie „dlaczego?” nie tylko byłoby otwarte, ale, niezależnie od tego, czy padła by odpowiedź, czy nie, dyskwalifikowałoby dla mnie sam pomysł.

Wydawało mi się, że istnieje jakiś ważny opis mnie, który pozwoli się z tym uporać, bo jest to dla mnie problematyczne, to co opisałem u góry, ta moja prosta obserwacja. Kiedyś radziłem sobie, wpisując się w buddyzm. Potem nastał stirneryzm, potem libertarianizm, anarchizm potem znów stirneryzm, buddyzm/crowleyizm i ostatecznie chujcowizm. Dużo izmów.

Czemu tak robiłem? Co jest nie tak w opisie z góry? To, że inni wiedzą coś, czego ja nie. Inni wiedzą coś o dobru i słuszności co sprawia, że chcą czynić dobrze i słusznie. Ja nie wiem i nie potrafię wiedzieć. Jestem jak z innej planety albo bardzo odległego plemienia. Ale co zmieniały opisy, o których pisałem? Obiecywały możliwość wytłumaczenia sobie innych bez rezygnowania ze zrozumienia siebie. Libertarianizm pozwala patrzeć na innych jak na jednostki z prawem do autonomii. Stirneryzm – jako zagrożenie lub coś, co można wykorzystać (coś napisałem. Napisałem tak świadomie). Crowleyanizm? W crowleyanizmie każdy może być rozumiany jako odrębne bóstwo. Buddyzm? Jako coś czującego, czemu należy współczuć.

Wcześniej czy później oczywiście wszystkie te próby dookreślenia siebie i innych zaczynały mi wadzić. Dlaczego? Odpowiedź jest równie niesatysfakcjonująca – wadziły mi, bo nie potrafiły złagodzić skutków, jakie dawał kontakt z innymi. A przecież to kontakty z innymi sprawiały, że albo traciłem zrozumienie dla innych, albo dla siebie.

Tylko, że, o ironio, tu nie ma niczego do rozumienia. Niczego więcej ponad to, że nie ma zrozumienia między kimś, kto ceni dobro i słuszność, a kimś, kto go nie ceni, w sprawie etyki, tak samo, jak nie ma porozumienia między kimś, kto lubi kolo zielony i kimś, komu on jest obojętny, w sprawie kolorów. I nie, nie chodzi o to, że to tylko spór o gusta. To w ogóle nie jest spór. To jest mówienie do siebie w nieprzekładalnych na siebie językach.

Czy nie można każdej sprawy postrzegać tak swoiście, jak ja postrzegam kwestię norm?

Tak, właśnie zrozumiałem, na swoim przykładzie, że źródłem indywidualizmu jest nie jakiś wspólny trzon dla wszystkich, coś nam wspólnego, ale że jest nim jego brak tego czegoś wspólnego (banał. Każdy banał jest skandalem, zwłaszcza – ważny banał). Nie chodzi o to, że każdy jest różny, tylko, że możemy nie być tacy sami i dla tego braku tożsamości trudno wskazać granice – to nie są zdania równoważne. Nie odróżniamy się od siebie, bo jacyś jesteśmy – odróżniamy się, bo każdemu z może brakować perspektywy kogoś innego, ma natomiast zawsze swoją i może w niej poczuć coś, czego nikt inny nie potrafi. Oczywiście, czasem możemy komuś tę perspektywę przedstawić. Ale tylko my możemy z niej „patrzeć” (wiadomo przecież, że nie pisze tylko o zmyśle wzroku, no proszę was). To nie znaczy, że o to ta perspektywa nie ma znaczenia, bo nie możemy nikomu opowiedzieć o tym, jak to jest czuć przez nią świat, więc co nam po niej. To znaczy, że coś bardzo ważnego jednak może być ukryte i to, że jest może być ukryte, jest bardzo jawne. To znaczy, że cała nasza komunikacja bywa mniej ważna niż sekunda spędzona w ciszy i samotności, jeślibyśmy siebie chcieli wyrazić.

Louie, nie daruję Ci tej nocy, odebrałeś mi złudzenia, ale Louie, dziękuję.

Etatyzm

Posted in Uncategorized with tags , on Listopad 18, 2010 by Jaś Skoczowski

No normalnie etatyzm proszę państwa

Podatki to nie jest żaden haracz ściągany przez wrogie ~*przedsiębiorcy*~ państwo; to zaledwie częściowy zwrot kosztów poniesionych przez państwo, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo (zgadnij, czemu nikt nie strzela do ciebie po drodze do pracy? czemu straż pożarna zgasiła pożar w twoim mieszkaniu? kto złapał złodzieja korzystającego z bezwzględnych praw rynku — tani towar zawsze sie sprzeda — który ukradł ci telefon komórkowy?), infrastrukturę (czemu w ogóle masz drogę, która możesz jeździć do pracy? czemu w ogóle masz pracę?), edukację (ach, drogi korwinisto z państwowej szkoły! wypierdalaj), środowisko nadające sie do życia (czemu jakaś korporacja nie spuszcza hektolitrów kwasu siarkowego do rzeki obok twojego domu? czemu w twoim ogródku młody przedsiębiorczy korwinista nie zrobił sobie wysypiska śmieci — przecież bardziej by mu się opłacało, niż zapłacić za wywóz śmieci?) i całą masę innych rzeczy, których nawet nie trzeba wspominać no bo. Chcesz mieć wolny rynek i brak państwowej kontroli? Somalia czeka, a ja chętnie popatrzę sobie na kolejnych ludzi, którzy przeżyli fisting niewidzialną ręką rynku.

Tutaj.

Skoro państwo tylko świadczy usługi, to dlaczego po prostu nie odmawia ich świadczenia, gdy ktoś nie chce nic dać w zamian i potem ewentualnie dochodzi odszkodowania? Dlaczego ma prawo do wtrącenia kogoś do więzienia za to, skoro można po prostu zerwać z kimś kontakt i robić swoje (dbać o resztę, która płaci), choćby jemu wbrew? Ale jeśli państwo jednak nie świadczy usług, tylko działa, by zrealizować swoje cele (w tym – zmusza innych do ich realizacji), to odpowiedź jest jasna – bo działając traktuje Ciebie jako narzędzie do realizacji swoich celów i dlatego chce, żebyś konkretnie coś robił, a nie tylko – odcina się od Ciebie, gdy przeszkadzasz. Trzeba to podkreślić – wtrącenie do więzienia nie może służyć bezpośrednio zwrocie kosztów usługi. A skoro tak, musi wiązać się z innym prawem, niż prawem dochodzenia jakiegoś zadośćuczynienia czy odszkodowania (czy jak to nazwać) za korzystanie z usługi, która nie została opłacona. Inaczej prawo do pobierania podatków byłoby po prostu prawem do rządzenia drugim człowiekiem, bo byłoby od niego kompletnie nie do odróżnienia. A jeśli tak jest, to i tak wychodzi na moje, zauważyłeś? I prawo do pobierania podatków zawsze musi być prawem do rządzenia ludźmi. Skoro więc popierasz prawo państwa do pobierania podatków, to popierasz jego prawo do rządzenia ludźmi, a nie tylko zabierania im części ich majątku w zamian za pomoc w realizacji jakiegoś celu. Nie twórz więc pozorów czegoś innego.

No dobrze, skoro już coś ustaliliśmy, to zauważmy, że twoja postawa rodzi problemy, których nie jesteś w stanie nawet dostrzec, bo gdybyś dostrzegł lub dostrzegła, drogi etatysto, to byś nie pyszczył o okradaniu państwa, bo widziałbyś, jak słaby to zarzut, zwłaszcza dla kogoś, kto ma w głębokim poważaniu prawo własności jako takie.
Oczywiście państwo może być w jakimś sensie okradane i bronić swojego prawa do czegoś z tego względu. Pytanie, dlaczego ja miałbym dbać o to jakieś prawa państwa do czegoś, skoro państwo chce realizować swoje prawa w taki sposób, że to mnie obdziera z moich praw i godzi w moje interesy? Na te pytania nie odpowie ani mało śmieszna (srsly bardzo mało) błazenada (ołahahaha utopista, ołahahah anarchista. Ołahaha not, nie potrafisz odpowiedzieć na proste pytania, tylko brechasz. Dobrze, że przynajmniej się nie ślinisz), ani zakrzyczenie, ani przezywanie. Stix&stones. Państwo nie liczy się ze mną, państwo nie tylko egzekwuje swoje prawa, państwo je też mi narzuca (objawia się to np. nie braniem pod uwagę moich praw właśnie i interesów, jeśli nie pojąłeś tego, czy pojęłaś) i tylko legitymizacja tego mogłaby to usprawiedliwić. A nie da się usprawiedliwić tego samym faktem, że to robi, bo to nie jest dla mnie fakt instytucjonalny, nie uznaje zasady, że kto ma siłę, ten ma prawo do niej. To co może posłużyć za usprawiedliwienie dla tego, co robi państwo?

Popierając więc, bezkrytycznie, prawo kogoś do zabierania komuś innemu pieniędzy pod groźbą pozbawienia go wolności, popierasz tylko i wyłącznie traktowanie jednych ludzi przez drugich jako środków do celu i nie łudź się, proszę, że jest inaczej. Popierasz nagą władzę, kompletnie tego nie uzasadniając. Choćbyś milion razy napisał czy napisała o ratowaniu żabek i budowaniu autostrad, zawsze nie zauważysz prostej rzeczy – że państwo ma swoje cele i ich realizacje wymusza na innych. I poczynając od tego, że prawodawca nie musi się liczyć z wolą swoich wyborców, a kończąc na tym, że funkcjonariusz państwowy nie musi się liczyć z wolą osób, które mają obowiązek podporządkowania się mu, można stwierdzić, że ten kształt instytucji, które sprawują władzę (bo państwo jako ponaindywidualny potworek zdecydowanie bardzie sprawuje władzę niż jego trybiki, ograniczone logiką systemu) wzmacnia zdolność państwa do traktowania Cię jak rzecz. Jesteś więc zwolennikiem niewolnictwa. Własnego.

Oczywiście, że czasem, żeby zrealizować jakiś cel trzeba odebrać komuś wolność i uczynić go niewolnikiem. Problem nie tkwi w tym, że żeby palacze przy Tobie nie palili, to trzeba ich zmusić. Problem jest w tym, komu Ty chcesz oddać prawo do zmuszania kogokolwiek – Tobie się wydaje, że to prawo chcesz przekazać sobie, a po prawdzie – to chcesz przekazać je państwu i nawet o tym nie wiesz. I do momentu, w którym nie uznasz, że cele państwa są ważniejsze od twoich, ta postawa zawsze będzie postawą głupca, bo państwa, te współczesne, tak są skonstruowane, żeby mogły ignorować wolę poddanych, nawet tych posłusznych. Państwa mają prawo prowadzić własną politykę, niezależną od nikogo innego. Państwo w ogóle nie musiałoby pracować i miałoby to prawo. Które, że się powtórzę, prowadzi głównie do obiektyfikacji każdego poddanego władzy państwa, no może poza kilkoma potężnymi i bogatymi Panami i Paniami. Oczywiście, możesz nie mieć nic przeciwko byciu tylko czymś w relacji (albo łudzisz się, że trafisz do Power Elite), ale może weźmiesz pod uwagę chociaż innych?

Powtarzając swoją etatystyczną głupotę możesz skrzywdzić innych, mogą w to uwierzyć, że państwo o nich dba, jak o kogoś, a nie jak coś, co ma służyć czemuś. Proszę nie rób tego, to prowadzi do bolesnych rozczarowań. Wspomniani przez Ciebie ludzie, którzy jakoby przeżyli „fisting niewidzialną ręką rynku”, przeżyli przede wszystkim utratę troski państwa, bo państwo przestało ich potrzebować. Przeżyli ją między inni dlatego, bo państwo jest jakie jest i bolałoby ich to mniej, gdyby wiedzieli, jakie jest. A dzięki takim ludziom jak Ty ktoś znowu może się nie dowiedzieć, jakie jest, odpowiednio wcześnie (albo może być tak głupie jak Ty i w ogóle zignorować fakty). Za to – ufa państwu, co Tobie zapewne się podoba. Bo jesteś zaślepiony (lub zaślepiona, a jakże!), biedny etatysto czy etatystko. Nie rozsiewaj tej choroby, proszę, pomyśl o tym, jako czegoś, czego Ci nie zakaże nikt, ale jednak wypada tego unikać. Bądź grzeczniejszy od palaczy, skoro nie potrafisz być bardziej współczujący, przez swoje upośledzenie. Ok?

Gdybybybybym

Posted in Uncategorized with tags , , , , , , on Listopad 12, 2010 by Jaś Skoczowski

Gdybym chciał opisać to, jak odbieram świat wszelkimi dostępnymi mi otworami, mogłoby się okazać, że ktoś to tak rozumie, jak zrozumiał ktoś sytuację Odwiecznego Bezkresu (czy jak mu tam było, Pierwotny Chaos czy jakoś tak). Wiecie co mu się przydarzyło? Jego przyjaciele tak się w niego wczuli, tak mu współczuli, że wywiercili mu dodatkową dziurkę. Znaczy, on nie miał dziurek w ogóle, a oni uważali, że to bardzo, bardzo niedobrze dla niego.
Stąd ja też jestem zagrożony. I wolę nie przyłożyć ręki do tego, żeby ktoś mi chciał w ten sposób pomóc. Im się zdawało, że O.B. (czy P.Ch., naprawdę nie pamiętam) musi mieć strasznie kijowo. Spróbowali przyjąć jego perspektywę (co było przecież niemożliwe, oni mieli dziurki i wcale się ich nie pozbawili) i ich wyobrażenia ich odrzuciły.
A O.B. od tego zmarł.
Odbieram świat po swojemu, na pewno, mam światopogląd (i światoposmak, światowęch, światodotyk, światomyśl itd), choć brzmi to pompatycznie. Ale nie podzielę się nim z wami za pomocą języka. Moglibyście bardzo mnie nie zrozumieć wtedy. To trzeba przeżyć, a wam się nie uda. Większości z was. Musielibyście żyć ze mną, naprawdę blisko. A wtedy nie potrzeba słów. Wystarczy czuć.