jeśli pomyślimy coś i to się da w ogóle wyrazić, to da się wyrazić w zdaniu. zdanie to można obciążyć negacją lub nie. zgodnie z klasyczną logiką, możliwe jest tylko, że albo negacja jest prawdziwa, albo zdanie, które neguje. teraz to zdanie może być tylko prawdziwe, jeżeli inne zdania są prawdziwe. woda wrze zawsze w stu stopniach, jeżeli nigdy nie zawrzała w dziewięćdziesięciu sześciu i mówimy o stopniach celcjusza. czyli nie ma możliwości, żeby jakieś zdanie było niezależnie od innych prawdziwe.
w dobrym tonie jest w pewnych kręgach lubić się tylko z prawdziwymi zdaniami. jednocześnie tylko niektóre zdania mogą być prawdziwe. zresztą – nawet porzucając kwestię prawdy i fałszu, rzucam śmiałą hipotezę – ludzie będą zawsze szukali takich języków, w których można formułować niepoprawnie zdania, by potem je odrzucać. możliwość popełniania błędów, przynajmniej w mysleniu za pomocą tego czegoś, co nazywamy językiem jest cenna. a jeśli tak, to i bez fałszu i prawdy problem pozostanie. dalej będziemy jakąś słuszność (jaka by za nią etyka i bajeczka nie stała) przyznawali zdaniom, a jakieś dyskredytowali, z jednych zdań korzystali, drugie odkładali.
tylko, że tą słuszność możmy przyznawać albo uzasadniajać ją innymi zdaniami, albo całkowicie arbitralnie (czyli w zasadzie też zdaniem: bo tak :) ). czyli uzasadniać da się w taki sposób na ile pozwala nam nasza wyobraźnia. a jej granice wyznaczają zdania, którymi potrafimy się wytłumaczyć.
a jeśli tak, to żyjemy cały czas w klatkach ze słów i to one nadają kształt światu, nie na odwrót. i żeby sobie to wytłumaczyć, musimy wejść do następnej klatki. zapamiętajcie to, gdy kolejny pan zacznie wypluwać z siebie prawdy. może pojmiemy razem, jak radośnie jest przebywać z kimś, kto potrafi rozmawiać o słowach małych, błahych i mięciutkich, jak żółta kaczuszka?
post intelektualnie sponsoruje Quine głównie.