W anarchizmie głupi jest sprzeciw wobec istnienia państwa, czyli skrajny antyetatyzm. Nie, nie zamierzam powtarzać tu starych argumentów etatystów. Nie uważam, że monopol przemocy musi być komuś przekazany, ani, że jego istnienie jest dobre, a nie złe (np. ze względu na to, że państwo dzięki niemu może być superarbitrem). Uważam, że monopol przemocy obecnie jest nieosiągnięty praktycznie nigdzie, a większość zadań państwa nie różni się od zadań bytów, które państwami nie są (co wynika jedno z drugiego). Państwa to duże organizacje, starają się kontrolować spore tereny i prawie zawsze – pobierać od ludzi zamieszkujących te tereny podatki/czynsz. Jednak, to nie są homogeniczne organizacje, można w nich wyróżnić wyraźne frakcje, a jeśli nie w nich ich wyróżnić, to przynajmniej w ich najbliższym otoczeniu, bo blisko nich znajdują się różne grupy wpływów, w postaci partii politycznych, wpływowych lobby, think-tanków itd. Frakcje te szarpią państwem w różne strony, w tym samym czasie – i to sprawia, że choćby państwo posiadało monopol jako całość, to jednak nie działa jak jedna organizacja. To osłabia efekt monopolu, a przecież gdyby on zaniknął całkiem, oznaczałoby to, że monopolu nie ma wcale. W dodatku frakcje państwa czy organizacje powiązane z nim często łamią zasady, które postuluje to państwo na swoim terenie. Można więc byłoby stwierdzić, że państwo w moim obrazku rozpada się prawie na kilka organizacji. Oprócz tego, o ile nie jest ono bardzo skuteczne, zazwyczaj na terenie państwa funkcjonują jednostki i grupy nie związane z nim, ale same stosujące przemoc w celu wymuszenia pewnych zasad, co też przełamuje monopol, a przynajmniej czyni go o wiele mniej ważnym.
A skoro tak, to odpada szczególny powód do buntowania się przeciwko istnieniu państwa. Mogę być przeciwny podatkom, przepisom nakazujący zbierać kupy po psach albo zakazującym obrzezania 13latek (nie, co najmniej w dwóch przypadkach na trzy, jeśli nie trzech na trzy, nie jestem przeciwny). Ale nie dlatego, że państwo je ustanawiające jest monopolistą przemocy, bo nie jest. Stąd anarchizm jest guuuuuuuuupi, o ile anarchizm jest antyetatyzmem. Bo wtedy jest postulatem bicia się z powietrzem.
Co ciekawe, choć państwo rozumiane jako monopol przemocy wydaje się pomysłem godnym porzucenia, jednak mit pokrewny pomaga ludziom robić wodę z mózgu. Chodzi o przekonanie, zgodnie z którym państwo jest bardzo szczególną organizacją. Jestem niedoukiem historycznym, poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale czy ten pogląd, zgodnie z którym państwo jest unikalnie-unikalne nie jest cholernie stary? Najpierw pewni ludzie uznawali się za synów Bogów albo sługów Synów Bożych. Potem pomazańców. Potem wynaleziono pomysł z fikcyjną umową, która zawiązywałaby wspólnotę. Ale zawsze chodziło o to, żeby nadać niepowszechności jakiejś grupie ludzi albo przynajmniej działaniom tej grupy. I ta niepowszechność miała uprawniać ich do władania innymi.
I ja podejrzewam po co – żeby cała reszta dawała się spokojnie doić, i strzyc. Państwo jest jeszcze jednym woo, podobnym do homeopatii – kolesie, którzy wmawiają ludziom pewne cechy, które jakoby posiada państwo, potrafią trzepać na tym niezłą kasę, a przynajmniej kontrolować innych i żyć dosyć spokojnie. Może czytaliście dyskusje z Orlińskim, wklejoną już raz gdzieś tu na blogasku? Moim zdaniem moje ostatnie pytanie, jakie zadałem w niej było ważne, a Orliński na nie nie odpowiedział. A, jeśli tego nie widać tam, ja się pytałem o to, czy rzeczywiście państwa godzą ludzkie interesy? Bo moim zdaniem tym się nie zajmują zazwyczaj, tylko są narzędziami raczej w osiąganiu celów wbrew komuś. A jeśli tak, to najwspółcześniejsza bajka, nadająca państwu status wyjątkowy, pada, bo nie ma żadnej umowy społecznej, wciąż napierdalamy się, aż miło, jak u Hobbesa i nie u Hobbesa zarazem. I to właśnie za sprawą tego czegoś, co miało nas jakoby godzić i ochraniać.