Jeśli ktoś sprawia komuś cierpienie, potrafię zrozumieć, dlaczego krzywdzący się temu sprzeciwia. Jeśli krzywdzony nie krzywdzi krzywdzącego w sposób ważny dla mnie (powiedzenie komuś, że jest chujem może sprawić przykrość, ale mnie nie wzrusza), łatwo mi się z tym sprzeciwem zgodzić. Jeśli krzywdzący krzywdzi kogoś za pomocą skutecznie użytej fizycznej siły albo oszustwa, albo ignorancji krzywdzonego, albo jego tchórzliwości – jest mi jeszcze łatwiej zgodzić się ze sprzeciwem. Jeśli ten sprzeciw wyrazi się wtedy nawet użyciem fizycznej siły, to ja go całkowicie zaakceptuje, o ile będzie prowadził do zniesienia krzywdy, a nie tylko – do samego skrzywdzenia tego, kto skrzywdził pierwszy. I czy to będzie społecznie sprawiedliwe, czy nie – zwisa mi to. Ze sprawiedliwością społeczną jest tak, że nie jest potrzebna, wystarczy pojmować w odpowiedni sposób sprawiedliwość i ją akceptować. Sprawiedliwość była przez kupę czasu pojmowana na korzyść tych, którzy dysponowali władzą nad prolami. Ja pojmuje sprawiedliwość jako działanie korzystne dla wszystkich zamieszanych, gdzie korzyść musi być potwierdzona przez tego, który jakoby korzysta. Ten pomysł wydaje mi się wykluczać w punkcie wyjścia, jako pomysł, jak działać w grupie, dążenie do zaspokajania się jednego człowieka lub grupy ludzi krzywdą całej reszty.
Wszystkich tych słów bali się chyba socjaliści przez spory okres czasu. A było tak, bo te słowa były używane do mówienia o zasadach wspierających władzę. I dlatego jedyny socjalizm, który ma sens, to ten wolnościowy, który przede wszystkim nakierowany jest na wyzwalanie człowieka, a nie zapychanie mu żołądka. Nie dlatego, że pełny żołądek jest czymś gorszym od wolności, która kończy się śmiercią głodową. Tylko dlatego, że naiwnie jest wierzyć, że człowiek obdarzony władzą będzie dbał o komfort drugiego człowieka w tym zakresie, w którym będzie mógł nim rządzić.
Peace.