sesja
Posted in Uncategorized ze znacznikamiautoretyzm, porno z garbusami, sam nie wiem, seks, seks anormalny, studia, tarara, terefere on czerwiec 3, 2008 by mrotchnypontchushzagwadynie będę płakał. chyba, że po kryjomu.
nie będę płakał. chyba, że po kryjomu.
o moim swoistym amoralizmie już pisałem. teraz napiszę, po co on.
z jednej strony język normatywny jest atrakcyjny. zarówno jego składnia, jak i próby ucieleśniania norm. fascynujące jest, jak ludzie myślą o normach, jak regulują swoje działanie w związku z nimi. poza tym, ponieważ wielu ludzi to nie amoraliści, po prostu warto coś wiedzieć o etyce, tak samo jak warto znać zwyczaje ludzi wśród których się żyje.stąd mój amoralizm nie jest epistemologiczny. nie wykluczam, że wiedza o normach może być przyjemna lub przydatna do czegoś. choćby jako łamigłówka.
ale same przyjmowanie norm nie bawi mnie. mogę badać ludzi mających pewne normatywne przekonania dotyczące nich samych i innych ludzi. ale nie chcę przyjąć żadnego zdania, zgodnie z którym ja coś powinienem. albo ktoś inny. albo, że mi wolno, lub komuś wolno. bo to jest absurdalny pogląd. jeśli wykluczy się jakiś zewnętrzny przymus, to pogląd normatywny ma taką budowę - ktoś mówi, że niezależnie od jego woli komuś przysługuje uprawnienie, lub jest ktoś jest do czegoś zobowiązany. przypisanie komuś prawa lub obowiązku jest dziwne właśnie dlatego, że jest niezależne od czyjegoś przymusu - ktoś musi lub może, nawet gdy nie ma nikogo, kto by go do tego zmuszał lub mu pozwalał. teraz, jaką miałoby mieć wartość dla mnie to, że ktoś objęty jest normą niezgodną z moją wolą? wiem, że dla kogoś ma to znaczenie pewnie. ale niech ktoś znajdzie jakąś przeszkodę dla tego, bym ja po prostu był wobec norm obojętny? załóżmy, że nie należy sypiać z cudzymi żonami. co niby miałoby sprawić, że nie pójdę do łózka z piękną mężatką, poza normą, którą przecież mogę dobrowolnie wykonać lub nie? ewentualnie, dlaczego miałbym powiedzieć, że nie idę do łóżka z mężatką, bo tak nie należy robić? przecież mógłbym powiedzieć, że nie idę, bo nie, albo, bo nie chcę i to by mi wystarczyło za wyjaśnienie.
mogę oczywiście działać w zgodzie z moją wolą lub wbrew niej, ale to nie ma nic do rzeczy - nawet jeśli działam wbrew sobie, to dlatego, że chcę wykluczających się rzeczy i wybieram jedną z nich. albo po prostu działam bezwolnie, tak radykalnie spontanicznie. bez najmniejszego baczenia na to, czy tak powinno, czy nie powinno być. do rozstrzygnięcia konfliktu wartości muszę podjąć decyzję, może dokonać w swojej głowie przewartościowania. ale nie muszę w ogóle przyjmować norm do moich poglądów. coś może mieć wartość (np. być dobre) po prostu dlatego, że mi się podoba. a wcale nie podoba mi się to, co jest słuszne lub niesłuszne. tylko to, co mi się podoba.
jeśli norm nie da się więc zredukować do decyzji i wartościowania, subiektywnego, to są dla mnie prostu ekstrawaganckim dziwactwem. zajmowanie się nimi, czyli etyka, może być co najwyżej hobby. stąd to co nazwałem “amoralizmem w działaniu” jest najwygodniejszym, co przychodzi mi do głowy. i polecam tą myśl innym, nie krępujcie się, bez obawy. to open source’owy produkt, w dodatku pełny DIY. oczywiście, to nie znaczy że usługi erotyczno-kulinarno-narkotyczne są niemile widziane.
pochwaliłem zmniejszanie obszarów, jakie miałyby zajmować monopole przemocy. ale to nie wszystko. atrakcyjne byłoby dla mnie też zmniejszanie każdorazowe liczby ludzi, która podlega takiemu monopolowi.
no i niezależnie od przemocy, podoba mi sie pomysł, by zasady, którymi mają być objęci ludzie były tworzone przez tych ludzi, w małych grupach, maksymalnie dobrowolnie.
przydatne byłyby też granice czasowe. np. w starotestamentowym prawie żydowskim gospodarz bezkarnie mógł zabić włamywacza, ale nocą. czyli tylko w takim czasie prawo to pozwalało mu być monopolistą.
te zdania to efekt dyskusji nad aborcją. biorąc pod uwagę, że jest więcej takich tematów, o których ludzie po prostu nie potrafią rozmawiać choć w minimalnym stopniu zgodnie, najprostszym dla mnie rozwiązaniem byłoby właśnie takie rozdrobnienie władzy.
i ciastko z kremem. i wisienką.
cipka, cipka, cipka, cipka.
The DEA’s Administrative Law Judge, Francis Young concluded: “In strict medical terms marijuana is far safer than many foods we commonly consume. For example, eating 10 raw potatoes can result in a toxic response. By comparison, it is physically impossible to eat enough marijuana to induce death. Marijuana in its natural form is one of the safest therapeutically active substances known to man. By any measure of rational analysis marijuana can be safely used within the supervised routine of medical care.:
Source: US Department of Justice, Drug Enforcement Agency, “In the Matter of Marijuana Rescheduling Petition,” [Docket #86-22], (September 6, 1988), p. 57.
moja siostra już wie, więc wam powiem. jestem robaklem. prosto z Syriusza. moim celem jest to, byście mi służyli jako zabawki. chcę nawijać wasze dusze na palce, rozciągać je, miażdżyć i prażyć w mikrofalce.
teraz ten fragment z rodzynka:
Moreover, recent neurophysiological research has shown that all perception does not involve conceptualization. Psychologist Edward Hundert explains:
“If someone loses the primary visual cortex (say, because of a tumor), they lose their vision; they go almost totally blind. But if they just lose the secondary or tertiary visual cortex, they manifest an unusual condition called visual agnosia. In this condition, visual acuity is normal (the person could correctly identify the orientation of the “E’s” on an eye chart). But they lose the ability to identify, name, or match even simple objects in any part of their visual field. . . . This model can be translated into psychological terms as endorsing a functional distinction between “perception” (input analysis) and “cognition” (central processing). . . .It is easy to see the evolutionary advantage of this whole scheme, with its “upward” input analysis: if our transducers were hooked directly to our central systems, we would spend most of our time seeing (hearing, etc.) the world the way we remember, believe, or expect the world to be. The recognition of novelty — of unexpected stimuli — has extremely obvious evolutionary advantage, and is made possible only by the separation of transducers and central systems by “dumb” input analyzers. (Hundert 1987, 413, 420–21)”
Neurophysiological research suggests that not all observation is theory-laden, for there are two types of observation: discrimination and recognition. Recognition may involve the use of concepts, but discrimination does not. For if it did, we could never perceive anything new.
co w tym jest słodkie? ano to, że zmysłowe dane, które docierają do nas, nie mogą być w jakikolwiek sposób sklasyfikowane bez urządzenia do interpretacji ich - nie potrafimy wyróżnić najprostszych przedmiotów bez nich. możemy co najwyżej podać lokalizację. zastanawiam się, w jaki sposób pacjenci odkrywali to “E”, bez identyfikacji. podejrzewam, że widzieli gdzie jest wskazane “coś” (pytanie, czy w ogóle potrafiliby to nazwać choćby czymś? tego ten fragmencik raczej nie zawiera). bez sprawnej części mózgu odpowiedzialnej za organizowanie tego, co widzimy, nie moglibyśmy tego czegoś rozpoznać czy odróżnić od czegoś innego. przed oczami mielibyśmy coś w stylu bardzo barwnego pawia, coś jak rzyganie drinkami…
a argument przeciwko Feyerabendowi brzmiał tak, że nasze postrzeganie nie jest całkiem zależne od naszych teorii (po ludzku - poglądów). no nie jest. bez narzędzia, które organizuje zmysłowe doświadczenie rzeczywiście widzimy. co? no… eee… coś. wyobraźmy sobie teraz eksperyment, mający przesądzić o przyjęciu jakiegoś zdania lub odrzuceniu go, który funkcjonowałby na podstawie takich doświadczeń. załóżmy, że eksperyment przemawia za odrzuceniem tego zdania. konkluzja mogłaby wtedy brzmieć “coś sprawia, że to zdanie jest fałszywe”. jak mawiał jeden pan taki - rewelacja!
4, czyli dziś, też był strażacki, ale to już nie mieści sie w tytule.
moje przypuszczenie brzmi tak: nasze cierpienia w znacznej mierze pochodzą z naszego opisu sytuacji, a nie z samej sytuacji. a opisy są w znacznej mierze niezależne od zmysłów, a to czego się dowiemy o sytuacji potrafi przecież wywołać nasze uczucia. to co myślimy nie jest zdeterminowane przez to co widzimy. przecież można popełniać błędy, prawda? poza tym ludzie o bardzo różnych poglądach, także na sprawy praktyczne, radzą sobie. jeśli teraz wszystkim tym rządzi cokolwiek niezależnego od naszej woli (wrażenia zmysłowe, wywoływane całkiem biernie w naszym ciele od zewnątrz), musi być tak, że nasze opisy tego nie są całkiem zdeterminowane przez to coś. inaczej niemożliwe byłoby popełnianie błędów ani niemożliwe byłoby, by różne poglądy praktyczne byłyby skuteczne.
nie tylko myślenie jest niezdeterminowane przez zmysły, ale zmysły są niezdeterminowane przez swoje przedmioty. dzieci potrafią rysować swoimi fekaliami. nie brzydzą się ich. nie czują tez zażenowania przy bawieniu się swoimi cipkami czy siurkami. trzeba ich dopiero tego nauczyć. tak samo trzeba ich nauczyć, do czego służy stół i łyżka. i rodzic, i państwo, i broń, i samolot, i “nie wolno”, i cokolwiek sobie pomyślicie jeszcze. wszystko nam to wpojono. są przypadki zarejestrowane takie, że przedstawiciele takiej czy innej grupy ludzi w ogóle nie widzieli np. statków, czy widzieli je jako chmury. w każdym przypadków o tym, co widzieli, myśleli i mówili ludzie decydowało nie to, jakie były przedmioty postrzegane, tylko jak je widzieli obserwujący. to jakie są przedmioty zależy od nas, a my od wychowania i genów. to nie subiektywizm, to po prostu obiektywizm zreformowany, samoświadomy i obdarzony samowiedzą.
oczywiście także same postrzeganie czegoś może nas boleć, więc druga hipoteza jest podobna do pierwszej - cierpimy przez przedmioty, bo widzimy je tak, a nie inaczej, a nie dlatego, że są jakieś.
jako optymista wierzę w to, że korzystnego postrzegania świata można sie nauczyć. choćby przez naśladowanie naszej dotychczasowej nauki, tylko świadome i ukierunkowane na bycie szczęśliwym. ważne jest usilne powtarzanie niektórych myśli, wielokrotne wywoływanie u siebie uczuć i ruszanie się wielokrotne w podobny sposób (uważam przy tym, że dziwnym trafem myśli można wywołać poprzez uczucia i ruchy, ruchy poprzez myśli i uczucia itd.). liczy sie też tzw. wdrukowywanie (imprinting), które różni się od nauki tym, że nie wymaga powtórzeń lub wymaga małej ilości powtórzeń, bo odbywa się w sprzyjających temu warunkach. np. pamiętam taki przykład z Vitusa Droshera, w którym słaba kaczka raz miała szczęście zwyciężyć w pojedynku i tak ja to rozochociło, że potem już zawsze wygrywała. widocznie sytuacja była wystarczająco sprzyjająca, by nauczyć się zwyciężać.
warto z tego powodu np. zmienić sobie swoje opisy na bardziej łaskawe dla nas.
tego wam życzę. i to tyle.
jak dla mnie słowo państwo jest zbędne. chyba, że używamy tego słowa jako nazwy zorganizowanej grupy ludzi, która posiada monopol przemocy, czy jednego człowieka, wyposażonego w monopol przemocy, na jakimś terytorium. tyle, że wtedy dwuosobowym państwem jest np. tata i mama. często też równie postulowanym, a nie faktycznym, co monopol państwa.
no i teraz łatwo powiedzieć, czego chcę od innych ludzi - żeby nie wchodzili mi w drogę. w zamian postaram się zaoferować to samo. szczegóły można dogadać. ja np. myślę, że zmniejszenie terenów, które zajmują monopole przemocy i pozbawienie ich wyraźnych środków byłoby korzystne. zapewne najlepsze byłoby zniesienie monopolów przemocy, ale seryjni mordercy mogą się nie bardzo z tym zgrać, a to zrujnuje nasz obrazek.
przy czym, to jest propozycja, nie norma. jeśli ją ktoś odrzuca, to ona jest odrzucona, a nie on jest zły. tylko, że jeśli ktoś ma gdzieś mnie, to ja jego też. on robi co chce i ja robię to samo.
nazywam to rozwiązywaniem problemów, bez ruszenia ich z miejsca. :0)